Standardowy

znowu miałam okazję zamienić parę słów ze Strzałką! z pozoru nic nie znacząca wymiana zdań. ale Jej uśmiech sprawił, że poczułam się lepiej. :) chociaż nie narzekałam na zły humor. co więcej to Ona zaczęła pierwsza. :) wpadłam na inteligentny pomysł, że zastąpię Panią Basię. :) ona piłowała kłódkę dziewczynom z 2d. jakiś inteligentny człowiek zamknął sztanię na inną kłódkę. kluczyka nie było. ale nieważne.
stałam sobie koło filara. przyszła Strzałka. na odmianę do palarni. :P pyta się mnie: „a co ty za Panią Basię robisz?”. uśmiechnęła się oczywiście. mówię, że :”matury nie zdam i coś w życiu muszę robić”. „musisz bardziej przysiąść i będzie dobrze”. już prawie znikała wśród dymu, ale zdążyłam jeszcze powiedzieć: tak zrobię. ale Pani Basia nie jest ze mnie zadowolona”. Strzałka oczy ogromne i mówi: „musisz bardziej się przyłożyć”. na co ja: „przyłożyć to ja mogę Pani Basi”. Strzałka w śmiech. puściła oczko. i tyle Ją widziałam. :)

Standardowy

już po studniówce. niestety. żeby wyrazić jednym wyrazem jak było muszę użyć niecenzuralnego słowa. było zajebiście! :) nie przypuszczałam, że w towarzystwie nauczycieli można tak dobrze się bawić. i z klasą, której za bardzo nie lubię. ;) na początku było drętwo. polonez. walc. pierwszy taniec. słyszałam od wszystkich, że podobna do mamy jestem. wszyscy czyli Gabrysia, Strzałka, Kaka i Olaszek. :) potem zaczeliśmy w kółku tańczyć. część naszej klasy. Gabrysia do nas przyszła. bardzo sympatycznie było. :)
parę razy się obkręciłam i nagle tańczyłam ze Struśkiem. potem on mnie puścił i mówi: „a teraz zatańczysz kankana z Panią Profesor, a ja popatrzę czy dobrze wam wychodzi”. Strzałka się buntowała: „ale jak ja mam tańczyć kankana jak w spodniach jestem?!”. ale zatańczyliśmy. potem znalazła się jeszcze Olcia w okolicy. dużo ludzi patrzyło na nas z podziwem. wtedy się zastanawiałam czy Strzałka jest sama czy z Małym. ale Strusiek Ją tylko poprosił do tańca. Małego zobaczyłam po paru chwilach. :) z Nim też zatańczyłam. zaczął mnie kręcić w kółko. zatrzymał się na chwilę i spytał czy żyję. kiedy usłyszał pozytywną odpowiedź kręcił dalej. super z Nim się tańczyło. w ogóle bardzo dobrze tańczy. :) dość często tańczyliśmy w kólku ze Strzałką, Małym, Gabrysią, Łyszkami dwiema i Senioritą Konczitą Kozioł. :) za pierwszym razem jak poszłam do Niej do kółka zrobiła wielki oczy. ale oczywiście zrobiła miejsce. :)
dzisiaj stópki mnie bolą strasznie. praktycznie całą studniówkę tańczyłam. schodziłam z parkietu tylko żeby się napić. albo ewentualnie coś zjeść.
to była piękna noc. szłam nastawiona sceptycznie. ale po paru minutach wiedziałam, że będę dobrze się bawić. :) poza tym mogłam szaleć razem ze Strzałką i Małym. w tę jedną noc obie strony mogły sobie trochę odpuścić. Strzałka przestała na chwilę być Panią Profesor. stała się kobietą, która lubi dobrą zabawę. pokazała, że umie i chce bawić się z młodzieżą! za to wielki szacunek dla Niej :) a że przy okazji ja mogłam być szczęśliwa, to już drugorzęna sprawa. :) ale byłam. każdy Jej uśmiech posłany w moją stronę cieszył potrójnie! :)
z dobrej strony pokazał się również Kozioł. nie spodziewałam się, że tak dobrze będzie się bawił. oczywiście Łyszki dwie, które na parkiecie królowały. nasza Gabrysia z mężem. :) chwilami Pani Hartleb. I oczywiście Strzałka z Małym! :)
reszta grona pedagogicznego pokazała, że nie umie się bawić. nie potrafi. nawet nie próbowali udwać. Sylwia, tak bardzo lubiana przez uczniów, cały czas trzymała się męża. minę miała jakby ktoś ją bił na sali. Poczteks standardowo świętsza od papieża. :/ ale czym się przejmować. jako klasa pokazaliśmy się z dobrej strony. Bawiliśmy się razem. czasem z nauczycielami. wiadomo z kim można. kogo można uważać za „swojaka”. kto dla nas zdał egzamin. :)
nie zapomnę „Smells like a teen spirit” i skaczącej pod niebo Strzałki z Łyszką. :)) „Pump it up” z Gabrysią. :) tańca z Małym. :) właściwie kręcenia mnie w kółko przez Małego. :P „męczarni” z Gorzelakiem. :P ale warto było. naprawdę warto!
ten wieczór był jak wszystkie moje krótkie rozmowy i eipzody z Nią. przyprawiający o dreszczyk. sprawiający, że uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. niezapomniany. ulokowany głęboko w sercu. na szczególnym miejscu. tuż obok Niej…
zgodzę się, że Studniówka to najpiękniejsza noc w życiu licealisty…!
szczególnie ta Nasza…

