Dziesięć lat w Krakowie

Standardowy

Pod koniec września minie dziesięć lat jak mieszkam w Krakowie. Kto by pomyślał, że wytrzymam w tym mieście tak długo, szczególnie, że początki były trudne. I to nie dlatego, że wszędzie jeździłam z mapą miasta. Po prostu nie chciałam tu być. Moim marzeniem był Gdańsk i to tam miałam studiować, pracować i się zestarzeć. Los zakpił ze mnie, nie pierwszy raz, i trafiłam do grodu Kraka. Tutaj się zakochałam, tutaj pracuję, a zestarzeć nadal chcę się nad morzem, ale w Sopocie. Z okazji tej małej rocznicy postanowiłam zrobić małe podsumowanie, za co kocham to miasto, czego mnie nauczyło, co w nim odkryłam, dlaczego w końcu jest moje.

krakow-79107_1280

Czytanie w komunikacji miejskiej

Pamiętam swój pierwszy raz w tramwaju. Przerażona usiadłam blisko okna, czytałam nazwy przystanków, liczyłam na którym wysiadam i ze zdziwieniem obserwowałam ludzi, którzy wygodnie się rozsiadają i oddają lekturze. Jak to w ogóle możliwe? Przecież przegapią swój przystanek!

Aż w końcu spróbowałam. Początkowo słuchałam muzyki, która pozwalała mi się nie nudzić i mogłam spokojnie obserwować zmieniające się otoczenie za oknem. Po jakimś czasie znałam tak dobrze swoje stałe trasy, że odważyłam się zapakować książkę. Oczywiście kontrolnie sprawdzałam na jakim przystanku jestem, ale z czasem czułam, że to już i czas wysiadać.

Dzisiaj potrafię czytać aż do momentu zatrzymania się tramwaju na moim przystanku. Nigdy nie zdarzyło mi się pojechać za daleko, chyba że zrobiłam to z premedytacją. Mało, nie wyobrażam sobie jechać i patrzeć się tępo w okno. Książka jest obowiązkowym wyposażeniem mojej torebki.

Jestem z Nowej Huty

Jeszcze nie mieszkałam w Krakowie, a już słyszałam legendy o tej dzielnicy. Wszystkie sprowadzały się do tego, że tam biją, gwałcą, mordują, kradną, między blokami ganiają się kibice przeciwnych klubów i strach w dzień tam chodzić, a co dopiero w nocy. Pojechałam z Tomkiem i zakochałam się. Wiedziałam, że jeśli zostanę w Krakowie na stałe, to mieszkanie tylko w Hucie. To akurat się udało, bo mieszkamy pomiędzy Kombinatem a Placem Centralnym.

Huta ma swój urok. Unikatowe budownictwo, mnóstwo zieleni, genialna komunikacja miejska, brak korków. Co prawda cywilizacja dociera z opóźnieniem, ale mi to nie przeszkadza. Obok kultowego już Kombinatora jest Warka, której specyficzny klimat może odstraszyć osoby z wysokim poczuciem estetyki. To tutaj jest Łaźnia Nowa, w której zobaczyć można zrobić wszystko: iść na spektakl, wyskakać się na koncercie czy liznąć kultury na spotkaniu autorskim.

I to nieprawda, że tylko stojąc na Rynku możemy spotkać kogoś znanego. W Hucie często spotykam Jana Peszka albo wpadam na Radka Krzyżowskiego. Trzeba tylko trochę dłużej pokrążyć.

Kazimierz i Podgórze

To zdecydowanie moje ulubione dzielnice rozrywkowe. Stronię od Rynku, pełnego turystów z aparatami na rzecz nieodkrytego tak do końca Kazimierza. Polubiłam go za żydowskie korzenie. To wystarczyło. Potem doszła Drukarnia, w której można spotkać Maćka Maleńczuka. Stajnia, która pięknie grała w „Zakochanym aniele”. Alchemia. Kolory. Ulica Krokodyli. I wiele, wiele innych, których nazw nie pamiętam, ale zapisały się w mojej pamięci. Kazimierz to zagadka. Wchodzisz na kawę do pierwszej lepszej knajpy i znajdujesz się w innym świecie. A potem chcesz do niej wrócić i nie wiesz jak.

