Standardowy

czego się człowiek uczy na pierwszym roku studiów? ano. wielu pożytecznych rzeczy. ;)
[1] nie chodzić na wykłady.
a jak się już kiedyś pofatyguje to siadać w pierwszym rzędzie. żeby wykładowca zobaczył. i żeby usłyszeć: „widzę niektórzy szaleją z radości, że im się dobrze udało odpowiedzieć.”
[2] kserować wykłady.
bo czasem trzeba się z nich uczyć do seminariów. i na kolokwia.
[3] nie korzystać z pasów. i przechodzić na czerwonym.
bo to bardzo skraca czas. i jest pomocne w zmieszczeniu się w kwadransie akademickim.
[4] rozsądnie gospodarować zadaniami na laborkach. czyli żeby starczyło na wszystko.
zazwyczaj nie wychodzi. wtedy trzeba mieć niezwykle cierpliwego wykładowcę (dobrym przykładem jest dr Hetmańczyk). i łącznika z wykładowcą (jak ja). wtedy każde laborki będą udane. i kochane. a pan doktor prócz tego, że nasłucha się ciekawych rzeczy („żółty przechodzący w pomarańcz”) i „pojeździ” po uroczych studentkach („nadal pani twierdzi, że to był pomarańcz?”), to nie będzie się nudził. zawsze też można poprosić o zlewkę. jak zrobi to łącznik dostanie się umytą przez pana doktora. a jak ktoś inny trzeba będzie zrobić to samemu.

w razie jakichkolwiek pytań co do punktu 4 proszę się kontaktować z grupą numer 9. ;))

EDIT:
czas chyba żeby napisać jakieś konkrety. a nie pisać zeby bloga nie skasowali. :)
mieszkanie w Krakowie jest miłe. pojechałam tam żeby się usamodzielnić. uniezależnić w pewnym stpniu od rodziców. sprawdzić się. i jestem zadowolona z efektów. mieszkam tam już miesiąć. a przez ten czas jako-tako poznałam miasto. wiem jak się po nim poruszać. umiem w nim funkcjonować. nie miałam momentu, że chciałam stanąć pośrodku skrzyżowania i się rozpłakać.
chyba zmieniłam się. i to bardzo. czytałam sobie notki z czasów LO. i te problemy są dla mnie teraz śmieszne. teraz mam inne. które na pewno za jakiś czas też będą śmieszne. ale taki bieg wypadków. zmienił się mój system wartości. i to bardzo drastycznie. mam mnóstwo pomysłów na siebie. i nie wiem jak je wprowadzić w życie. tyle bym chciała zrobić. a wiem, że nie dam rady. i szkoda mi tego. chciałabym wykorzystać każdą minutę każdego dnia. żeby później nie żałować… z jednej strony wiem, że chcę być lekarzem. ale z drugiej pozostaje taki niedosyt. wynikajacy z tego, że nie mogę pracować w laboratorium. albo zostać na uczelni jako asystentka. i borykać się z problemami studentów podczas laborek. a to też by mi się podobało! dlatego myślę o zrobieniu dwóch fakultetów. a z pewnością będę chciała zrobić doktorat. i może habilitację. bo to jest jednak prestiż mieć przed nazwiskiem dr w wieku 26 lat…
z Aśką stałyśmy się w końcu przyjaciółkami. takimi z prawdziwego zdarzenia. i tylko żałuję, że nie studiujemy razem w jednym mieście. ale odbijamy sobie to dzięki tonom SMSów wysyłanych w ciągu jednego dnia. a po moim przyjeździe spotykamy się. i gadamy. gadamy. gadamy. i cieszę się, że ją mam! :)
i na koniec. w czwartek spotkałam się z Pawłem. z jednej strony cieszyłam się. a z drugiej miałam mieszane uczucia. ale było bardzo miło. brakowało mi jego wrzutów na moją osobę. mogłam po raz kolejny przekonać się, że naprawdę mogę na niego liczyć. że jest przyjacielem z prawdziwego zdarzenia. [w jego przypadku nie boję się użyć tego słowa] tylko nie chcę wyjść na tą co rozbija zwiążki. bo Sywlia może tak pomyśleć… ale Paweł wie, że jest dla mnie tylko przyjacielem. i na razie nie zanosi się na żadne zmiany. powiedziałam ostatnio komuś, że „nie mam na to czasu”. bo nie mam. nie chce żeby mi się świat wywrócił do góry nogami. nie chcę wszystkiego zaczynać po raz enty od początku. i do tego z kimś kto jest oddalony ode mnie o ponad 200 kilometrów. i jest jeszcze coś. ale o tym nie będę teraz pisać. i nigdy. dlaczego? just because…

