Standardowy

zdarzyło się nam cś dziwnego. mnie i Aśce. siedziałyśmy pod SDHem. czekałyśmy na autobus. na ławeczce obok nas usiadł starszy pan. grzecznie się przesunęłyśmy w celu zrobienia miejsca dla pana. nie zwracałyśmy na niego uwagi. nie pamiętam o czym gadałyśmy. ale to chyba nieistotne. ważne jest zachowanie pana. w pewnym momencie odwrócił się w naszą stronę. ładnie przeprosił, że przeszkadza. ale chce nam coś ważnego powiedzieć. i żebyśmy się nie obraziły. pomyślałam sobie: „co ten człowiek chce? wolnych słuchaczy szuka?!” ale postanowiłam być uprzejma. nie odzywałam się. Aśka oczywiście ostentacyjnie okazywała brak zainteresowania. pan mówił o wytrzymałości kobiet. a dokładnie o zawodach w seksie. zwyciężczyni „posiadła” [jak to powiedział pan] 311 facetów w ciagu 8 gdozin. nadal za bardzo nie rozumiałam o co mu chodzi. i wtedy się zaczęło. pan chciał nam udowodnić, że kobiety nie są do niczego potrzebne. że jedyne czego chcą to seks. nigdy nie pracują. siedzą tylko w domu. gotują obiadki. i namawiają biednych mężczyzn na seks. a potem na świecie jest coraz więcej ludzi. wszystko przez kobiety! w tym momencie miałam ochotę spytać go czy ma jakiś problem. ale doszłam do wniosku, że nie chcę wdawać się w głębsze dyskusje. Aśka udawała, że rozmawia przez telefon. tymczasem ja czułam uparte wibracje w torebce. w końcu pan skończył swoją tyrradę! odszedł na inną ławkę. i zaczął męczyć pana w średnim wieku. z dzieckiem na ręku. pan zareagował szybiecj niż my. trzeźwo opuścił ławkę. i zastanawiam się co to miało znaczyć? czy trafiłyśmy na męskiego szowinistę? czy zgrzybiałego dziada kombatanta? i o co mu chodziło? a później ktoś się dziwi, że młodzi nie okazują szacunku starszym. ale jak można mieć szacunek do człowieka, który tak się zachowuje?! jego wypowiedź była obleśna. przepełniona eufemizmami z najgorszej połki. z marginesu. i w tym wszystkim nie brakowało masy wulgaryzmów. ja się pytam jeszcze raz: o co do cholery chodzi?!

tak by the way. miałam założyć hasło na bloga. ale zrezygnowałam. bo wierzę, że chodzą po ziemi ludzie z zasadami. którzy mimo wszystko potrafią docenić obdarzenie ich zaufaniem. nawet jeśli tego zaufania już nie ma. ja wiem, że wiara w dzisiejszych czasach przestała być jakąkolwiek wartością. ale wierzyć trzeba. tak więc hasła nie ma. chwilowo. bo może się okazać niezbędne. czas pokaże…

Standardowy

„Aniołowie jeśli tylko są, kryją się w metalowych bunkrach…” to ja sama nie wiem. albo znalazłam ten metalowy bunkier. albo jeden Anioł się nie ukrył.
dawno się z nią nie widziałam. z różnych przyczyn. wczoraj miałam ochotę porozmawiać właśnie z nią. choćby przez telefon. zadzwoniłam. długo czekałam aż odbierze. kiedy usłyszałam jej głos po drugiej stronie słuchawki poczułam się lepiej. dużo lepiej. powiedziała żebym zaraz przyjechała. pogadamy. napijemy się herbatki cynamonowej. :) wsiadłam w środek komunikacji miejskiej. zwany dalej autobusem. i w parę minut później piłam herbatę w domu Anioła. :) nie byłam długo. tylko dwie godziny. ale odzyskałam równowagę wewnętrzną. równowagę, którą ktoś mi zakłócił. w sposób brutalny. ale to jest już nieważne. tym razem jeszcze szybciej zakończyłam ten rozdział w moim życiu. trochę dzięki niej. ona zawsze wiedziała jak do mnie trafić. co powiedzieć. i dlatego mam do niej ogromne zaufanie. ta przykra osoba została wyrzucona na margines. co z nią dalej będzie mało mnie interesuje. nie ma co rozgrzebywać przeszłości. trzeba skupić się na przyszłości. i mogę powiedzieć ze spokojem, że nie żałuję tego co się stało. ale słowa na „pe” nadal nie używam. ;) w tym momencie poważnie zacznę rozważać propozycję taty. w końcu wokół tej osoby świat się nie kręci. jest wiele innych, wspaniałych ludzi. i może dla nich warto się zgodzić…