Podgórze zaczęło żyć wraz z wybudowaniem Kładki Bernatki. Tam przeniosła się Drukarnia. Tam są niszowe restauracje, ale i te polecane w przewodniku Gault&Millau. Jeszcze nie odkryłam go tak porządnie. Jeszcze nie mam tam swoich miejsc. Jest dla mnie tajemnicą i dlatego je polubiłam.

Kiełbaski z niebieskiej nyski

To chyba było pierwsze miejsce, które mnie przekonało do Krakowa. Oczywiście najpierw zobaczyłam je na „Aniele w Krakowie”, potem sprawdziłam, że istnieje naprawdę, a na końcu spróbowałam kiełbaski. I przepadłam. Niby nic, bo zwykła kiełbasa z grilla, bułka i musztarda, a do tego oranżada jak za dawnych czasów. A jednak… Co wieczór można tam zastać kolejkę złożoną z mieszanki kulturowej. Są studenci robiący przerwę w clubbingu, są sportowcy po treningu, są eleganccy widzowie prosto z opery czy teatru. I wszyscy jedzą zwykłą kiełbasę, ze zwykłą bułką i wzdychają z zadowolenia.

Ścieżki rowerowe

Uwielbiam poruszać się po Krakowie rowerem. Czuć wolność i niezależność, którą mam. Mogę wracać z pracy inną drogą, mogę zatrzymać się na oranżadę na bulwarach, mogę poznać nowe miejsca, w które nigdy bym nie dojechała autobusem i nie doszła na pieszo. Mogę wszystko…

Wawel

Niby rzecz oczywista, charakterystyczny punkt Krakowa, podobnie jak Stare Miasto (nie Starówka!). Lubię czasem tam podejść podczas spaceru. Popatrzeć na Wisłę, czekać aż Smok buchnie ogniem. Czuję się wtedy jak turystka. Znikam w tłumie. Obserwuję, czasem robię zdjęcia, delektuję się chwilą.

Kwiaciarki na Rynku

Mają swój urok. Tylko i aż tyle. Uśmiecham się do siebie przechodząc koło nich i patrząc na kolorowe kwiaty, które sprzedają. Są zawsze, niezależnie od pory roku i pogody. Pod żółtymi parasolami można znaleźć wszystko. Uwielbiam kupować kwiaty właśnie tam. Spontanicznie, nieco od niechcenia, długo wybierając te idealne.

carriage-89149_1280

Zdaję sobie sprawę, że Kraków to nadal nieodkryte w pełni miasto. Mimo, że mieszkam tu dość długo nadal nie znam wszystkich dzielnic, nie znam nazw ulic odchodzących od Rynku, czym wprawiam w osłupienie Tomka, nie byłam na kawie w każdej z kawiarni na Starym Mieście. To miasto nadal jest tajemnicą. Praktycznie codziennie odkrywam coś nowego, co albo lubię, albo nienawidzę. Jedno jest tylko stałe – Kraków to moje miasto.

Prawie pół roku z kotem pod jednym dachem

Standardowy

Frania mieszka z nami już pięć miesięcy, więc to idealny czas na podsumowanie tego, jak nasze życie zmieniło się po adopcji czarnego malucha z oczami kota ze Shreka.

11149628_1134052553279006_9053056384959494120_o

Mieszkanie nie jest już takie puste

Dla mnie to nie nowość, bo całe życie miałam psa u boku. I zawsze powtarzałam, że ze śpiącym Frodem jest milej niż w całkiem pustym domu. Zawsze się gdzieś przemieści, przyjdzie żeby go pogłaskać, pomruczy, po prostu jest. Analogicznie jest z Franią. Wystarczy, że jest. Świadomość, że nie wracasz do pustego mieszkania, tylko ktoś na ciebie czeka, jest nie do opisania. Do tego ona jest tak towarzyska, że wszystko robi z nami. Czyta książki, gotuje, rozpakowuje zakupy, bierze prysznic, ogląda telewizję, śpi.

Kot jest bardziej ciekawski niż pies

Frodo powącha i odejdzie, jeśli nie znajdzie dla siebie nic interesującego. Franię zawsze coś zaciekawi. Układa kable pod biurkiem z Tomkiem, przy okazji goniąc je po całym pokoju. Rozpakowuje z nami zakupy. Musi zajrzeć do każdej torby, powąchać każdą rzecz jaka jest z niej wyciągana. Moim zdaniem nauczyła się tego od Froda, który zawsze wsadza nos do każdej foliówki, a po zakupach z Pamso musi spróbować każdą wędlinę. Oczywiście na wypadek gdyby była trująca, to on wykryje to pierwszy i stanie się bohaterem, który uratował swoich właścicieli.

