Standardowy

nie mam siły nawet napisać. brak siły. brak chęci. brak ochoty. jedynie obowiązek. byłam w szkole po świadectwo. i co? i nic! nie czuję dumy, że zdałam maturę. niczego nie czuję. prócz wstydu. uczucia, że nie spełniłam pokładanych we mnie nadzieji. że zawiodłam. każdego po koleji. zaczynając od samej siebie. przechodząc przez rodziców. dalej idąc przez profesori, do których chodziłam na korepetycje. i nic z tym nie mogę zrobić. pozostaje mi jedynie być dobrej nadzieji. i wierzyć, że jakimś cudem gdzieś się dostanę. ale tak naprawdę nie chcę gdzieś! chcę do Gdańska. ale on oddala się ode mnie. widzę go tylko przez mgłę. już nie tak wyraźnie jak kilka godzin temu. i sama nie wiem. nie powinnam się poddawać. ale nie mam siły. przynajmniej teraz. boję się reakcji rodziców. nie chcę spotykać się w sobotę z rodziną. chcę zaszyć się w jakimś kącie. i przeczekać to wszysto. chcę żeby był już 13 lipca. żebym wiedziała co z tym Gdańskiem. żebym wiedziała… przed oczyma widzę dwa napisy. zdała egzamin maturalny. świadectwo jest dokumentem uprawniającym do ubiegania się o przyjecie na studia w szkołach wyższych. i co z tego?! już wiem, że polski to nie moja bajka. dobrze, że nie zdecydowałam się na polonistykę. to by był tylko stracony czas. chyba sobie wmówiłam, ż lubię polski. że chcę studiować filologię polską. tylko nie wiem czemu. dla kogo. przecież można lubić literaturę nie będąc wybitnym umysłem humanistycznym. przecież można pisać bloga nie mając pojęcia o zasadach pisania. przecież można…
WSADŹCIE SOBIE W DUPE TĄ JEBANĄ MATURĘ 2005!!

Standardowy

ostatni raz byłam w naszym kinie! zwanym dalej TOMI. co z tego, że rodzice mają bilety po dwa złote. to nie jest dostateczny argument dla mnie. wolę nie obejrzeć filmu niż męczyć się w pomieszczeniu zwanym kinem! :/odległości między jednym rzędem krzeseł a drugim są malutkie. jeśli ktoś chce przejść to osoba siedząca musi wstać. ale i wtedy przechodzący ma pewne problemy. najlepiej by było jakby cały rząd wyszedł. zainteresowany sobie wszedł. a potem reszta zajęła swoje miejsca. i powtarzać taką procedurę aż wszystkie miejsca będą zajęte. jeśli cężko jest się minąć to co dopiero jeśli przyjdzie siedzieć dłużej niż pół godziny! byłam wczoraj na „Karolu”. w tym właśnie cudownym pseduo kinie. film trwał prawie trzy godziny. po pół godzinie nie wiedziałam jak mam usiąść żeby nie bolały mnie plecy. albo kolana. i zamiast skupiać się na filmie myślałam jak by tu można jeszcze usiąść. żałosne! co do samego filmu. jak to kiedyś powiedział mój tata: „takie filmy nie są do podobania.” i to prawda. nie mogę powiedzieć, że był fajny. albo był nudny. to jest rodzaj filmu, który każdy przeżywa sam. nie dzieli się tym z innymi. chyba, że czuje dużą potrzebę wewnętrznego obnażania się. albo lubi każdy przejaw ekshibicjonizmu. nie można tej produkcji niczego zarzucić. kawał dobrego kina. ale żeby nie było tak cukierkowo. jak zwykle mam jakieś „ale”. pierwsza godzina filmu była poświęcona zagładzie Żydów. sama osoba Karola Wojtyły pojawiła się podczas tej godziny może na dziesięć minut. był już film, który traktował o problemach Żydów. miał tytuł „pianista”. chyba tyle wsytarczy?! a jednak nie. nie wiem jak to się miało do samej osoby Papieża. dla mnie było to niepotrzebne. niepasujące do całości. dopiero później film zaczął mnie bardziej interesować. był nakręcony inaczej. nie w stylu amerykańskim. nie był też monotonny. pokazany był w nim człowiek. zwykły chłopiec. którym mogłby być każdy. i nagle czuje, że jego miejsce jest w kościele. blisko Boga. to jemu chce się oddać. i rezygnuje z wszystkiego. z dziewczyny. z przyjaciół. z hucznych zabaw. oddaje się wyższemu celowi. i chce mu być wiernym do końca. ale pełniąc posługę kapłańską nie zapomina, że ksiądz to też człowiek! i to jest w tym wszystkim piękne. razem ze swoimi studentami jeździ na obozy. na spływy kajakowe. korzysta z życia. a przy tym ma w sobie wielką wiarę. i ta wiarą zaraża innych. piękna i wymowna scena z Hanią. dziewczynie zostały góra cztery miesiące życia. i nagle cud! nowotwór znika. jakie szczęście, że mąż jej nie powiedział, że jej dni są policzone. można tu mówić o cudzie. można mówić o głębokiej wierze. co kto woli. i koniec. słowa: „mamy Papieża.” i Nasz Karol Wojtyła w oknie. i tysiące Polaków płaczące ze szczęścia. czy to przed telewizorem. czy to podczas pracy. a na sali kinowej po zapaleniu świateł płacząca widownia. każdy bez wyjątku. nikt się nie rusza z miejsc. każdy siedzi. i czeka. nie wiadomo na co. nie widadomo dlaczego. każdy boi się poruszyć. jakby coś jeszcze miało się stać. ale się nie stanie. bo to był koniec…