Standardowy

parę miłych chwil wartych zapisania. :) na mecz przyszła Strzałka! :) jak zawsze uśmiechnięta. pełna życia. optymizmu. rozmawiałam z Nią. nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. :) nie mogłam takiej okazji nie wykorzystać. :) to było dość krótkie. ale miłe. sympatyczne. wierzyła we mnie. wierzyła w nas. powiedziała swojej klasie: „jak nie będzie dopingu, to nie pójdziecie więcej do teatru!”. kochana osoba. przez cały mecz wierzyła. a nam się nie udało. w ostatnich sekundach przegrałyśmy mistrzostwo… już pierwsze nie jest pierwsze. ;( do szatni poszłyśmy z łzami w oczach. Ania nie wytrzymała. płakała już po meczu. nic dziwnego. to ona trzymała wynik. a na dodatek nie dostała nagrody dla najlepszej zawodniczki turnieju! ale dla nas i tak Sodolska była najlepsza! :) a dla mnie ważne było, ze przyszła Strzałka. :) nie wiem zupełnie dlaczego akurat Ją tak lubię… to jest dziwne. kiedyś Jej o tym powiem. może…

Standardowy

nie byłam w szkole. jest liecaliada. wygrałyśmy z II LO. :)) brawo dla dziewczyn, które mogły grać. ja tego zaszczytu nie dostąpiłam. tu należy zamieścić podziękowania dla pani Bajer. jak zawsze zorientowana i zainteresowana życiem szkoły. dała mi nie ten strój. :/ ale jutro już pojawię się na rozgrzewce. Zonia chyba nie przychodzi. woli siedzieć w szkole niż na ławce. jej wybór. będzie jutro cięzko. gramy z Włókiennikiem zwanym „kurwidołkiem”. Hałęza. młoda Bekierowa. i reszta popapranych dziewczyn. dwie pierwsze będą się rzucać na Wiolę. ja nie wiem jak ona ten mecz wytrzyma psychicznie. ale będę ją wspierać. ja i Kurczak. inne dziewczyny chyba aż tak bardzo się nie przejmują. może jeszcze Marta. ale to w końcu jej przyjaciółka. zobaczymy co będzie. w końcu na sali do rozlewu krwi dojść nie może. będzie przecież pani Bekier, sędzia i parę innych osób. szkoda mi jest Wioli bardzo. to jest bardzo sympatyczna dziewczyna. nie wiem czym ona sobie zasłużyła na takie traktowanie. a podobno ten koszmar trwa od połowy ostatniej klasy gimnazjum. a najgorsze w tym wszytskim, że nauczyciele na to nie reagują. jakby ich to nie dotyczyło. jakby byli obok tego. ponad tym. chory system…
P.S. jutro na mecz przyjdzie klasa 1d. wraz z wychowawcą!! :)) czyli będzie na sali jedna przyjazna dusza. Strzałka!! :)) będę się musiała pilnować i nie bluzgać za głośno. bo Jej uszy mogą tego już nie wytrzymać. :P

