Standardowy

„jest super! jest super! więc o co ci chodzi?” gdybym to śpiewała tydzień temu ktoś by mi zwrócił uwagę. kazał przestać. a szczególnie gdybym śpiewała w duecie. ;) teraz nie śpiewam. mam to w głowie. w czwartek spotykamy się w szkole. na rozpoczęciu. my czyli eks 3d. :) nadal w to nie wierzę. ale to prawda. Yennefer mi napisała na gg. jakąś godzinę temu! nie mogę w to uwierzyć nadal. wybierałam się sama. może nie wybierałam. planowałam. ale teraz wiem, że tak trzeba. bo nie chodzi tylko o to żeby się „wozić” UJotem. ważne jest co innego. ważne jest, że znów się spotkamy. że na parę chwil 3d znów będzie 3d. a nie tylko kolejną kartką w historii I LO. może nie będziemy w komplecie. zabraknie Jasi. siedzi teraz w Klemencicach. Olaszek pracuje. ale będzie nas na pewno dużo. :) Yennefer napisał mi tak: „tu nie chodzi tylko o to, że my się spotkamy. że w końcu cię uściskam. i rozpłaczę się ze szczęścia. że powiesz Aliszi ile będzies miała matmy. i jak będziesz wymiatać. tu chyba chodzi o coś więcej.” zapadła chwila ciszy. jeśli coś takiego może być na gg. Yennefer kontynuowała: „pamiętasz co powiedziała Gabrysia gdy dawała nam świadectwa? wtedy na sali? <> [jak mogłabym to zapomnieć. łzy cisnęły się nam wszystkim wtedy do oczu.] i teraz jest ta chiwla. ten moment przyszedł. możemy pokazać, że zrobiliśmy krok do tej wielkości. że nie spoczeliśmy na laurach. może nie każdy pamięta te słowa. ale ja je zapamiętałam. i ty też. wiem o tym doskonale. i parę innych osób też. i teraz wszyscy chcemy pokazać Gabrysi, że trafiła na wspaniałych ludzi. że już coś znaczymy. a za parę lat będziemy naprawdę wielcy. to jej sie należy. i dla niej musimy być w czwartek. reszta jest milczeniem…” kochana Yennefer. jakby czytała w moich myślach. chciałam isć do szkoły. i nie zeby rzucać na prawo i lewo: „dostałam się na biofizykę na UJota. i do Wawy na SGGW. i do Poznania. i do Łodzi. ale wybrałam Karaka.” chociaż wiem, że będę tak robić. moja próżnosć się odezwie. a jak nie to Klat. ;) chciałam żeby Gabrysia wiedziała, że nie na darmo we mnie uwierzyła. może nie okazywała tego na każdym kroku. ale na pewno wierzyła. i chyba nadal wierzy. chcę jej powiedzieć: „pani profesor, od zakończenia roku nie palę. i wiem, że nie będę. nawet okazjonalnie.” to ją na pewno ucieszy. i w ogóle chcę zobaczyć szkołę. resztę grona pedagogicznego. stęskniłam się za tym wszystkim. z pocałowaniem w rękę przyjęłabym dodatkowy rok nauki w Jędrusiu. nawet gdyby było to okupione histeria z pizdą Pocztą. i matmą z Aliszią. to mała cena. za tyle szczęścia.
cieszę się na spotkanie z każdym. każdemu mam coś do powiedzenia. każdemu coś zawdzięczam. każdego mi brakuje w jakiś sposób. już w myślach układam co komu powiem. Płócienniczakowej powiem zwykłe dziękuję. za te trzy lata ciężkiej pracy. ale chyba pokazała mi, że nie tędy droga. uświadomiła mi, że polski to tylko hobby. a nie sposób na życie. Strzałkę przeproszę. za zmarnowany czas. i niepotrzebnie rozbudzone nadzieje. ale ona zrozumie. bo ona zawsze rozumie. i nigdy jej nie zapomnę tego co dla mnie zrobiła. i powiem jej jeszcze, „że świat się chyba nie zawalił. nie chyba. na pewno!” Koziołowi nie wiem co powiem. chyba po prostu pójdę. rozmowa sama się jakoś potoczy. będzie mi go brakować ogromnie. nie wyobrażąm sobie angielskiego bez jego dżołków. to już nie będzie ten sam angielski. jemu będzie brakować naszej trójki. bo i kto będzie teraz pilnował sklepiku? :P i na co mu będzie ochrona. skoro nikt go nie będzie śledził. :P Smolarowi pogratuluję cierpliwości. razem z Yennefer. bo wytrzymać z nami na geo i infie to była sztuka. wręcz majstersztyk. i powiemy mu, że go nigdy nie zapomnimy. do Aliszi pójdę żeby jej powiedzieć o moich wykładach z matmy. chcę zobaczyć jej reakcję. ale jak ją znam będzie mi życzyła dużo satysfakcji. i znalezienia pasji w matematyce. jak to ona. i jeszcze się uśmiechnie. tak jak tylko ona potrafi. a ja po raz ostatni spojrzę na napis głoszący MATEMATYKA TO MUZYKA. potem udam się do pani Hartleb. oddam jej książki. bo w końcu by wypadało. spytam czy mogę jeszcze pożyczyć Mendla na rok. i z pewnością usłyszę, „że po co mi on. tam są takie wymodzone zadania.” i spojrzę w jej oczy. i znajdę nich radość życia. i optymizm. i energię na dalsze życie. bo wiem, że ona we mnie wierzyła. nie mówiła mi tego. ale wierzyła. i była dumna, że walczyłam do końca. a ja jestem dumna, że miałam tak dobrą nauczycielkę fizyki. nauczycielkę, która pokazała mi, że fizykę da się lubić. nauczycielkę, która nauczyła mnie jak poruszać się w skomplikowanym świecie fizyki. z raczkującego uczniaka zrobiła średnio zaawansowanego ucznia. i za to jej dziękuję. :) zobaczę matkę-boską-Nowakowską. zgryźliwego Kuziorożca. niezatapialnego Siusiara. Łyszkę, który wypomni mi pandę i kiełbasę. i Panią basię! podporę szatni w I LO. :)) i mogę tak wymieniać długo. a w tym wszystkim zabraknie jednej osoby. dość ważnej. Firycha. już nigdy nie usłyszę „czołem dupa!” nie usłyszę też: „o, idzie pierwsza rozgrywająca w siatkówce.” nie powtykam mu. nie ma go już wśrod kadry… brak słów… ;((