Standardowy

zaczynam nowe życie. właściwie nowy etap. parę dni temu ten wyjazd sprawaił, że łzy mi napływały do oczu. a teraz się cieszę. mimo, że to nie jest Gdańsk. ważne żeby wyrwać się z miasta gdzie plotka roznosi się z prędkością światła. gdzie wszyscy wszystkich znają. gdzie cywilizacja dociera później. będzie mi brakowało paru osób. paru miejsc. rzeczy. osoby wiedzą, że będą za nimi tęsknić. i dlatego będzie mi ich brakować. co do miejsc… na pewno Strzelnica. jeszcze niedawno napawała mnie odrazą. i wstrętem. ale doszło do tego, że mogę już spokojnie przejść tą ulicą. a na Strzelnicy przypominają mi się tylko te dobre chwile. a tych nie brakuje. :) i oczywiście koszykówka. w Krakowie jest Wisła. ale to nie to samo. przekonałam się, że liczy się jeden zespoł. będzie mi brakowało tych niewygodnych i ciasnych trybun. tych wszystkich znanych twarzy. arbuzów. tego się nie da zastąpić. niczym. ani nikim…
do zajść sobotnich nie będę wracać. bo nie ma po co. inni wiedzą lepiej jaka jestem. znają mnie na wylot. współczują mojemu przyszłemu mężowi. więc niech i tak będzie. szkoda tylko, że nie potrafią zrozumieć prostej kwestii. dwa tygodnie spędzone razem na wakacjach to nie jest dobra znajomosć. a czytanie bloga wcale nie uzupełnia tych luk. tak naprawdę gówno o mnie wiedzą! ale ponieważ są „starsi” to trzeba ustąpić. ktoś musi być mądrzejszy! miałam nie wylewać swoich frustracji. ale w tym momencie jest mi to obojętne. nie będę się z niczego tłumaczyć. bo nie mam komu. i nie ma takiego obowiązku. potwierdza się tylko reguła Pawła. „starsza to dwa, góra trzy lata. a młodsza to rok. bo niżej to kurator ściga.” i znów muszę mu przyznać rację. ale z nim jest inaczej. on potrafi się zachować z klasą. potrafi wysłuchać. i powiedzieć coś miłego. i dlatego w stosunku do niego mogę użyć tego słowa na „pe”. ale zaczynam czuć wstręt do tego słowa. dlatego go nie użyję. za dużo ludzi go używa w sposób niewłaściwy. czasem myślę sobie, że dobrze się stało. na dłuższą metę byśmy się z Pawłem pozabijali. :P a tak przynajmniej wiem, że mogę do niego zadzwonić w środku nocy. i on nie rzuci słuchwką. tylko powie: „co znowu chcesz? i wiesz, że to będzie kosztować? :)”
i jeszcze napiszę parę słów do moich przyszłych adoratorów. żeby byli świadomi w co się ładują. jestem złośliwa. mściwa. ale przy tym wszystkim szczera. powiem wprost jak coś jest nie tak. podobno jak nie wychodzi na moje to stroję fochy. [to jest bardzo ciekawe. muszę się nad tym głębiej zastanowić. wychodziłoby, że nic nie robię tylko stroję fochy. :P] zapominam, że nie wszyscy są w moim wieku. i, że nie mogą tego co ja mogę. [bo ja mogę wszystko. od puszczania się za pieniądze po skok z dachu. :P] i na koniec perełka. jestem niesprawiedliwa. i pałam czystą nienawiścią do każdego. [to akurat mi się pdooba. :) kwintesencja mojej osoby. :) ale jak się zaczyna po kimś jechać trzeba najpierw spojrzeć w lustro! wtedy ma się życie na pewno milsze. :P a co do sprawiedliowści. jej nigdy nie było. prsote.] myślę, że jak przeczytacie tę notkę, to będziecie mogli powiedzieć, że mnie znacie. i pozwalam wam na krytykę mojej osoby. na doradzanie co mam w życiu robić. w końcu zacie mnie na wylot. macie takie prawo… :P