Frania towarzyszy również podczas gotowania. Siada w rogu blatu i obserwuje, co ciekawego robimy. Gdy jest kurczak furczy głośno i w zależności kto go kroi jej zachowanie jest inne. Gdy ja zajmuję się obiadem, czeka grzecznie aż ją poczęstuję. I nie je z miseczki, bo to niemodne, ją trzeba karmić z ręki. Kiedy to Tomek jest kucharzem Frania bez żadnych skrupułów kradnie mięso prosto z deski, nie czekając na swój przydział. Zauważyłam, że to zachowanie przenosi również na inne osoby. Mama może spokojnie zajmować się żeberkami, karczkiem, schabem. Frania niczym trusia siedzi w kąciku i czeka. Tata prowadzi walkę, w której z góry jest skazany na porażkę, bo czarny maluch jest szybszy i sprytniejszy.

Wymiana pieca w łazience nie mogła się obejść bez Frani. Pan fachowiec miał nieocenioną pomocnicę. Siedziała z nim w wannie podczas demontażu starego. Roznosiła śrubki od nowego. Weszła do skrzynki z narzędziami, ukradła pakuły, a na koniec domagała się o puszczenie wody w umywalce, czym wprawiła pana fachowca w osłupienie.

Frania to chodzący antydepresant

Ten punkt dotyczy tylko mnie. Odkąd ją mamy walczy z moją depresją, brakiem chęci do życia i robienia czegokolwiek. Nie mogę całe dnie leżeć w łóżku, bo mi na to nie pozwala. Muszę ją nakarmić, pogłaskać, pobawić się z nią. Oczywiście mogę to zignorować, na własną odpowiedzialność, bo czeka mnie przeraźliwe miauczenie połączone ze skakaniem po mnie i gryzieniem. Ale to w ostateczności, gdy wszystko inne zawodzi. Czasem samo patrzenie na jej zabawy sprawia, że się uśmiecham i humor poprawia się od razu. Jest też nieoceniona podczas gorszych dni. Wtedy przychodzi, kładzie się obok i domaga się głaskania albo wtula się w moją rękę. Dzięki niej czuję się potrzebna.

Frania = żywa maskotka

Dosłownie. Od pierwszego dnia śpi z nami w łóżku. Przyszła w nocy, stoczyliśmy nierówną walkę i po czwartym zrzuceniu jej z łóżka poddaliśmy się. Od tej pory ma swój kocyk, na którym śpi i który ciućka przed snem. Zawsze kładzie się tak żeby czuć czyjąś rękę. Kiedy śpię na brzuchu albo ręce mam schowane pod kołdrą, kładzie się na mnie. Czasem jest to bardzo wskazane, szczególnie w momentach, kiedy boli mnie bark albo plecy po rurce.

Zawsze będę mieć przed oczami zdjęcie, które zrobił jej Tomek po pierwszej nocy z nami. Leżała na plecach, z łapami w górze, wtulona we mnie i biła z niej taka błogość i spokój. Poczuła się u nas bezpiecznie od pierwszego dnia, co nas rozłożyło na łopatki.

Frania i woda to najlepsi przyjaciele

Normalne koty nie lubią wody i unikają jej jak ognia. Nasza kotka nie jest normalna. Ona uwielbia wodę, uwielbia być mokra, uwielbia wszystko, co jest związane w wodą. Zaczęło się od umywalki. Patrzyła jak woda leci cienką strużką, moczyła w niej łapę, oblizywała i powtarzała rytuał. Z czasem poszła krok dalej i zaczęła wylizywać wannę po każdym prysznicu. Teraz potrafi miauczeć, jak za długo się myję, bo ona chce wejść i to natychmiast. Ogląda jak napełnia się spłuczka i pije stamtąd wodę, bo ta w misce jest trująca. Po zmywaniu naczyń czy myciu warzyw musi się wytarzać w zlewie. A hitem ostatnich dni jest głaskanie jej mokrą ręką. Wtedy jest najszczęśliwsza na ziemi.

Kot wejdzie wszędzie, dosłownie wszędzie

Zanim adoptowaliśmy Franię ustaliliśmy pewne zasady. Kot nie chodzi po blatach w kuchni. Kot nie siedzi na stole w salonie. Kot nie śpi z nami w łóżku. Każda z nich została obalona prędzej czy później. I co dziwne, nie przeszkadza nam to wcale. Wręcz przeciwnie, potrafimy stać i podziwiać nowe miejsce, które zdobyła Frania.