Standardowy

O tym, co jadł i jak się mył, czyli o codzienności himalaisty, pisze specjalnie dla Życia Pabianic:
Wyruszając w Himalaje, wiedziałem, co mnie czeka: majestatyczne góry, wiatr, śnieg, skały i lodowiec. Nie wiedziałem, że będzie też smród niemytych ciał, kiepskie żarcie, woda z amebą i biegunka. Jak na prawdziwą męską przygodę przystało.
O tym, że jadę na zdobywanie Cho Oyu, szóstej góry świata, dowiedziałem się na pięć dni przed wylotem z Warszawy. Myśleć o drobiazgach nie było czasu – ledwo zdążyłem skompletować podstawowy sprzęt. A że lekko nie będzie, zorientowałem się szybko, gdy w Katmandu ujrzałem tak zwane podręczne apteczki pięciu członków wyprawy. Tak zwane, bo apteczkę to miałem tylko ja: kilka opakowań aspiryny, coś na gardło i trochę witamin. Oni mieli apteki.
- Wysoko w górach z organizmu wyłazi wszystko, co w nim siedzi – tłumaczył mi Bogusław Ogrodnik, upychając w plecaku cztery wielkie torby leków. – Jeśli w Pabianicach bolał cię ząb, wytrzymałeś. A w Himalajach będziesz wył z bólu. Jeśli w domu miałeś migrenę, dałeś sobie radę bez leków. A tam z bólu urwie ci łeb. Gdy od mrozu popęka ci skóra na dłoniach, zagoi się dopiero jak zejdziesz z gór. Bo tam organizm się nie regeneruje.
To fakt. Już w bazie głównej, u podnóża góry (5.700 m), gołym okiem widać, że coś jest nie tak. Włosy i paznokcie rosną wolno, o nożyczkach, pilniczkach i maszynkach do golenia można zapomnieć. Do tego wieczna zadyszka, kłopoty ze snem i przestrogi tubylców, którzy ostrzegali, że jak chcę mieć dzieci, muszę zejść co najmniej tysiąc metrów w dół. Nie bez przyczyny Tingri – ostatnia wioska na drodze do gór – leży na wysokości 4.300 m. Wyżej żyć się nie da.
- A jak tu żyć? – krzywił się Boguś Magrel, szef tyskiego klubu alpejskiego i kierownik wyprawy. – Ciśnienie w Warszawie jest w granicach 1.000 milibarów. A tutaj o połowę mniejsze – odczytywał wynik na zegarku z barometrem.
Oddychanie tak rozrzedzonym powietrzem to dla organizmu koszmar. Gdybyśmy przylecieli tutaj samolotem prosto z Warszawy, zaraz po wyjściu stracilibyśmy przytomność. Żyjemy, bo od opuszczenia Warszawy minęły dwa tygodnie. Czternaście dni powolnego przyzwyczajania organizmu do rozrzedzonego powietrza.
Pierwsze pięć dni spędziliśmy w Katmandu – stolicy Nepalu. Wykorzystaliśmy je na zakupy. Poza obowiązkowymi posążkami Buddy, kupiliśmy cztery butle z tlenem. Bo choć ekipa planowała wejście na szczyt bez tlenu, wszyscy zgodnie uznali, że ostrożności nigdy za wiele. Kupiliśmy też gaz do gotowania i liofilizatory. Popularne liofile to specjalnie przygotowana żywność – dania w proszku, które wystarczy zalać wrzątkiem, by zmieniły się w ryż z rybą, wołowinę z warzywami albo bigos. W smaku nic specjalnego, ale po trzech tygodniach nepalskiej kuchni, spaghetti z proszku bije na głowę wszystkie dania tego świata.
Szóstego dnia rozklekotanym autobusem wyruszyliśmy z Katmandu w stronę Tybetu. Uważna obserwacja krętej, wąskiej, biegnącej tuż nad przepaścią drogi, dla mniej odpornych mogła skończyć się atakiem serca. Właśnie kończyła się pora monsunów i szlaki bardziej przypominały potoki błota, a kierowca jechał tak, jakby przed sobą miał szeroką dwupasmówkę. Dwa razy targaliśmy bagaże na własnych plecach, bo drogę tarasowały zwały ziemi albo głazy. Ile razy w myślach widzieliśmy się na dnie wąwozu, trudno zliczyć.