Standardowy

coś niedobrego się ze mną dzieje. nie mam na nic ochoty. wszystko jest mi obojętne. no może prawie wszystko. nic mnie nie cieszy. nie potrafię wpasować się w rytm dnia. jakbym tu nie pasowała. a wszystkie próby są na nic. bo i tak nic z tego nie wychodzi. nic nie sprawia mi przyjemnosci. wszystkie czynności wykonuję mechanicznie. niczym robot. i zastanawiam się czy to może być spowodowane tęsknotą…? byłam z tymi ludźmi raptem tydzień. a tak bardzo się zżyłam. brakuje mi ich. wszystkich! może nie każdego tak samo. jednych mniej. drugich więcej. ale brakuje… i nie tylko mnie. w rozmowach na gg przyznajemy się do tego. jakby to coś miało dać. może jest nam trochę lżej. że nie tylko my tęsknimy. obiecaliśmy sobie, że za rok jedziemy nad Solinę. i na ADAPCIAKA jako kadra. chcemy jeszcze raz przeżyć te cudowne chwile. a tymczasem… wysyłamy meile ze swoimi zdjęciami. żebyśmy się poznali w Krakowie. umawiamy się na pierwsze spotkanie. [to już 1 października!!] i szykujemy się do wielkiej rewolucji w naszym życiu.

nigdy tego nie robiłam na blogu. ale zawsze musi być ten pierwszy raz. chciałam wspomnieć parę osób. czy to z imienia czy z nazwiska. bo zasłużyli na to! :) a więc:
Marzenę–>za wspólne mieszkanie przez tydzień w 104. za szukanie dla mnie lekarstw o 2 w nocy. :* za kupowanie mi piwa kiedy głos odmówił mi posłuszeństwa. za rzucanie Bioparoxem. za wspólne lanie piwa w Browarze Żywieckim. za DJowanie. :))
Justynę–>za imprezy w melinie [101]. ;)) za obalone razem Kamikadze. za tysiące wypalonych razem fajek. za wspólne mieszkanie, które się nam szykuje w Krakowie. :D za tysiące partii bilarda. :)) za świńskie kawały, których nigdy nie mieliśmy dość. :D za Królową Browaru Żywieckiego! :)
Paulinę–>za imprezy w melinie [101]. ;)) za jad, który w sobie miała. ;)) za dyskrecję. :D za wyczucie czasu i miejsca. :D za Tapira. :D za wypalenie naszych wstrętnych czerwonych Marlboro.
Martuś–>za wrzucanie na wszystkich dookoła. :) za śliczne loki. za piosenkę autorską: „a muły runą, runą, runą…” :D za szczerość. za DOG IN THE FROG! :D za oblanie mi białej bluzy czerwoną Warną. za „ssij wągra”! :D
Olę–>za wylew po jednym piwie. :P za wylew po jedej lampce wina. :P za tolerowanie naszego palenia i obśmiewania wszystkich wkoło.
Karolinę–>za śliczne dredy. za wrodzoną skromność. za umiar.
Michała–>za trafne teksty, np. Tapir-Rozpłodnik. :D za zjadanie po mnie niechcianych produktów z posiłków. :))
Hermionę–>bo to ziomalka z Łodzi. za uśmiech. i poczucie humoru. za sikanie przy otwartych drzwiach. :D
Stefana–>za skromność. za zażenowanie. za leżenie w stroju Adama pod prysznicem. :D
Pe-Kamila–>za różnicę zdań na dużo tematów. za upór. za abstynencję. za Pizdorapka! :D za jeden jedynych kawał, który wprawił Justynę w komplesky. :D
Kubę–>za browara, na którego nie zasłużyłam.
Justynę–>za szczery uśmiech na twarzy. :)
Kefcia–>za wyleczenie mnie z gorączki. za konkurs z paluszkami. ;)) za „wyginam śmiało ciało” i „…i RNB” za notoryczne wypijanie mi alkoholu ze szklanki! :)) za niezliczoną ilość fajek, które mu wypaliłam. za brak asertywności. za śmianie się z mojego głosu. za fajne rozmowy podczas wegetowania na tarasie. za odpowiedź: „rzucają Bioparoxem. :))” za zapinanie głośników wcześnie rano.
Germana–>za wspólne sikanie u bacy! :)) za zabijanie mnie wzrokiem na ostatniej wspólnej imprezie. :P za zapalniczkę, której mu nie oddałam. za dedykację na koncercie. :)) za trafne pytanie: „co one robią? :))” za włączenie filmów na maratonie.
Tomka–>za użyczenie [do wiecznego nieoddania] Bioparoxu. :* za wszystkie warsztaty. za reakcję na to co działo się z Bioparoxem. ;))
Wronę–>za próby utrzymania porządku i ładu. ;))
Pe-Przemka–>za przegrane masło. za fi-filmy. :P za „wiesz dlaczego wygraliśmy? bo w naszej drużynie nie było najsłabszego ogniwa.” za pilnowanie naszej grupy! za szczere rozmowy wczesnym rankiem. za to, że potrafił być i kumplem i ochroniarzem. za dobre rady co do AZSu i WFu. za niemoralne propozycje… ;))
Matrę–>za „to jest piosenka o marzeniach kolegi Ślusara…” :D