Choć nie zawsze jest tak kolorowo. Mieszkała u nas tydzień z małym kawałkiem i nagle zginęła. Nie ma kota. Sprawdziliśmy każde z jej ulubionych miejsc i nic. Zaczęłam panikować i szukaliśmy w coraz to bardziej absurdalnych punktach. W pewnym momencie zaczęłam płakać, a w głowie układać treść ogłoszenia. I wtedy stał się cud. Tomek zajrzał po raz kolejny do szafy i znalazł tam Franię, która spała zadowolona na pudełkach z butami. Do dzisiaj pamiętam tą mieszankę strachu, rozpaczy, bezsilności. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że już kochamy tego kota całym sercem.

Zabawką jest wszystko

Frania ma tą cudowną cechę, że potrafi bawić się wszystkim, a najbardziej lubi zabawki, które sama sobie znajdzie. Jej pierwszą zdobyczą był sznur koralików ze stroika bożonarodzeniowego. Ma go do dzisiaj i uwielbia za nim gonić po całym korytarzu. Kulki z folii aluminiowej zawsze są atrakcyjne i zawsze jest gotowa turlać je po całym mieszkaniu. Jednak zdecydowanie najlepiej robi się to w środku nocy. Korek od butelki też jest super. I zakrywka od dezodorantu. I breloczek z gum Orbit w kształcie loda.

Jedyne kupne zabawki jakie ma to miotełka z piórami, którą wykańcza co tydzień i piłki kauczukowe z automatu. Poza tym dostała parę od swojej matki chrzestnej i jedną od Agaty, ale nimi bawi się okazyjnie. Jednak, gdy już do tego dojdzie, to oczywiście w nocy, kiedy my śpimy.

11154798_1134058933278368_5865128089490808511_o

Mamy ją dopiero pięć miesięcy, a wydaje się nam, że jest z nami od zawsze. Swoim urokiem łamie serca nawet zatwardziałych przeciwników kotów. Ożywiła nasze mieszkanie, wprowadziła do niego radość i pierwiastek zaskoczenia, bo nigdy nie wiadomo, co wymyśli danego dnia. Generalnie to fajnie jest mieć Franię!

Jak popełnić samobójstwo?

Standardowy

Siedzisz wygodnie czy może niecierpliwie przebiegasz wzrokiem słowa na ekranie i szukasz odpowiedzi na pytanie? Nie obchodzi mnie to. Nie powiem Ci jak się szybko, skutecznie i bezboleśnie zabić. Bo sama tego nie wiem. Mimo, że próbowałam. Zmuszę Cię do chwili refleksji. Skoro i tak chcesz popełnić samobójstwo, to nic nie tracisz czytając ten tekst do końca.

hand-315397_1280

Samobójca to nie tylko egoista. To też osoba rozchwiana emocjonalnie, nie dająca sobie rady w życiu, nie widząca rozwiązania problemu. Wtedy wszystkie słowa pocieszenia i banały w stylu „będzie dobrze” są tak trafione w punkt, jak kalosze w słoneczny dzień. Taka osoba widzi świat na czarno, ma same negatywne myśli, a zabicie się jest jedynym rozwiązaniem. Skąd to wiem? Bo nie raz stałam w kuchni z nożem w ręku, odliczałam pracowicie tabletki, które zamierzam połknąć, czytałam ulotki leków żeby odpowiednio zmieszać. Żyję nie tylko dlatego, że jestem tchórzem. Żyję, bo zawsze nad chwilę przed godziną zero zaczynałam myśleć jak to będzie już po.

Nie zastanawiałam się, co mnie czeka po drugiej stronie. To miałam zupełnie w dupie. Bardziej obchodziły mnie reakcje bliskich, rodziny, znajomych. Czy ta śmierć ich czegoś nauczy? Czy zrozumieją jakie błędy popełnili? Oczywiście, że nie. Nie są jasnowidzami. Jeśli ja im tego nie powiem, sami się nie domyślą nigdy. Zostawię ich z pytaniami bez odpowiedzi na zawsze. Z moimi rzeczami do poukładania. Książkami, ubraniami, dokumentami, kosmetykami. Będą to porządkować, a łzy będą spływać po ich policzkach. W końcu nie wytrzymają i zamkną drzwi mojego pokoju. Wrócą jak będzie mniej boleć. Tylko, że zawsze będzie kończyć się tam samo. Zaciskanie zębów, płacz, cierpienie i pytania przewijające się przez głowę. Słysząc ulubioną piosenkę w radiu będą myśleć o mnie. Oglądając znany film po raz kolejny będzie im brakować głosu podpowiadającego aktorom kolejne dialogi. Przechodząc obok sklepu z butami będą się zastanawiać, czy coś bym dla siebie wybrała z aktualnej kolekcji.