Standardowy

dużo się działo w tą sobotę. jak nigdy. ostatni raz byłam na kursie. tylko na biologii. jak na ostatnie spotkanie było mało ludzi. Gośka nie przyjechała. ale rozumiem ją. ma jeszcze rok do tych wszystkich wzruszeń. Michalina była. ale miała smutną minę jak powiedziałam, że jadę po bio. chyba chciała iść na piwo. ale o czym bym z nią gadała? polubiłam ją. ale tylko jak koleżankę z kursu. dzięki niej nie stałam się jak reszta ludzi. snuli się po kątach. nie uśmiechnęli się do nikogo. jakby już brali udział w wyścigu szczurów. jakby każdy z nas był ich potencjalnym wrogiem. a Michalina była na tym tle inna. taka serdeczna. od początku uśmiechnięta. od pierwszych zajęć siedziałyśmy razem. potem dołączyła do nas Gośka. ona była inna od Michaśki. jakby bardziej zamknięta w sobie. cały czas chodziła ze swoją komórką. wysyłała SMSy. albo dzwoniła do nie wiadomo kogo. ale też ją polubiłam. dzięki tym dwóm dziewczynom przeżyłam ten kurs. mogłyśmy obgadać Madzię. i inne tragiczne osoby. ;) a na koniec biologii doktor Szemraj powiedział: „życzę państwu żebyśmy spotkali się w takim samym składzie w październiku na pierwszym wykładzie. a pani [zwrócił się do mnie] życzę wszystkiego dobrego w Gdańsku!” i wyszedł. zaraz po nim wyszłam i ja. spieszyłam się na ślub. nie wiem czemu ale byłam od początku do tego wszystkiego sceptycznie nastawiona. nie lubię takich typowych spendów rodzinnych. takiego siedzenia za stołem. przed kościołem przylepiłam sobie sztuczny uśmiech. i jakoś weszłam do środka. kiedy zobaczyłam Anetkę jak stoi w białej sukni. czerwony dywna przed nią. kwiatki po bokach. coś się w mnie ruszyło. wiedziałam, że nie mogę zepsuć tego dnia. nie jej. ona zawsze była dla mnie miła. jak byłam młodsza spędzałam z nią bardzo dużo czasu. czy to na działce. czy to u cioci. to ona uczyłam mnie jeździć na rowerze. takiej osobie zawdzięcza się dużo. bardzo dużo. pomyślałam sobie, że z szacunku dla niej będę miła dla Jacka. nie ukrywam, że nie przypadł mi do gustu. usiedliśmy w trzeciej ławce. czekałam na marsza weselnego. ale się nie doczekałam. :( nie wiem czemu. wyszła nasza Gwiazdeczka. i zaczęło się. zobaczyłam Anetkę jak idzie po tym dywanie. z Jackiem. wiedziałam, że jest szczęśliwa. nie tylko uśmiech na jej twarzy to mówił. ona po prostu promieniała. była dumna. i zarazem szcześliwa. życzyłam jej żeby zawsze była taka szczęśliwa jak dzisiaj. i to było szczere. Jackowi nagadałam jakiś pierdół. ale przytulił mnie i powiedział: „wierzę Ewelinka. wierzę.” nie miałam sumienia żeby mu powiedzieć, że nie lubię jak tak do mnie mówią. tak naprawdę pozwalam nielicznym zdrabniać moje imię. ale i jego zaliczyłam do tej elitarnej grupy. potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. podróż do domu weselnego. czekanie na parę młodą. ich przyjazd. i zabawa do 4:30. zabawa przeplatana siedzeniem. lub też tańcem z niejakim Marcinem. :) przy nim zobaczyłam, że z chłoapkiem można się dobrze bawić. bez żadnych zobowiązań. bo przecież nie spotkamy się nigdy. ale co tam. dobrze się bawiliśmy. było miło. i to wszystko. pomógł mi przetrwać tę noc. w sumie nie było tak strasznie. za bradzo się nastawiłam na nie. powinnam się nauczyć, że nie można niczego z góry przesądzać. nie jest tylko czarne i białe. jest też szare. a „czarne oczy” zawsze będą mi się kojarzyły z dobrą zabawą. i z chłopakiem, który mi to śpiewał siedząc na dugim końcu stołu…