pokochałam tych ludzi. i wiele bym dała żeby móc powtórzyć ten tydzień…

Standardowy

cudowne kilka chwil. znów się poczułam jak licealistka. a nie jak jebana studentka. :/
pod szkołą byłam około 10. bo oczywiście Yennefer nie wytrzymała. napisała mi żebym przyszła wcześniej. no to poszłam. tak między Bogiem a prawdą to czekałam na jej mesa. nie mogłam w domu usiedzieć spokojnie. każda częśc mnie rwała się do szkoły. żeby spotkać się z ludźmi. ludźmi, których będę pamiętać do końca życia…
Gabrysia przyszła jak zwykle spóźniona. zmieniła się. a może była taka zawsze? jak szła to myślałam, że to jakaś pirszoroczna. ale to była nasz Gabrysia. ubrana na biało. z różowym akcentem. obowiązkowo już. pewnie by nas nie zobaczyła. szła z głową w chumrach. roztargniona. lekko zamyślona. o czym? tego nikt nie zgdanie. krzyknęłyśmy: „dzień dobry pani profesor!” choć była ledwie kilka centymetrów od nas. wyrwało ją to z zamyślenia. już chciała odpowiedzieć machinalnie. i iść dalej. ale zobaczyła nasze uśmiechnięte twarze. moją. Yennefer. i Magdy Be. i ucieszyła się. prawie jak dziecko. a zarazem była zaskoczona. lekko zszokowana. i miała łzy w oczach. przywitała się z nami jakbyśmy były starymi przyjaciółkami. a nie byłymi uczennicami. potem przyszła reszta. zjawili się nagle. nie wiem skąd. [reszta=Gosia. Kaka. Ania M. Eła. Bartuś. Błażej. Zuzia.] Gabrysia wręcz promieniała. chyba się tego nie spodziewała! nikt się nie spodziewał.
na nasz widok Smolarek powiedział: „w końcu nadszedł ten dzień kiedy to mogę spokojnie patrzeć na to co będzie odwalać 3d. bo wiem, że wy nie będziecie zachowywać się normalnie.” bardzo się nie pomylił. :P kiedy wyszedł po raz drugi przed szkołę powiedział: „zapraszem pirwszorocznych na salę. znaczy pierwszaki.” my z Yennefer uderzyłyśmy w śmiech. czuć było wpływy lekcji z 3d. :D razem z Gośką udałam się na salę. reszta poczłapała za nami. oczywiście już przed salą korek jak na Piotrkowskiej. widać, że to pierwszaki. ;/ udałyśmy się do szatni. i weszłyśmy wejściem bocznym. plan był już obmyślony. głośny aplauz jak tylko usłyszymy nazwiska naszych psorów. a jak będzie Gabrysia to ze wszystkich sił. a jak skończy wyczytywać ludzi to my idziemy do nich. oczywiście druga część planu wyszła trochę inaczej niż chcieliśmy. wyszłyśmy z Gosią na środek. ja się genialnie obkręciłam dwa razy wkoło własnej osi. musiałam sprawdzić czy wszyscy są. i ruszyliśmy. Żaba oczywiście uderzyła w gromki śmiech. Smolarek próbował być poważny. ale mu nie wychodziło. bo jak można być poważnym w takim momencie. uroczystość szkolna. przestraszone pierwszaki. nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. gdzie iść. kim jest ta pani co ich wyczytywała. i w tym wszystkim pojawia się grupa wyrośnietych ludzi. ubranych mało adekwatnie do uroczystości. i jeszcze z pretensjami. „a my dlaczego nie byliśmy wyczytani?!” Gabrysia znów