Standardowy

nie mam czasu na pisanie na blogu. a jak znajde czas to nie mam ochoty. bo tematow jest mnostwo. :) cwiczenia z obslugi komputera sa pasjonujace. pan doktor sie produkuje przy tablicy. garstka pilnych studentow wykonuje jego polecenia. reszta niewdziecznikow zajmuje sie zglebianiem tajnikow internetu. ale ile mozna?! w pracowni trzyma mnie jedynie sprawdzanie obecnosci na pocztaku cwiczen. to jest taki minus. :)
poza tym dni na uczelni plyna szybko. juz prawie koniec pazdziernika. czyli przezylam caly miesiac. :) napisalam w tym czasie kolokwium z mechaniki. teraz czekam na wynik. ale poniewaz kolos byl trywialny, wiec nie powinno byc problemow. ;) z innych doniesien ocenowo-wyczynowych zgarnelam na laborkach 5. :) o +4 nie bede pisac. :) laborki sa kochane. moglabym siedziec w laboratorium calymi dniami. przelewac substancje z probowki do probowki. ogladac stracanie sie osadow. robic reakcje obraczkowe. i tak w nieskonczonosc. zebym tylko nie musiala potem pisac sprawozdan! :/ to jest najgorszy punkt programu. :/ siedzialam trzy godziny. tylko po to by opisac co robilismy z szescioma probowkami. i tylko po to zeby to oddac doktorowi. jakby nie pamietal, ze to robilismy?! ;) na pewno pamieta. bo nas sie nie da nie pamietac. :P
w planach na dzisiejszy dzien mam jeszcze seminarium z chemii organicznej. i wizyte w moim drugim domu. zwanym dalej Carefour’em. czy pojde na seminarium nie wiem. srednio umiem malo. zeby nie powiedziec nic. nie bylam na dwoch wykladach. [moje lenistwo zaczyna sie odzywac] ale moze po semianrium znow wlaczy nam sie szwedacz? i jakbym mogla stracic cos takiego? ludzi na rynku nie przezyja jesli nie uslysza mojego spiewu! ;) pewnie pojde na seminarium. a na zakupy pojade teraz. to dobry plan. :)
a tak na sama koniec. zaczynam sie powaznie zastanawiac czy by nie nagrac singla. w koncu repertuar mam dosc bogaty… ;)

Standardowy

bedzie krotko. i niestety bez polskich liter. ale takie sa przywileje jak sie korzysta z komputera na uczelni. i na cwiczeniach z obslugi komputera. ;) ale nie powinnam narzekac. pisze zeby mi nie skasowali bloga. to po pierwsze. po drugie zeby „czytajacy” wiedzieli, ze zyje jeszcze. Krakow mnie nie zabil. ani nie porwal mnie Smok Wawelski. ;) uczelnia jest niestety priorytetem. na nic innego nie mam czasu. :( poza tym mieszkanie, ktroe wynajmuje nie jest zaopatrzone w internet. jakos sie ucze zyc bez internetu. i bez telwizji. ale z uplywem czasu zacynam doceniac ta pustelnie. moge w 100% skupic sie na nauce. nic mnie nie rozprasza. nie ma „waznych” rzeczy do obejrzenia. czy do sprawdzenia w sieci. zaleglosci nadrabiam po przyjezdzie do domu. jestem ciagle zmeczona. niewyspana. i brakuje mi czasu. zapomnialam juz jak to jest chodzic do szkoly. teraz musze sie na nowo wdrozyc w system. :) dzien zaczynam o 6:00. w dobrych dniach moge wstac o 7:00. ale takich dni jest malo. powoli sie przyzwyczajam. wstaje rano. szybkie sniadanie. i biegiem na tramwaj. w tramwaju 40 minut. przy dobrych wiatrach mozna usiasc. ;) potem przez park na uczelnie. i wyklad. i pisanie. lub cwiczenia. i modlitwa zeby nie zaprosili do tablicy. zeby nie bylo, ze tylko narzekam. i uzalam sie. jest fajnie! jest lepiej niz sie spodziewalam! :) Krakowa nie traktuje juz jako zla wcielonego. ale to nie jest to. na studia to dobre miejsce. ale nie na cale zycie… ale ja nawet nie jestem jeszcze na poczatku tej drogi…