AlBuM zE zDjĘcIaMi

Standardowy

Chcę jak najszybciej wyjechać na działkę! Duszę się w domu! Nie mam co ze sobą zrobić. Czas mi się dłuży. Jest do niczego. Dzisiaj wstałam o 7:30. Obudziłam się o 7. Znów mnie Frodo obudził! :/ Swoim szczekaniem. I warczeniem. A potem tata kazał mi wytrzeć jemu łapy. I spać już nie mogłam. Więc wstałam. Włączam laptopa. I piszę. Jem jogurt Onkena. Kawa mrożona niby. Ja tam czuję smak tylko kawy. Mrożona jest średnio. Raczej schłodzona, bo z lodówki. :) Pogoda za oknem nieciekawa. Deszcz siąpi. Jest zimno. Nie chce się nawet wyjść. Siedzi się więc w domu. I myśli. A niektórzy szczęśliwcy mogą nawet pospać. Ja już nie usnę. A przynajmniej nie przez najbliższą godzinę! :/ Chciałabym żeby dzisiaj coś się wydarzyło. Coś specjalnego. Dzięki czemu mogłabym pomyśleć, że mam w życiu szczęście. Tak jak wczoraj. To niespodziewane spotkanie…było miłe. Co tu dużo mówić… Nawet bardzo miłe. Trud się czasem opłaca. ;) Ale dzisiaj nic się nie zdarzy. Jest szary dzień. A w szare dni jest nudno. Ale przecież w deszczu kwiaty i marzenia rosną… Moje marzenia też rosną… Chciałabym móc się przenieść w przyszłość. W sierpień 2005. Wtedy wszystko by było jasne. Ale jakbym się dowiedziała, że (odpukać: puk! puk!) nie poszło po mojej myśli… Pewnie bym się załamała. Straciła sens życia. Nie uczyłabym się nic. Więc może nie warto poznawać przyszłości. Żyć w myśl zasady: Wczoraj jest Przeszłością, Dzisiaj jest Tajemnicą, a Jutro jest Prezentem. Sporo w tym cholera racji! Bo na dobrą sprawę nie możemy być pewni, że dożyjemy jutra. Powinnam się wzorować na mojej babci. Ona nie robi dalekosiężnych planów. Zawsze mówi: Nie wiem czy dożyję do jutra, a co dopiero kiedyś tam. Jak byłam mniejsza nie rozumiałam tego. Ale teraz chyba to rozumiem. I podziwiam babcię za odwagę. Ja nie umiem się pogodzić ze śmiercią. Oswoić jej. Boję się jej. Nie umiem sobie wyobrazić co będzie po śmierci. Nie potrafię się pogodzić z tym, że mnie kiedyś nie będzie. Że stracę to wszystko co teraz mam. Jak byłam mniejsza i o tym pomyślałam zaczęłam płakać. Wtedy przybiegła do mnie mama. Przytuliła. Spytała co się stało. Pocieszyła. Teraz już nie przyjdzie. Mogę sobie ryczeć do woli. A ona i tak mnie nie usłyszy. Siedzi zasłuchana w stukot klawiszy. A jej dziecko za ścianą przeżywa katusze. Bo jak zacznę o tym myśleć, to nie mogę przestać… Zawsze dochodzę do tych samych wniosków. A jednak za jakiś czas znów o tym myślę. To nie ma sensu… Po śmierci czeka nas Życie Wieczne. Ale co to jest? Nikt tego nie wie… A ja boję się tego co nieznane. Jakaś katechetka wytłumaczyła nam to w ten sposób: Wyobraźcie sobie, że będziecie mogli oglądać Boga cały czas. Wyobraźcie sobie jak byście wtedy się czuli. Jakie uczucia by w was dominowały. I tak będzie wyglądać wasze Życie Wieczne. Wasze i moje. Wszystkich… Jakoś mnie to wtedy nie przekonało. Teraz zresztą też nie. Nie mogę sobie tego wyobrazić .Co innego szum morskich fal. Zamykam oczy. I już jestem w Chorwacji. Siedzimy na pomoście. Razem z Kinią i Ogórem. Ja się smaruję kremem. Ogór szuka golków. Kinia truje kiedy wejdziemy do wody. Zakładam moje trampki. Te same, które zostały w koszu Mariji. Wchodzę do wody. ZA zimna. Nie dam rady się zamoczyć. Wychodzę. Na twarzy Kini widzę malującą się podkówkę. Idę w stronę prysznica. Odkręcam wodę. Wchodzę pod niego. Zaciskam zęby, bo woda lodowata. Stoję pod nim dwie minuty. A potem biegnę do wody. I zamaczam się w sekundę. Kinia promienieje. Ogór patrzy dziwnym wzrokiem. I dalej stopi w wodzie po kolana… Otwieram oczy… Znów widzę laptopa. Jakiś tekst na jego ekranie. Obok stoi do połowy pusty (albo do połowy pełny) kubek z jogurtem. W tle gra radyjko. Wszystko po staremu. Nadal jestem w domu. Nadal żyję…!
Here comes the sun… =)