była wzruszona. reszta psorów uśmiechała się. Smolar powiedział: „Gabrysiu, masz naprawdę wspaniałą 3d.” i poszliśmy do J1. do naszej klasy! [kurawa mać! jak można tak ryczeć?!] zostałam wybrana. i mogłam iść do pokoju po klucz. chociaż jestem już absolwentką nadal czułam respekt do tego miejsca. podświadomie chciałam żeby nikogo nie było. i po drodze zastanawiałam się gdzie są klucze. bo przez trzy lata nauki tej rzeczy nie mogłam zapamiętać. pokój był pusty. wzięłam klucz od J1. Gabrysia kazała nam iść do klasy. ona musiała coś zabrać z szafki. pierwszaczki oczywiście z nami nie poszły. czekały jak wierne psy na swojego właściciela. 3d ruszyła bez namysłu. rozsiedliśmy się na swoich miejscach. ale doszliśmy do wniosku, że pirszoroczni nie będą mieli gdzie usiąść. więć zajęliśmy dwie ławki pod oknem. ja stwierdziłam, że postoję. Klat sklecił parę zdań po niemiecku na tablicy. przyszło mu to z dużym wysiłkiem. i nie obyło się bez pomocy Zuzi (studentki germanistyki). :P opisywanie procedur powitaniowo-organizacyjnych skierowanych do 1d uważam za zbędne. w międzyczasie napisaliśmy z Klatem plan dla nieszczęśników na jutro. oczywiście po niemiecku. oczywiście plan był zmyślony. jutro tradycyjnie nie ma lekcji. bo program komputerowy zawodzi od trzech lat. i za to go kochamy! :P na naszym planie niemiecki był przeplatany histerią. i na koniec cztery matmy bonus.
chcę zobaczyć jak oni pójda na matematykę. nie wiedzą która to Aliszia. wiedza tylko,żze mają siadać pod oknem. jeśli będą mieć z nią lekcje. nawet nie potrafię sobie wyobrazić jej miny. przestraszony tłum wpada do klasy. i bije się o ławki pod oknem. a dwa rzędy stoją nie tknięte. :))
ale w końcu pierwszaki poszły. chyba odetchnęli z ulgą. Gabrysia też. nie zrobili korzystnego pierwszego wrażenia na niej. byli jacyś poważni. spięci. zestresowani. cieżko mi ocenić czy my też tacy byliśmy. najlepszy był osobnik siedzący pod ścianą. w ostatnim rzędzie. włosy prawie do ramion. gładko zaczesna na bok. ubrany w obcisłą aksamitną marynarkę. koloru zgniłej zieleni. to nic. osobnik miał bardzo dziewczęcą urodę. Tomek przez całą jego obecność zastanawiał się czy to dziewczyna czy chłopak. okazało się, że to chłopak. Gabrysia stwierdziła, „że to bardzo dobrze, że on nie chodził z nami. ty Tomek razem z Klatem byście mu żyć nie dali.” wszyscy w śmiech. a Gabrysia patrząc na mnie mówi: „ty też Ewelina byłaś dobra. i jestem pewna, że byś go nie oszczędzała.” jak ona nas dobrze zna. wydawać by się mogło, że to tylko trz lata razem. a jednak znamy się bardzo dobrze. swoje słabości. swoje zalety. wszystko…