I jeszcze pogrzeb. Trzeba wybrać strój, buty, a najpierw trumnę albo urnę, wiązankę, napisać nekrolog. Zadzwonić do najbliższej rodziny i powiedzieć im o tym. Odpowiadać w nieskończoność „nie wiem”, na pytanie jak do tego doszło. Rozdrapywać ranę, która nigdy nie będzie miała szansy się zagoić. Odstać swoje na mszy, pożegnać się ostatni raz, patrzeć jak na świeżym grobie rośnie góra kwiatów. A potem zostać samemu z bólem, którego nie ukoi nic.

Zazwyczaj taki ciąg myśli kończył się płaczem. Płakałam tak długo, aż brakowało mi łez. Nakręcałam się w tym myśleniu. Dorabiałam kolejne scenariusze, układałam w głowie przebieg pogrzebu, stroje osób zgromadzonych na nim. Czułam się coraz gorzej, coraz bardziej podle. Wyrzucałam sobie, że jestem egoistką, bo pomogę tylko sobie. I w końcu dochodziłam do momentu, że odkładałam samobójstwo na później. Nadal miałam problemy, nadal nie chciałam żyć, nadal czułam się paskudnie. Nie widziałam wtedy światełka w tunelu, nie pojawiała się tęcza na niebie. Nieświadomie podejmowałam decyzję, że walczę dalej, nie poddaję się.

Nie musisz przez to przechodzić. Nie musisz zmuszać się do ostateczności. Stawać na krawędzi i patrzeć w dół. Daj sobie pomóc. Bo zawsze jest ktoś, kto wysłucha, będzie obok, pomilczy, potrzyma za rękę. Zawsze da się coś zrobić, choćby w nie wiem jak czarnej dupie się było.

Daj sobie pomóc, chociaż spróbuj, zanim podejmiesz decyzję, której nie da się cofnąć.

116 123 - Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 - Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 - Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 - Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 - „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

„Szczęściara”

Standardowy

Pierwszy raz czytałam „Szczęściarę” w liceum. Nie pamiętam, w której byłam klasie, ale pamiętam okoliczności w jakich ją kupiłam. To były czasy, gdy wchodząc do Empiku było mnie stać na więcej niż jedną książkę, mimo że żyłam na kieszonkowym od Rodziców. Te wizyty w Łodzi traktowałam jak moje małe święto. Mogłam do woli przechadzać się między półkami, wybierać, przeliczać, kalkulować, wdychać zapach nowych książek, a w końcu stanąć w kolejce do kasy i cieszyć się nowymi pozycjami w domowej biblioteczce. Oczywiście Rodzice nic nie wiedzieli o moich nowych zakupach i na tym polegała cała zabawa.

Na „Szczęściarę” trafiłam podczas jednej z takich wypraw. Byłyśmy z Aśką w Empiku, ona lekko znudzona przeglądała ulotki i trafiła na ekscytujący fragment książki. Trzeba dodać, że wtedy każda wzmianka o seksie powodowała u nas szybsze bicie serca i rumieniec podniecenia na twarzy. Poszłyśmy w jakiś kąt i czytałyśmy opis gwałtu. Zapamiętałam z tego tylko czarnego penisa, który smakował jak spalona guma. I to, że bez zastanowienia wzięłam półkę z książki i pobiegłam z nią do kasy.

Nie za wiele zapamiętałam z tej lektury. Na pewno inaczej na nią patrzyłam i szukałam czegoś innego. Rozczarowało mnie, że sam opis gwałtu był taki krótki i mało ekscytujący. Nie wiedziałam wtedy, że seks pod przymusem jest czymś najstraszniejszym na świecie i koszmarem nocnym każdej kobiety. Ale co ja wtedy wiedziała o życiu. Miałam naście lat, pstro w głowie, seks był czymś zakazanym i niedostępnym dla mnie. Dlatego też ze „Szczęściary” zapamiętałam niewiele. Jakieś strzępki pojedynczych informacji. Jednak coś mnie w autorce zaintrygowało na tyle, że wróciłam po jej drugą książkę – „Nostalgię anioła”. Ta pozycja wryła mi się w pamięć o wiele lepiej.

