Standardowy

Poszłam wczoraj na mecz. Dopiero wczoraj. Bo to był trzeci mecz u nas. Na poprzednich nie byłam z prozaicznych powodów. Nie mieliśmy karnetów. A tata nie za bardzo chciał jechać i wchodzić na bilet. A karnetów nie kupi, bo musi dopłacić połowę ceny. :/ Ale wczoraj go wyciągnęłam. Szlagierowy mecz. Graliśmy z Wisłą. Bardzo zmienioną personalnie Wisłą. To był mecz na bardzo wysokim poziomie. :) Ale nie będę tutaj streszczać przebiegu meczu. Nie o to mi chodzi.
Na meczu znów stało się coś dziwnego. Od tego sezonu w naszej drużynie gra Olga Pantalejewa. Nigdy jej nie lubiłam. Ale imponowała mi jako koszykarka. Ale wczoraj wszystko się zmieniło! Zobaczyłam Panti w białej koszulce z napisem PZU Polfa Pabianice. Zobaczyłam jak klepie Jarzynkę, Szczyglatą i inne. I coś we mnie się ruszyło. Zrozumiałam, że teraz ona jest „nasza” i nie mogę na nią wrzucać. Bo nie wypada krzyczeć na własną zawodniczkę! :) Kiedy zabrzmiał pierwszy gwizdek i zobaczyłam Panti w akcji, coś we mnie pękło. Pękło po cichu. Ale czułam, że to jest trwałe. Nie tylko mała dziurka, która z czasem się zespoli. To było trwałe pęknięcie. Rozłam. Nie potrafię tego ubrać w słowa. Patrzyłam na Olgę na boisku. Na jej spokój. Pięknie wykończone akcje. Genialne asysty. Zbiórki w najbardziej potrzebnych chwilach. I powoli dochodziło do mnie, że cieszę się z jej punktów. Czekam tylko aż znowu wejdzie pod kosz. Lub zaliczy asystę… Kiedy sędzia gwiazdał jej kolejne faule, czułam ukłucie w okolicach serca. Kiedy sędzia postanowił zgwizdać Panti (odgiwzdać faul, którego nie było), łzy zakręciły mi się w oczach. Wtedy zrozumiałam, że polubiłam ją bardzo. Wystarczył jeden mecz. Nawet nie mecz. Tylko rozgrzewka. To ona była kamieniem, który zapoczątkował lawinę… :) Ale wdzięczna jestem temu kamieniowi…!
Tak więc do grona moich ulubionych zawodniczek doszła jeszcze Panti. :)

Standardowy

To niesamowite. Wystarczył jeden WF. Jeden jedyny. I to nawet z 1M, której się tak obawiałam. Bo przecież one są neizłe w każdym sporcie. Bardzo wywrównany kolektyw tworzą.
Miałam nie iść na ten WF. Ale okazało się, że gramy w kosza. Więc takiej okazji nie mogłam stracić. :) To była piękna lekcja. Ale nie WFu. Życia. Przeprosiłam się z Wiolą! Po sześciu latach obrażania się na każdym kroku. Dorosłam do tego żeby wyciągnąć do niej rękę. Powiedzieć przepraszam. Bo w końcu jesteśmy koleżankami po fachu. Tylko, że ona dłużej w tym fachu była. :)
Przeprosiłyśmy się na boisku. Po prostu powiedziałam: „Przepraszam”. Ona to samo. I objęłyśmy się jak dawno nie widzące się przyjaciółki. Gra toczyła się dalej. A my stałyśmy an środku wtulone w siebie. Brakowało tylko łez płynących po policzkach. Pani Bekeri odciągnęła mnie potem na bok i powiedziała: „W tym momencie zdałaś swój egzamin dojrzałości. Jestem z ciebie dumna!”. Miło było to usłyszeć. I to z ust takiego autorytetu. Osoby, która była przy mnie zawsze. Bez względu na to czy wina była po mojej stronie czy nie. Adam też się zainteresował. Pani Bekier mu na pewno wszytsko streściła już. ;)
Ale nie to jest ważne. Po siedmiu latach chodzenia na mecze i po czterech latach trenowania myślałam, że wiem co to jest piękno sportu. I na czym polega. Myliłam się bardzo. Dopiero dzisiaj zrozumiałam co to znaczy… I nie jest ważnekim jesteśmy, jaki mamy kolor skóry, ile mamy lat etc. Ważne jest to, że w sporcie wszyscy są RÓWNI!! Ja to zrozumiałam. I życzę każdemu żeby też kiedyś to zrozumiał. Bez względu na to czy ma coś wspólnego ze sportem czy nie! :) Naprawdę WARTO…!
P.S. W dzisiejszym meczu zdobyłam 10 punktów i zaliczyłam 11 zbiórek. Czyli maiłam double-double! :D Pierwszy w mojej licealnej karierze. :D

Standardowy

„Bóg wysłuchuje tych, którzy błagają o łaskę zapomnienia dla nienawiści, lecz głuchy jest na głos tych, którzy pragną uciec przed miłością…”

Trochę w tym prawdy jest. Nawet nie trochę a dużo. Sama nie wiem czego chcę. Może nie jestem gotowa na takie uczucie. Miłość spadła na mnie nagle. Akurat wtedy, kiedy jej nie szukałam. Nawet pogodziłam się z tym, że jestem wciąż solo. I nagle pojawił się On. I chyba ze sobą jesteśmy. Chyba, bo nie jestem pewna. Boję się zapytać. Boję się… Nie wiem jak On to traktuje. Boję się zakochać. Boję się mieć serce na temblaku. Za dużo jest niewiadomych. Boję się mu zaufać. Tak do końca. Tak prawdziwie. Boję się odrzucenia. Boję się samotności. Ale z drugiej strony uwielbiam z nim być. Nawet milczy mi się z Nim dobrze. Nie czuję jakiegoś zażenowania, kiedy zapada cisza. A taki stan ducha uzyskuję tylko z nielicznymi. Jedyny minus jaki jest, to różnica wieku. Boję się, że On będzie chciał tylko jednego. I będzie do tego dążył. A kiedy to dostanie odrzuci mnie w kąt jak dziecko starą zabawkę. Nie wiem co zrobić… Może po prostu poczekam na dalszy rozwój wypadków. Za dużo razy wychodziłam z inicjatywą. Teraz Jego kolej. Skupię się na nauce, która ostatnio została w tyle. A o Nim będę myśleć przed zaśnięceim. To najbezpieczniejsze wyjście…

A na koniec świeczka dla Christophera Reeve’a… [*]