Standardowy

zastanawiam się nad zasadnością wyjazdu do Chorwacji. i to bardzo poważnie. słupek rtęci na termometrze dochodzi do liczby 35. mówiąc krótko: upał jak cholera. każde wyjście z domu jest samobójstwem. wychodzisz. i zabija cię gorące powietrze. a jak nie zabija to osłabia na dłuższy czas. nawet Frodo niechętnie wychodzi na spacer. i w taką piękną pogodę my wybieramy się do Chorwacji. żeby złapać trochę słońca. i wymoczyć tyłki w ciepłym morzu. a w sumie po co? przecież wszystko jest na miejscu. wystarczy ruszyć głową. pogoda jest piękna. słoneczko świeci. nic tylko brać koc pod pachę. ruszyć w dół klatki schodowej. i rozłożyć się na trawniku pod blokiem. trzeba tylko dobrze sprawdzić teren w promieniu pięciu metrów. żeby potem na kocu nie odcisnęła się psia kupa. to już jeden problem z głowy. ciepła woda? nic prostszego. do dużej miski nalać pełno wody z kranu. koniecznie ciepłej. postawić koło koca. i już jest wszystko co do szczęścia potrzeba. co z tego, że w misce nie popływamy. na upartego da się zanurkować. a i tyłek się wymoczy. a to wszystko praktycznie za darmo! zapomniałam o najważniejszym. tabliczka z napisem ALL RIGHTS RESERVED. żeby czasem sąsiedzi nie wpadli na ten sam pomysł. ;)
a tak na poważnie to jadę znów na działkę. zabieram podręczniki do matematyki. żeby trochę się dokształcić w tej dziedzinie. wezmę też książki do czytania. ale tym razem po angielsku. żeby sobie przypomnieć ten piękny kastylijski język. jakby ktoś chciał mi napisać, że tęskni/czeka/uwielbia mnie/nie może doczekać się mojego przyjazdu może to zrobić via SMS. oczywiście tylko wtajemniczeni. :) innym pozostaje pozostawić wiadomosć na blogu. odpowiem na każdą. z każdej szczerze się ucieszę. :)

Standardowy

„matura wszystko zweryfikuje.” mawiał mój tata. oczywiście tylko wtedy kiedy byłam zbyt zadowolona po kokrach z fizyki. ale to prawda. zweryfikowała jak cholera. może jeszcze jeden cytat. wczorajsze przemyślenia Aśki. „my nigdy nie byłyśmy super w nauce. zawsze nam mówili, że się nie uczymy. że chodzimy na wagary. że mamy wszystko gdzieś. ale my-te głąby dostałyśmy się na studia. ja na cztery kierunki do Łodzi. ty na dwie najlepsze uczelnie w Polsce! co prawda nie na najbardziej oblegane kierunki. ale sam fakt, że się dostałaś. a te krety. te kujony. nigdzie się nie dostały!” fakt. dostałam się na SGGW. będę studiować na UJocie. ale nie szczycę się tym. bo jakoś nie do końca w to jeszcze wierzę. boję się, że się obudzę z tego pięknego snu. chyba będę wierzyć dopiero jak dostanę indeks do ręki. :) ludzie z klasy w większości podostawali się na studia. Aga M. świadomie robi sobie przerwę. teraz pracuje. będzie poprawiać maturę na zimę. i próbować jeszcze raz. Tomek idzie do szkoły policealnej. z wiadomych powodów. :( ale inni już są studentami. Marta, Barasińska i Yennefer-filologia polska. Ełjubidi-chemia. Bżej-biologia lub ochrona środowiska. Aśka-stosunki międzynarodowe. Rondon-administracja zaocznie. Ania M.-admisnistracja lub europeistyka. Olaszek-geografia. Anka W.-zarządzanie i marketing lub stosunki zaocznie. Klat-biologia na UJocie zaocznie. Siwy-coś na Polibudzie. Eła i Kris-telekomunikacja na Polibudzie. Aga W.-ochrona środowiska. Zuzia-germanistyka. [jako jedyna broni honoru klasy 3d. zwanej czasem niemiecką. :)] reszta czeka na wyniki. o innej reszcie informacji nie posiadam. ale to chyba znaczy, że nie byliśmy aż tak głupi. można śmiało powiedzieć, że Gabrysia byłaby z nas dumna. :) i chociaż nie dostałam się na AM to nie czuję, że odniosłam porażkę. mogłam nigdzie się nie dostać. mogłam dostać się jedynie do Łodzi. ale miałam na szczęście wybór. i jak pójdę do Jędrusia na rozpoczęcie we wrześniu to będę miała czym się pochwalić! :)
ale wśród tej eufori nie zapominam o innych. o tych, którzy się nigdzie nie dostali. a byli na pewno mądrzejsi ode mnie. mam na myśli jedną osobę. od niej bezpośrednio nie wiem nic. nie pisze. nie puszcza strzałek. jakby zapadła się pod ziemię. :( Aśka widziała się ostatnio z jej chłopakiem. on twierdzi, że nigdzie się nie dostała. i chce iść na zaoczne. albo wieczorowe. ale ja w to nie wierzę! nie wierzę! to niemożliwe! ja się dostałam a on a nie?! składałyśmy na tyle samo kierunków. diametralnie różnych. byłam pewna, że dostanie się na ten wymarzony. a tu dowiaduję się, że nie. i radosć z UJota wyparowuje. bo ona z pewnością bardziej zasługiwała na studia niż ja. bardziej przykładała się do nauki. uczyła się systematyczniej. nie wagarowała w takim wymiarze jak ja. może to infantylne. ale ja nie mogę się z tym pogodzić. i nie wiem co zrobić. chyba tylko czekać aż ona sama da jakiś znak. aż powie co jest. aż będzie chciała pogadać. wyżalić się. lub po prostu być…