Po latach zdecydowałam się sięgnąć po „Szczęściarę” drugi raz. Bo jestem w rozsypce i muszę czytać coś, co robie jeszcze większy bałagan w duszy. Co zmusza mnie do myślenia, zatrzymania się na chwilę, zastanowienia się nad sobą. Oczekiwałam, że „Szczęściara” da mi to wszystko. Że skończę czytać z zasychającymi łzami na policzkach i nie będę mogła dojść do siebie przez długi czas. I trochę się rozczarowałam… Pod względem literackim na pewno to nie jest powieść najwyższych lotów. Czytało się momentami ciężko, brakowało lekkiego pióra, polotu i czegoś, co sprawiłoby, że nie chce się odkładać książki aż do przeczytania ostatniego zdania.

Sama historia też wywołała we mnie mieszane odczucia. Na pewno nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje osoba zgwałcona. Przez jakie piekło przechodzi, jak ciężki i niemożliwy jest powrót do normalności, jak żyje się z takim piętnem. Zabrakło tego opisu wracania do normalności. Mamy Alice podczas studiów, która próbuje żyć jak dawniej, ale brakuje dorosłej Alice. Nie wiemy jak sobie poradziła, czy się z tym uporała. Cała historia kończy się w momencie rozdania dyplomów, a potem mamy jakieś skrawki, z których nieudolnie próbowałam złożyć spójną całość. Za bardzo według mnie autorka skupiła się na dokładnym opisie przebiegu sprawy w sądzie. W pewnym momencie złapałam się na tym, że czytam co drugie zdanie, bo jestem zmęczona tym gradem pytań ze strony obrony.

Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki. Kiedyś wydawała mi się mocna i taka ważna. Teraz jest trochę na wyrost, trochę niedopracowana, trochę do zmiany. Z ważnego tematu, który wart jest opisania, zrobił się opis sprawy w sądzie. Jakby to miało być jedynym wyznacznikiem normalności. Jakby wyrok skazujący gwałciciela na więzienie sprawił, że przeszłość zostanie zapomniana i zamazana, zostanie tylko teraźniejszość.

To pokazuje tylko, że warto wracać do książek już przeczytanych. Można odkryć je na nowo, zachwycić się lub rozczarować. Będę sobie fundować takie powroty raz na jakiś czas.

Adopcja kota – to wcale nie jest łatwe!

Standardowy

Miałam do tematu już nie wracać, ale na tapecie do dłuższego czasu jest adopcja drugiego kota, więc myślę, że warto parę kwestii wyjaśnić.

  11174560_1134058973278364_9179253221294604940_o

 Decyzję o chęci posiadania czworonożnego sierściucha podjęliśmy dość spontanicznie. Warunkiem było znalezienie przeze mnie pracy. Do tego czasu mogłam sobie do woli oglądać ogłoszenia kotów, miałam tylko zakaz pisania czy dzwonienia. To drugie i tak odpadało, bo przecież moja niechęć do załatwiania czegokolwiek przez telefon jest prawie legendarna. Oglądałam na przemian oferty pracy i oferty z kotami. Wtedy wpadła mi w oko Bali. Codziennie pokazywałam Tomkowi jej zdjęcia i nie było innego tematu, jak Bali i Bali, aż do znudzenia. W momencie, gdy znalazłam pracę, Bali znalazła nowy dom. Spóźniłam się, dosłownie o jeden dzień.

Szukamy dalej. Wciąż przeglądałam ogłoszenia na OLX, z ukierunkowaniem na białe koty. Wtedy inne miały małe szanse. Tym sposobem trafiłam na kocura, który spełniał kryterium koloru, a dodatkowo przebywał w domu tymczasowym z psami. Lepiej być nie mogło, nie będzie problemu przy poznawaniu Froda. I na tym skończyły się dobre wiadomości.