Standardowy

zaczęłam znów myśleć o polonistyce. ale teraz w innych kategoriach. mam wątpliwości. nie wiem czy na pewno chcę tam złożyć. uzależniam to od wyników matury z polskiego. fakt. ale (zakładając, że mam w sobie dużo optymizmu) wyniki będą więcej niż zadowalające. i co? może zaryzykuję. wyślę moje zgłoszenie. potem rozmowa pojdzie mi gładko. i dostanę się. i co wtedy? bo ja tak naprawdę nie wiem czy to jest Moja Legenda. teraz kiedy wszystko się skończyło nie mogę sobie wyobrazić siebie jako nauczycielki. kiedyś mogłam. nawet myślałam o tym dość poważnie. często trułam innym, że „będę lekarzem po filologii polskiej.” ale teraz mam wątpliwości. nie wiem czy bym czuła się spełnoiona w tym zawodzie. i jeszcze ta rozmowa kwalifikacyjna. wejdę. na pytanie jakie książki ostatnio czytałam odpowiem: „od 20 maja do dziś czytałam . i jestem z siebie bardzo dumna!” jak zapytają co chcę przeczytać następnie wymienię długą listę moich lektur. między innymi „zahir”. „osobowość ćmy”. „seks w wielkim mieście”. „lolita”. jak spytają o ulubionego pisarza powiem, że Kasia Grochola. coś jeszcze? tak oczywiście. Paulo Coelho. i może Dorota Terakowska. ale czytałam tylko jedną jej książkę. w domu mam jedną. ale stoi na półce. nie mam okazji jej przeczytać. :) mogliby się spytać jakiej muzyki słucham. powiem, że ostatnio słucham „proste historie” Maleńczuka. dlaczego? bo ten człowiek jest inny od innych twórców. mówi, że nie lubi tego co robi. a jednak nagrywa płyty. nie zabiega o popularność. potrafi na festwialu powiedzieć do publiki żeby spierdalała. a jednak jest grupa osób, które go słuchają. lubią jego piosenki. i uważają go za barda. nie za piosenkarza. i w tym momencie usłyszałabym: „dziękujemy bardzo. niestety nie spełnia pani naszych wyobrażeń o studentce polonistyki.” trudno. przynajmniej próbowałam. ale chwilkę. mogliby zadać pytanie bonus. dlaczego z ustnej matury miałam aż tak wysoki wynik. wtedy powiem, że odpytywała mnie profesor zwana Kuziorożcem. na jej trzy pytania były takie same odpowiedzi. musiałam odpowiedzieć na nie używając innych słów. a na ile sposobów można powiedzieć, że dla mnie to nie byli „poeci przeklęci”?! jakby pociagnęli temat dalej powiedziałabym im całą pracę. nie z pamięci. już ze zrozumieniem. bo przetrawiłam ją. i rozumiem bardziej niż tego feralnego 25 kwietnia. i żeby nie było tylko o studiach, na które się i tak nie dostanę. napiszę o wczorajszych zakupach w Rossmanie. nie moich. :) stałam w kolejce. przede mną dwie niewiasty w wieku najwyżej pietnaście lat. zakupy miały bardzo poważne. kiedy przyszła ich kolej wyłożyły na taśmę osiem paczek prezerwatyw. w szoku nie byłam. tylko zastanowiłam się czy one na pewno mają tyle lat ile myśle. ale miały. znałam je z widzenia. i zastanowiłam się dłużej. czy ja jestem nienormalna. czy moze ja stoję w miejscu a wszystko wkoło pędzi do przodu? nie wiem. chyba jestem już inne pokolenie. na to wszystko upiekłam wieczorem placek z truskawkami. takie nawiązanie do roli kury domowej. ostatnio się opuściłam w obowiązkach. dzisiaj rano było tylko pół placka. duchy też jedzą ciasta?? ;)