Standardowy

ponieważ Maciek się nie kwapi, ja też nie będę się wysilać. weźmiemy się na przetrzymanie.
w Cytrynce jak zawsze rodzinna atmosfera. stałam przy półce z pieczywem. zastanawiałam się czy wybrać chleb krojony czy chleb krojony. nagle wpada na mnie z całym impetem młoda niewiasta. pod pojęciem „młoda niewiasta” rozumiem rozwrzeszczanego dzieciaka. lat około sześciu. w porywach do siedmiu. co mnie bardzo zaskoczyło dziewoja przeprosiła. aż miałam ochotę się uszczypnąć. czy czasem nie mam omamów słuchowych. ale nie miałam. bo za chwilę dziewoja podniosła na mnie swoje migdałowe oczy i powiedziała: „o rany! ale ty jesteś podobna do Eweliny Flinty! wiedziałaś?!” już miałam ochotę odpowiedzieć, że tak oczywiście. codziennie wieczór chodzę po ulicach jako jej sobowtór. i chętnym rozdaję autografy za pięć złotych. nie powiedziałam nic takiego. rzekłam nie. uśmiechnęłam się. i zdecydowałam na chleb krojony. po czym udałam się w kierunku kasy. wyatarczy obory jak na jeden dzień. :)
po wyjściu ze sklepu spotkałam Klaudię. Klaudia jest siostrą mojej koleżanki z podstawówki. Klaudia ma pewną dziwną przypadłość. otóż Klaudia często udaje, że mnie nie zna. a jak mnie poznaje to czegoś chce. dzisiaj mnie poznała. trafiła na dzień kiedy miałam cholerną chęć z nią rozmawiać. [swoją drogą ja zawsze mam cholerną chęć z nią rozmawiać] ale jakoś się przemogłam. Klaudia zainteresowała się czymś czarnym na mojej kończynie dolnej. prawej kończynie. tuż nad kostką. to coś czarne ma kształt róży. i jest zwane dalej tatuażem. jego dni są policzone. ale nie wiem ile mu zostało. jak zniknie to będzie niespodzianka. wracając do Klaudii. o tatuażu kiedy indziej. ;) Klaudia doszła do wniosku, że na miejscu będzie jeśli się do mnie dopieprzy. najpierw spytała ile dałam za tatuaż. no to mówię, że w przeliczeniu na złotówki to jedenaście z hakiem. potem pyta czy bolało. ja trochę byłam zbita z tropu. chodzę po ulicach ze świadomoscią, że wszyscy wiedzą, że istnieje henna. i tatuaże z henny. ale Kaludia jest debilką nadal. i nie wiem. więc zaczęła mi wykładać swoje teorie. że robienie tatuaży jest niezdrowe. że mogłam złapać HIVa. że mogę umrzeć. że mam niepokoleji w głowie. że rodziców też mam nie tego jeśli mi pozwolili. w końcu spytałam grzecznie czy skończyła. miała parę rzeczy do powiedzenia. ale kiwnęła głową, że tak. w końcu ja jej powiedziałam, że nadmierne obżeranie się też jest szkodliwe. można być grubym jak ty. albo grubszym jak twoja siostra. i nikt cię nawet kijem nie tknie. Klaudia pobiegła z płaczem do domu. a ja z tryumfalnym uśmiechem ruszyłam w kierunku domu. sprawdza się histria z Chorwacji. kiedy to Konrad robił krzyżówki i spytał o hasło: „zła, wyrodna, wredna, mściwa kobieta.” na co ja mu powiedziała: „ja!” :))
P.S. czy to dobrze o mnie świadczy jeśli śni mi się eks prezydent Wałęsa? na lekcji angielskiego? i do tego skaczący po ławkach? z jakąś dziwną flagą w rękach?