po wyjściu pirszorocznych zostaliśmy w końcu sami. z naszą kochaną panią profesor. sporządziła listę obecności. i napisała kto gdzie będzie studiował. widać, że była z nas dumna. cała klasa dostała się na studia. prawie cała. Menda robi sobie rok przerwy. a Tomek… z powodów niezależnych od siebie w tym roku nie będzie studiował… ale i tak jesteśmy najlepsiejszą klasą w szkole. żadna nie dostała się w takiej ilości na studia. podobno też napisaliśmy najlepiej maturę ze wszystkich klas trzecich. a nazywali nas głąbami. nieukami. wmawiali, że do niczego w życiu nie dojdziemy. mieli ciągłe pretensje. a teraz wyszło jacy byliśmy! i to nie matfizy. tylko klasa (po)niemiecka!! :))
siedzieliśmy z Gabrysią w J1 do drugiej. chciliśmy ją wyciągnąć do PizzaPubu. ale się spieszyła do Łodzi. więc zostaliśmy w naszej klasie. rozmawialiśmy o wszystkim. i o niczym. o wakacjach. o wspólnych imprezach. o planach na przyszłość. tematów nie brakowało. czuliśmy się jakby to była godzina wychowawcza. taka luźna. bo nigdy nie widzieliśmy Gabrysi siedzącej na ławce. wspominaliśmy te trzy lata. mogliśmy powrzucać na Poczte. zresztą Gabrysia sama powiedziała, „że teraz jesteście na takim etapie, że możecie jej powiedzieć wszystko. a ja się jeszcze pod tym podpiszę!” na co Tomek zdziwiony pyta: „mogę??” „musisz!” Klat rozradowany wybiegł szukać Poczteksa. ale niestety jej nie było. zrobimy jej nalot na lekcję. nie może nas tak zapomnieć. a nie będziemy wcale mili. :]
w końcu musieliśmy się rozstać. ciężko nam to przychodziło. każdemu było szkoda. nie dochodziło do nas, że jutro się nie spotkamy. i pojutrze. i tak aż do czerwca. uściskaliśmy Gabrysię. odprowadziliśmy ją do samochodu. wrzeszcząć przez całą drogę teksty typu „Pierwsze jest najlepsze!”. czy też „kochamy nasza panią profesor!” i niestety Gabrysia odjechała. a my poszliśmy na amfik. bo jeszcze nam było mało. zostało nas osiem sztuk. [Ja. Gosia. Zuzia. Ania M. Kaka. Bartuś. Błażej. Eła.] siedzieliśmy na amfiku. i wspominaliśmy. słychać nas było na całej Strzelnicy. nasze krzyki. i wybuchy śmiechu. „trochę nam się tego uzbierało”. jak to powiedziała Zuzia. ale w tym wszystkim piękne jest co innego. to, że pamiętaliśmy tylko to co dobre. nie wspominaliśmy jak Poczta styrała całą klasę na jednej godzinie. jak Aliszia robiła chujowe sprawdziany. jak Smolar nam postawił glony. bo nie przynieśliśmy wycieczek na czas. my wspominaliśmy kazdego miło. i z sympatią. nawet Poczteksa. właściwe to lekcje z nią. jak ja kłóciłam się z Klatem. jak notorycznie chodziłam do kąta. jak Eła z Klatem robili dwójki wioślarskie. dużo tego się uzbierało. faktycznie…
a następne spotkanie mamy 12 września. ja wrócę z obozu. będzie też Aśk.a i przychodzimy do szkoły na trzy godziny. odwiedzimy kazdego! nie pozbędą się nas tak łatwo…!

P.S. chciałam skierować jeszcze parę ciepłych słów do Ministra Edukacji. dziękujemy! my 3d! i nie tylko 3d. każdy uczeń licuem. dziękujemy za spierdolenie nam życia! za chujowe reformy! za chujowe rozporządzenia! to dzięki wam mogliśmy być razem tylko trzy lata! jesteści chujami do entej potęgi! każdy bez wyjątku! ci co byli. ci co są. i ci co będą!
CHUJ WAM W OKO!!