acha. skoro jestem już studentką UJota to do czegoś zmusza. mnie zmusiło do przeproszenia się z matematyką. od dzisiaj siadam. i zaczynam się uczyć całek i różniczek. i innych fajnych rzeczy…

Standardowy

1] ja studentka. to nie nowość. jestem studentką od 9 lipca. zmieniło się tylko miasto. uczelnia. kierunek. wszystko się zmieniło. rezygnuję z Warszawy. stawiam na Kraków. mam nadzieję, że się nie zawiodę. że znajdę pasję w tych studiach. że polubię Kraków. i że nie będę tam pięć lat. jutro jadę do Warszawy zabrać dokumenty. we wtorek jadę do Krakowa złożyć dokument. i zastanowić się. czy strać się o akademik. czy wynająć z kimś mieszkanie. problem jest jeden. nikt z moich znajomych nie wybierał się do Krakowa. ostatnią deską ratunku jest Witek. podobno składał tam papiery. i też do Warszawy. ale nic więcej nie wiem. Iza obiecuje, że wstawi się za mną żebym dostała akademik. będzie się starała żeby nie był na Bydgoskiej. ale nic nie gwarantuje. ale wystarczy. już samo to, że mogę na nią liczyć. to już jest bardzo dużo. jej szczera radość, że będę studiować w Krakowie. i zaproszenie na obiad raz w tygodniu. to wszystko to jest bardzo dużo. i czasem myślę czy aby na pewno na to zasłużyłam. a jeśli tak to czym sobie na to zapracowałam…

2] moje stosunki z Aśką. zmieniły się. i to bardzo. po tym cholernym ognisku byłam pewna, że nie będziemy się do siebie odzywać. ale wyciąnęła do mnie rękę. postanowiłam zaryzykować. pojechałyśmy razem w parę miejsc. i tak to się zaczęło. zżyłam się z nią. bardziej jej ufam. ale jeszcze nie tak bardzo żeby nazwać ją przyjaciółką. często zastanawiam się skąd w niej taka zmiana. czy to może Anka miała na nią taki wpływ? przecież Aśka na każdym kroku podkreślała, że nienawidzi klasy. a teraz… codziennie słyszę, że cholernie za nimi wszystkimi tęskni. że wyściskałaby każdego po kolei. może nie powinnam dociekać przyczyny. może powinnam zostawić wszystko tak jak jest. bo jest dobrze. będzie co po latach wspominać. i mam pewność, że nie urwie się kontakt. ja wyjadę do Krakowa. ona zostanie w Łodzi. ale będziemy do siebie pisać. spotykać się jak przyjadę do domu. może z czasem będziemy przyjaciółkami…