Odpowiedziałam na ogłoszenie, kot jak najbardziej do wzięcia, ja prawie skaczę do góry ze szczęścia. Happy endu nie było. Nastała cisza ze strony kobiety z ogłoszenia. Odpowiedziała po mniej więcej czterech dniach, że ten konkretny kot znalazł dom, ale ma innego do zaoferowania. Obejrzałam, spodobał mi się, więc jestem chętna. Historia zatacza koło i znów się okazuje, że się spóźniłam. Tym razem napisałam, że nie jestem już zainteresowana, bo znów będzie cisza, a potem okaże się, że kot znalazł nowy dom. I tym sposobem zakończyłam szukanie sierściucha na OLX.

Skupiłam się na Fundacjach. Wydawały mi się bardziej godne zaufania, zorganizowane i pewne. Niestety, tutaj też się zawiodłam. Pierwsza Fundacja wymagała podpisania umowy adopcyjnej i czytając ją zaczęłam się zastanawiać, czy ja na pewno chcę dać dom kotu, czy może dziecku? Wizyta w domu adopcyjnym. Dom niewychodzący, czyli kot ma żyć w czterech ścianach. Osiatkowane okna, nieważne czy jest balkon, czy nie. Odpuściłam. To ma być tylko kot, a ja zrobię wszystko żeby był szczęśliwy, ale są jakieś granice zdrowego rozsądku.

Druga Fundacja wydawała się sensowniejsza. Umowa adopcyjna do podpisania, ale bez większych cudów. Wybraliśmy wstępnie dwie kotki. Jedna okazało się, że poszła do nowego domu, druga zarezerwowana. Trudno, mamy pecha. Jednak tak mi ta dziewczynka weszła do głowy, że postanowiłam odwiedzić stronę Fundacji ponownie. Obie nadal były. Dziwne. Napisałam z drugiego adresu meilowego. Na odpowiedź czekałam kilka dni, okazało się, że wróciła z domu adopcyjnego, ale zaraz idzie do nowego. I tu zaczęłam się mocno zastanawiać. Na blogu Fundacja pisze, że biedne kotki czekają na dom, każdy dzień u nich to dla nich cierpienie i powinny jak najszybciej trafić do stałego właściciela. Jeśli tak, to czemu na stronie nadal są te same zdjęcia kotów? Tak, sprawdzałam, nasza upatrzona dziewczynka nadal tam widnieje. Z ciekawości napisałam wiadomość z zapytaniem, jak sprawy stoją, ale od przeszło tygodnia nie mam odpowiedzi.

Także i Fundacja odpadła. Jedna ma zbyt wygórowane ambicje, druga traktuje ludzi chcących dać kotom dom w mocno lekceważący sposób.

Ostatnią deską ratunku i miejscem, w którym mogliśmy pozyskać kotkę było schronisko. Odrzucałam je od samego początku, ponieważ nie chciałam tam iść, patrzeć na te bezpańskie psy, słyszeć ich wycia, chłonąć tej atmosfery smutku i braku miłości. Wiedziałam, że dla mnie to może być za dużo. Jednak chęć posiadania kota była silniejsza i wiedziałam, że muszę się przełamać. Inna sprawa, że w końcu trafiliśmy na kompetentną osobę, która odpowiedziała na wszystkie nurtujące nas pytania i pomagała w wyborze.

Wybraliśmy dwie kotki, jedna po złamanej łapie, druga z kocim katarem. Nasz brak szczęścia nie zawiódł i tym razem i nasz numer jeden został zabrany. Byłam już tak zmęczona ciągłymi poszukiwaniami, że wiedziałam, że albo ta kotka, albo inna. Szczególnie, że mieliśmy już dla niej przygotowaną sralnię i zakupiony transporter. Pamiętam, że w piątek przed samym wyjściem z pracy sprawdziłam jeszcze na stronie schroniska, czy kotka nadal jest do wzięcia. Tak naprawdę stresowałam się do samego końca. Pewności, że będzie nasza nabrałam, gdy pani przyniosła nam na rękach czarne cudo z oczami niczym kot ze Shreka.

  11143611_1134058959945032_4438817679093121383_o

 Tak, to zdecydowanie była miłość od pierwszego wejrzenia. Czarne cudo otrzymało imię Frania i jest z nami pięć miesięcy. Przez ten czas zapomniałam jak to jest nie mieć kota i jakie perypetie spotykały nas po drodze. Schronisko nadal omijam szerokim łukiem, lekarz w nim pracujących też. A nauczona bogatym doświadczeniem w adopcji kota wiem, że po drugiego zgłosimy się od razu do schroniska.