Kiedy po sześciu dniach dotarliśmy do bazy chińskiej (4.700 m), pożegnaliśmy autobus. Dalej nie mógłby nas wieźć, bo dalej nie ma drogi. Żeby dotrzeć do bazy głównej, maszerowaliśmy dwa dni. Na szczęście, większość bagażu wzięły na siebie poczciwe jaki. Gdy z plecakami na ramionach dotarliśmy do bazy, mieliśmy tylko jedno zadanie: rozstawić namioty przed nocą. Ostatnie pięć śledzi wbijałem ponad godzinę. Po każdych dwóch uderzeniach kamieniem, trzy minuty odpoczynku. Wieczorem padłem jak kłoda.
Ranek niczego nie zmienił – każdy ruch sprawiał, że serce waliło jak oszalałe. Od tlenu nie da się organizmu odzwyczaić. Przekonał się o tym dotkliwie jeden z Norwegów, członek międzynarodowej ekipy, z którą podróżowaliśmy. Wytrzymał w bazie dwa dni. Przez dwa dni nie jadł, nie pił i nie spał. Jedynym ratunkiem dla niego była ucieczka w dół. Tak osłabł, że musieli go znosić Szerpowie. My, na szczęście, mogliśmy ruszyć w górę.
Od początku wiedziałem, że szczytu nie zdobędę. Aby wejść na górę, trzeba mieć pozwolenie. Wejście na Cho Oyu kosztuje 4.000 dolarów (na Mont Everest – 14.000 dolarów). Nikt nie wierzył, że można zdobyć ośmiotysięcznik bez przygotowania. Ale patrząc z bliska na górę, nie mogłem się oprzeć, by na nią nie wejść. Wszedłem do obozu położonego na wysokości 6.500 m. Nie było łatwo. Już po dwóch godzinach wędrówki po lodowcu miałem dość. A gdy stanąłem u podnóża góry i spojrzałem na czekające mnie 700 metrów w pionie, zacząłem się zastanawiać, czy nie wrócić.
Nie wróciłem. Ale po dwóch dniach w obozie zatęskniłem za surowymi warunkami bazy. To, co w bazie wydawało się nie do zniesienia, wysoko w górach było luksusem. W bazie o wrzątek wystarczy poprosić kucharzy. W obozie nie ma ani kucharzy, ani wody. Żeby się napić herbaty albo zjeść liofila, trzeba najpierw stopić śnieg. Zanim woda się zagotuje, mija dobra godzina. W bazie można wziąć od kucharza wiadro ciepłej wody, wejść do namiotu i dokładnie się umyć. W obozie umyć można co najwyżej zęby. Wieczorną kąpiel zastępują wilgotne chusteczki do wycierania delikatnych niemowlęcych pup. Po kilku dniach takiej toalety himalaista cuchnie gorzej niż juczny jak. W bazie można się wreszcie wyspać, bo temperatura w nocy spada tylko do minus 5 stopni C. W obozie, kilometr wyżej, do minus 15 stopni.
W bazie przywykłem do tego, że wystarczy wolno mówić i chodzić, by nie dostać zadyszki. W obozie musiałem się uczyć, by nie wstać zbyt szybko. Zawroty głowy murowane, bo na wysokości serce nie nadąża tłoczyć krwi do mózgu.
Sześć tygodni wyprawy minęło szybko. Pozostał niedosyt, bo okazało się, że przy odrobinie szczęścia szczyt mógł być mój.
- Nic straconego, za pół roku idziemy na Everest – pocieszali mnie koledzy.

20.12.2004

****

Darek Koźlenko ma 40 lat. Ukończył Technikum Mechaniczne przy ul. Piotra Skargi. Studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1997 do 2003 roku był dziennikarzem Super Expressu. Teraz jest reporterem Faktu. W styczniu był w Iraku. Opisywał skutki terrorystycznych zamachów i życie polskich żołnierzy. W październiku w Himalaje wysłała go redakcja gazety Fakt.

****

kim on jest dla mnie? tak naprawdę nikim. ale podziwiam go. lubię też. choć ani razu się z nim nie spotkałam. mam do niego sentyment ze wzgledu na jego żonę. to jest osoba, która zawsze będzie mi bliska. nie miałam z Nią nigdy za dużo wspólnego. ale te krótkie chwile raz na jakiś czas pozowliły bym ją polubiła. pokochała potem. ale miłością inną niż wszystkie. miłością połączoną z podziwem. szacunkiem. to dla Niej chcę zdawać na filologię polską. to pośrednio przez Nią lubię polski. to przez Nią… :))