Standardowy

godzina 00:58. stoimy na Bugaju. pod blokiem Maćka. dotarliśmy w końcu do domu. nie mam jeszcze ochoty na opisywanie pobytu w Hrvatskiej. potrzebuję jakiegoś bodźca. impulsu, który by mnie do tego zachęcił. i chyba też czasu na zebranie myśli.
pojechałam na działkę. wtedy dopiero poczułam, że wróciłam. widok trzech samochodów na sąsiedniej działce. a wśród nich zielone polo! od razu na mojej twarzy pojawił się uśmiech. bo wiedziałam, że będzie pięknie. :) otworzyłam bramę. szczęk zamykanej bramy spowodował zainteresowanie. bo oto pojawił się pan Zamachowski. szczerze się ucieszył na mój widok. i powiedział: „w końcu wróciłaś. brakowało tu ciebie!” i w końcu pojawiła się osoba, której tak bardzo mi brakowało. „i jak tam było w tej Chorwacji?” uśmiechnęła się. przytuliła mnie jakbym była jej ukochanym dzieckiem. poszłyśmy oryginalnie na spacer. w końcu mogłam komuś wszystko powiedzieć. o Chorwacji. i nie tylko. i wiedziałam, że będę zrozumiana. że nic nie wypomni. nie wyśmieje. najwyżej spróbuje wytłumaczyć. ale zazwyczaj przedstawia tylko swój punkt widzenia. tego mi trzeba. Iza jest niesamowita. bo niczego mi nie każe. tylko wyraża swoją opinię. i broni swoich racji. a ode mnie wymaga tego samego. uczy mnie konsekwencji. może efekty jeszcze nie są widoczne gołym okiem. ale na pewno są.
chodziłyśmy po lesie. jadłyśmy Katarzynki. i Piernikowe Runo. prezent od mojej babci dla Izy i reszty towarzystwa. pośród mojej relacji z wyjazdu pojawił się też i temat studiów. nie chciałam o tym rozmawiać. nie chciałam mówić Izie, że nienawidzę Krakowa. że nie zadomowię się tam. nie chciałam jej urazić. ale temat niestety się nawinął. Iza dowiedziała się wszystkiego. nie mogłam udawać. słowa ze mnie wypływały z prędkością światła. nie wiem ile z tego zrozumiała. okazało się, że wszystko. i jak to ona niczego nie kazała. nie tłumaczyła. powiedziała tylko: „Kraków nie jest dla ciebie. będziesz się tam dusić. dasz radę studiować. ale po co masz się męczyć? naprawdę szczęśliwa będziesz tylko w Gdańsku! a my będziemy się spotykać co roku tutaj.” miałam łzy w oczach. nie wiedziałam co zrobić. cokolwiek bym powiedziała to by było mało. bo słowa są puste w takich momentach.
wiem, że przetrwam w Krakowie dzięki Izie i Wojtkowi. tylko oni mnie w jakiś sposób do tego miasta ciągną. chciałabym powiedzieć Izie, że ją kocham. jak siostrę. ale ona chyba o tym wie. a ja nie mogę tego ubrać w słowa…

Standardowy

kilka ogłoszeń parafialnych. :))