3] Paulo Coelho. człowiek, który pomaga mi w życiu. nie bezpośrednio. ale w jakiś sposób uczy mnie jak postępować. przez swoje książki. z nich czerpię taką wiedzę. ostatnio przeczytałam coś co pomogło mi podjąć decyzję.
Mężczyzna z Dziewczyną. byli razem w Zagrzebiu. siedzieli przy fontannie. była wiosna. ale było tak zimno, że woda w fontannie była zamarznięta. w pewnej chwili Mężczyzna pomyślał: „muszę dotknąć rzeźby na środku tej fontanny. jeśli to mi się uda będzie to znak. i pojadę szukać Ester.” Dziewczyna była temu przeciwna. ale on wiedział, że musi to zrobić. wszedł na lód. zaskrzypiał. ale nie pękł. szedł powoli. dokładnie myśląc nad każdym następnym krokiem. doszedł do rzeźby. dotknął jej. teraz tylko musiał wrócić do Dziewczyny. odwrócił się. zrobił krok. i wtedy lód pękł. ale on stał na dość dużej krze. wiedział, że musi ostrożnie stawaić kroki. stał się jednością z tą taflą lodu. powoli dotarł do brzegu. kiedy stanął obok Dziewczyny na jego twarzy pojawił się uśmiech.
po przeczytaniu tego podjęłam pewną decyzję. Przemek ma czas do niedzieli do północy. żeby konkretnie się ze mną umówić. jeśli nie da znaku życia zapominam. zostawię jego numer. bo może się przydać w sprawie z Olem. ale nic poza tym. jeśli by mu naprawdę zależało poruszył by niebo i ziemię żeby się ze mną spotkać.

Standardowy

nie dostałam się. nie w tym roku. jak zareagowałam? ze spokojem. byłam na to przygotowana. nie wpadłam w histerię. nie płakałam. bo po co? mój płacz nic by nie zmienił. po co mam się dołować. i umartwiać. to nie sprawi, że będę miała więcej punktów z matury. życie płynie dalej. a ja nie mogę się zatrzymywać. za dużo razy się poddawałam. nie rozmyślam nad tym całymi dniami. wiem co zrobię. i wiem, że będę próbować. aż do skutku. bo to nie jest zachcianka. to coś z czym będę związana całe życie. napisałam do CKE. czekam na odpowiedź. będę poprawiać maturę w sesji wiosennej. wszystkie trzy przedmioty. i dam z siebie wszystko. Warszawy sobie nie odpuszczę. to dzięki niej będę mogła się przygotować do poprawek. rok minie szybko. a potem będzie czekanie. i wielka niewiadoma. ale już postanowiłam. i decyzji nie zmienię. tylko zastanawiam się czy nie powtarzam drogi babci? ona też się nie dostała za pierwszym razem. ale próbowała na SGGW. ja się tam dostałam. ale za drugim razem babcia dostała się na medycynę. nie wiem jaka będzie moja droga. wiem jaki będę miała nadchodzący rok szkolny. nie będzie lżejszy od poprzedniego. będzie cięższy. a czy warto będzie? okaże się w lipcu. już za rok.