Standardowy

ja już wiem co będę w życiu robić! zostanę kurą domową. tak! to zajęcie wprost wymarzone dla mnie. będę całymi dniami siedzieć w domu. znajdę sobie odpowiednio bogatego męża. żeby mógł utrzymać nas oboje. a ja będę siedzieć w domu. śniadań nie będę mu robić. bo na pewno będzie wiecznie zaganiany. na obiad coś się wymyśli. w końcu umiem zrobić jajka sadzone. spaghetti z sosem ze słoika i parmezanem ze sklepu. a kolacji nie będziemy jadali. ja będę na diecie. a mój mąż będzie jadał kolacje w gronie jemu podobnych ludzi interesu. prawda, że cudowna perspektywa? mnie się podoba bardzo! tylko dlaczego aż tyle musiało zajać mi dojście do tak mądrych wniosków?! bo jakby co to mam plan awaryjny. znajdę męża, który będzie właścicielem jakiejś dobrze prosperującej firmy. a ja stanę się jego prawą ręką. mąż musi być odpowiednio wiekowy. żebym mogła w krótkim czasie przejąć po nim interes. ale nie może być zbyt stary. jakieś dziecko by się przydało mieć. po śmierci męża staruszeczka ja będę głową firmy. stanę się poważną biznes woman! a moja firma zacznie wreszcie prosperować jak powinna. zajmę się robieniem pieniędzy. dziecko też będzie ważne. gdy stuknie mi czterdziestka zacznę się zastanawiać czy czegoś w życiu nie przegapiłam. będę sobie wyrzucać, że za bardzo skupiłam się na pracy. ale wtedy znajdę uroczego wspólnika. partnera w interesach. oczywiście wspólnik po jakimś czasie stanie się moim kochakiem. może dodam jeszcze, że będzie w podobnym wieku. dziecko go zaakceptuje. co więcej zaprzyjaźni się z nim. tak… jestem z siebie zadowolona! nie wiedziałam, że tkwią we mnie aż takie pokłady zdrowego rozsądku. na swoją cześć wznoszę toast niegazowaną wodą mineralną o smaku truskawkowym!