[1] jutro wyjeżdżam. na dwa tygodnie. do ulubionej Hrvatskiej. normalni ludzie dzień przed wyjazdem pakują walizki. ale ponieważ moja rodzina nie jest normalna, my walizek jeszcze nie pakujemy. oddajemy się rozkoszom zwiedzania sklepów. korzystamy z przecen posezonowych. kupujemy rzeczy, których już w tym roku nie założymy. pomijając jutrzejszy wyjzad. tata na tych wypadach nudzi się niemiłosiernie. chyba, że dojrzy stoisko z koszylkami polo. wtedy się ożywia. i zaczyna mwybierać setną polówkę do swojej kolekcji. wejście do Smiths’a traktuje jako przymus. ale jak wejdzie wyjsć nie może. zachwyca się koszulkami. i koszulami. i w końcu wychodzi z dwoa koszulami z krótkim rękawem. i jak on to mówi „skejtowskimi” spodenkami. mama powiększyła swoją garderobę o kilka rzeczy. bardzo jest z siebie dumna. my się cieszymy. bo na jakiś czas skończy się gadanie: „nie mam się w co ubrać.” ja zadowalam się czwartą parą japonek. i okropnymi sandałkami. które są mi niezbędne do pływania. takie jest zdanie moich rodziców. już im nie mówiłam, że głównie pływam w płetwach. drogie nie były. przydadzą się jak pojedziemy na Krka.

[2] jak się dowiedziałam Bartosy też jadą do Chorwacji. w poniedziałek z rana. i dziwnym zbiegiem okoliczności też na Istrię. :) to mnie wprawia w dobry natrój. bo nie obejdzie się bez wzajemnych odwiedzin. co dalej zanczy, że nie będziemy kisić się tylko we własnym sosie.

[3] wczroaj rozmwaiałam z wujem Józkiem. zadzwonił z Kopalina. chciał się spytać gdzie się dostałam. ale nie to jest najważniejsze. jak z nim rozmawaiłam próbowałam nie rozpłakać się. potem usłyszałam w tle ciocię. i znów zobaczyłam jak dużo tracę. i znów poczułam, że tam jest moje miejsce. że tam muszę być. i będę! chocby nie wiem co…

[4] 25 sierpnia obchodzimy trzy lata! ja i mój blog. gdybym nie skasowała poprzedniego to byłyby jego szóste urodziny. wszelkie życzenia urodzinowe dla bloga mile widziane. ;)

a tymczasem zacznę się powoli pakować. i przygotowywać do tej jakże długiej podróży…

Standardowy

to przychodzi w nocy. i żałuję, że nie mam laptopa. albo chociaż dyktafonu. przed snem powinno się oczyścić umysł. a ja mam wtedy plątaninę myśli.
wiele bym dała żeby móc studiować w Gdańsku. ale wiem, że już nic nie mogę zrobić. tęsknię do tego miejsca. tak naprawdę nie znam go za dobrze. ale coś w środku mnie mówi mi, że tam by wszystko było inaczej. wszystko by się ułożyło. wstawałabym każdego dnia z uśmiechem na ustach. i mogłabym z ręką na sercu mówić: „jestem szczęśliwa.” i chciałabym móc powiedzieć moim dzieciom i wnukom: „urodziłam się w Łodzi. mieszkałam w Pabianicach. ale jestem gdańszczanką.” i żeby to była prawda. nie jedynie bajka na dobranoc.
zamykam oczy. mogę w najdrobniejszych szczegółach odtworzyć każdy szczegół moich tegorocznych wizyt. każdy gest. każde słowo. pod moimi powiekami widzę mieszkanie na Osowie. przemierzam je. powoli. krok po kroku. i jestem przez moment szczęśliwa. ale w końcu otwieram oczy. i znów jestem w moim pokoju. muzyka w tle. i szarość dnia.
to staje się moim Zahirem. ale nie przeszkadza mi to. pozwala mi przeżywać kolejne dni. a co w tym wszystkim najdziwniejsze? że nie potrafię odpowiedzieć na proste pytanie „dlaczego Gdańsk?” a pojawia się często. a zamiast odpowiedzi jest cisza. bo nie wiem. w gimnazjum ubzdurałam sobie medycynę w Gdańsku. i wszystko było dobrze dopóki tam nie pojechałam po raz pierwszy. w ferie. i wtedy do mnie dotarło. po policzku popłynęła łza. i powiedziałam cicho: „to jest Moje Miejsce na Ziemi.” teraz też płyną łzy. jedna za drugą. i jeszcze trzecia.
nie chcę jechać do Krakowa. nienawidzę go! to nie jest moja wina, że tak późno dotarło do mnie co chcę w życiu robić! jeszcze nie zaczęłam nawet studiować biofizyki. nie dałam jej szansy. i nie dam. bo nie będę spełniona pracując w firmie farmaceutycznej typu Polfa. nie chcę też w placówce badawczej zgłębiać tajników dlaczego groszek zielony jest zielony. chcę być lekarzem. pomagać ludziom. bo jak powiedziałam kiedyś Gabrysi: „tylko to mnie kręci. tylko w tym się widzę.” a argumenty typu: „będziesz lekarzem i będziesz klepać biedę” wsadźcie sobie w dupe!!