Standardowy

wyjazd do Gdańsk zawsze dobrze na mnie wplywa. tam się odradzam. moje problemy stają się małe. inne rzeczy są ważne. tam na nowo uczę się ufać ludziom. tam obala się mit, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciach. tam wszyscy są dla siebie mili. każdy się uśmiecha. i nawet jeśli ma zły dzień to nie daje tego po sobie poznać. dla mnie to jest raj. arkadia. utopia. a podobno utopie nie istnieją…
teraz miałam okazję poznać Ewę i Mariusza. Ewę znałam tylko ze zdjęć. i zawsze słyszałam od dziadka: „podobna do ciebie, nie?” i faktycznie. jest do mnie podobna. a właściwie to ja jestem podobna do niej. :) zajechaliśmy pod dom. widzę kobietę z wózkiem. kiedy podjechaliśmy bliżej rozpoznałam Ewę. dziadek był zszokowany, że ją poznałam. bo widziałam ją tylko na zdjęciach. trochę mi było głupio. nie wiedziałam jak mam się zachować. czy powiedzieć „cześć” czy „dzień dobry”. na szczęście Ewa przejeła inicjatywę. podeszła. wyciągnęła rękę. powiedziała: „cześć. jestem Ewa. a ty to…” wtrąciłam, że Ewelina. zamurowało ją. „o matko. a ja myślałam, że to twoja mama. czyli jesteś jedyną wnuczką, którą mam okazję poznać osobiście.” od razu wydała mi się sympatyczna. i taka serdeczna. otwarta. w domu poznałam jej męża. Mariusza. nie ukrywam, że jego bym nie poznała na ulicy. ale mimo, że widzieliśmy się pierwszy raz nie było między nami jakiejś bariery. czułam się swobodnie. później poznałam jeszcze Alicję. anioła w ludzkiej skórze. prawie pół roczne dziecko. spokojne. pogodne. kochane. i Natalia. wulkan energii. jak na czterolatkę przystało wstydziła się. całe trzy minuty. po tym czasie usiadła obok mnie. i spytała czy może zjeść ze mną obiad. :) obie dziewczynki są oczkiem w głowie rodziców. i dziadków. ale nic dziwnego. Natalia dopadła dziadka. to był jej nowy kolega do zabawy. :) a dziadek nie miał za bardzo wyjścia. zresztą Natalii odmówić to sztuka. wracajac do Alicji. z natury nie lubię małych dzieci. ale do niej od razu poczułam sympatię. i kiedy Ewa położyła ją na sofie obok mnie zaczęłam się z nią bawić. cudownie było patrzeć jak dziecko uśmiecha się od ciebie. jak wyciąga do ciebie swoje malutkie rączki. tego uczucia nie da się opisać. tak samo jak tego gdy Ewa zapytała: „spróbujesz?” nawet nie przyszło mi do głowy odmówić. wziełam Alicję na kolana. a ona po prostu siedziała grzecznie. uśmiechała się. machała rączkami. Ewa zrobiła nam setkę zdjęć. :) obiecała, że następnym razem dostanę je na płycie. a po tym wszystkim poszłam z Ewą i Alicją na spacer. pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy jak na nią czekałam była: „ale o czym ja będę z nią rozmawiać?!” ale problem sam się rozwiązał. rozmowa sama się toczyła. jakbyśmy się znały od dawna. a nie zaledwie od paru godzin. spacerowałyśmy ponad trzy godziny. rozmawiałyśmy o wszystkim. i nie czułam, że Ewa jest ode mnie prawie dwadzieścia lat starsza. ona jest inna. nie pasuje do swojego pokolenia. ma zasady. i tych zasad się trzyma. ale jest też wrażliwa. kocha swoją rodzinę. nie wyobrażą sobie zycia bez Mariusza. i dziewczynek. chce mieć jeszcze jedno dziecko. jest wspaniała. kiedy tak z nią rozmawiałam zaczynałam odzyskiwać wiarę w to, że małżeństwa są potrzebne. że nie zawiera się ich z przymusu. ale po to by być razem na dobre i na złe. a dzieci są tylko kolejnym etapem we wspólnym życiu. a nie przeszkodą. one nie niszczą naszych planów. sprawiają, że mamy nowe plany. lepsze.
niestety musiałam się rozstać z Ewą. obie miałyśmy łzy w oczach. ale obiecałam, że przyjade. i obietnicy dotrzymam. Ewa kazała mi zadzwonić jak tylko będę znała wyniki na AM. oboje z Mariuszem trzymali za mnie kciuki. i wiem, że to nie były puste słowa. wiem, że oni naprawdę mi dobrze życzą. i że tak samo się cieszą, że się poznaliśmy. kiedy teraz to piszę żal mi Ulki i Maryśki. myślą, że są paniami świata. bo studiują w Łodzi. i mieszkają tam prawie cały rok. ale tak naprawdę nic w życiu nie mają. dla nich rodzina to tylko wymuszone imieniny. i spotkania. a rodzina to coś innego. to zwykła rozmowa. to ciepłe słowo. to świadomość, że ktoś na ciebie liczy. że dobrze ci życzy. i wtedy jesteś panem świata…