Standardowy

dom. czyli inet bez ograniczeń! miałam napisać o spotkaniu ze Sławkiem. ale to już nie to samo. już na to inaczej patrzę. wiele rzeczy zapomniałam. może jak obejrzę nagranie będę miała ochotę. więc czekamy do stycznia. ;)
ze spraw naukowo-uczelniano-krakowskich. jak na razie żadnego kolokwium na horyzoncie. po ostatnim z chemii zastanawiam się czy doktor Hetmańczyk nadal mnie będzie lubił… bo że ma mnie za osobę inteligentną to już wiem. scena z piątkowych laborek. ja i Aśka pracujemy razem. pierwszy problem. jak się używa pipety. pytanie skierowane do doktora Hetmańczyka. tłumaczenie. „tu jest taka kreska. ona oznacza tyle i tyle pojemności. menisk dolny cieczy musi być nad kreską.” potaknięcię głową na zank, że rozumiemy. zabieramy się do roboty. przychodzi pan doktor. z karteczką. i rysuje. tłumacząc nam co następuje. „jak tu panie macie rurkę to menisk dolny to wygląda tak. i to musi być nad kreską.” pytam się Aśki czy my miałyśmy miny pod tytułem co to jest menisk dolny. bo akurat to wiedziałam. ale nic. problem drugi. jak spuścić z pipety żeby ten menisk był tam gdzie ma być. no i niezawodny pan doktor. „musicie panie nabrać więcej. zdjąć to. ale żeście panie mocno wetknęły. przytrzymać paluszkiem wskazującym. i powolutku spuszczać. trzeba dojść w tym do pewnej wprawy.” w domyśle wątpliwe czy dojdziemy. ale mnie się to udało! :)) czyli uczennica może być na równi z Mistrzem. ;) mycie pipety. i dygresja pana doktora. „jedna studentka biologii włożyła pipetę do roztworu i czekała aż sama jej się napełni.” czyli nie jesteśmy aż tak głupie. zawsze mogła owa studentka lać z góry. ;)
nieodganiona tajemnica cierpliwości doktora Hetmańczyka została rozwiązana. jeśli w swojej karierze naukowej ma doczynienia z pipetami i biuretami to nie ma chuja we wsi żeby nie był cierpliwy! ;)
z innych doniesień chemicznych. SSB nie jest tym kim miała być. oryginalna SSB jest brunetką. jest uśmiechnięta. i wzbudza moją sympatię. więc nie będę ją nazywała SSB. SSB koloru blond ma nadal swój pseudonim artystyczny. poza tym jest niemiła. nieuprzejma. i nie chce pomóc biednym studentkom. i w ogóle się nie uśmiecha. i ma lekką wadę wymowy!
a Błękitnooka powiedziała mi, że poznaje mnie po śmiechu. ponoć mam charakterystyczny… nie wiem. nie zastanawiałam się. ale lubię ją. nawet wybaczę jej te duże niebieskie oczy. ale kop w cztery litery jej się należy mimo wszystko. za to jak nam przeszkadzała na kolosie! zespół niespokojnego siedzenia. owsiki. wścieklizna rąk. ktoś coś dorzuci?

tymczasem udaję się oblewać kolokiwum. z Aśką. ja chemię. ona mikroekonomię. albo innego bzdeta. adres łatwy do zapamietania. pub Żywiec. :))
powtórka we wtorek. a powtórka powtórki w sobotę. ;)

Standardowy

niestety nie rozpiszę się za bardzo. bo obsługa komputera się kończy. i mała zagadka. czy ja się spóźniłam? czy czas mi tak szybko zszedł? nic nie zrobiłam. a zbliża się 14:30. nevermind…
chciałam tylko podziękować dwóm osobom. Domi. bo dzięki niej zdażyłam pod Jubialt na 17:40. :*
Basi. bo dzięki niej poznałam Sławka. który jest cudownym człowiekiem. z fajnym charakterem. i ślicznym głosem. :*
i jeszcze całus dla Lilki. za spostrzegawczość. ;)) trzy lata na jednym korytarzu. a nadal nie pzonaje. ;))

Standardowy

sprawdzam sobie pocztę. oczywiście nie spodziewam się żadnych fajerwerków. bo poczta służy mi do składowania reklam. korespodencji od mamy. i ludzisków z ADAPCIAKA. :) a tu nagle patrzę. i szok! w polu nadawca widnieje jak byk: Katarzyna T. Nowak. oczywiście moja ciekawość nie może długo pozostać niezaspokojona. klikam. czytam raz. nie wiem totalnie o co chodzi. czytam drugi raz. i olśnienie! radość ogromna. którą trzeba tłumić. bo jestem na zajeciach z obsługi komputera. i teoretycznie zajmuję się programem o wdzięcznej nazwie MATEMATIKA. a praktycznie… wiadomo o co chodzi… ;) nie spodziewałam się. wpisałam się na księgę bez żadnego powodu. może żeby zachęcić innych do przeczytania ksiażki. i żeby ewentualnie Kaśka to przeczytała. ale nie spodziewałam się, że się w jakimś sensie tym przejmie. że weźmie to sobie do serca. że odpisze! a ona odpisała. napisała parę ciepłych słów. posłała parę uśmiechów. jakby w ten sposób chciała żeby pamięć o Matce przetrwała. i to nie tylko w inecie. może to jest jakiś sposób. w końcu podtrzymuje jej tradycję… aż żal mi, że nigdy się nie odważyłam napisać od Doroty. bo nie miałam o czym. bo nie wiedziałam jak. bo do takiej osoby to trzeba pisać wyszukanym językiem. GÓWNO PRAWDA! była normalna. taka jak każdy. tylko, że wśród tej normalnosci miała pewien Dar. potrafiła pięknie przelewać na papier swoje myśli. i choćby o tym mogłam napisać. ale czasu się nie cofnie. :( teraz wiem, że nie będę dłuzej zwlekać z napisaniem paru listów. bo nigdy nie wiadomo kiedy nasza świeczka zgaśnie. a pozornie trywialne rzeczy mogą być dla kogoś ważne. miłe. przyjemne. mogą wywołać uśmiech na twarzy.

a tak na życie. wybieram się do tearu. tak samo jak na mecz. w radiu zachwalają „noc walpurgii”. tytuł intrygujący. obsada nieznana. czyli morał jest prosty. chyba na to pojdę. :) poza tym spotykam sie dosć często z Izą. nie spodziewałam się, że to się tak potoczy. zapewniała mnie, że mogę na nią liczyć. że zawsze mogę zadzwonić jak będę miała problem. ale ile razy już słyszałam takie rzeczy… z Izą jest inaczej. bo na nią naprawdę mogę liczyć. ostatnio działa w fundacji na rzecz moich kilogramów. pracuje bardzo mocno żebym nie weszła w żadne spodnie. ;) w sobotę wybieram sie na mecz. ale w Pabach. bo gramy z Lotosem. będzie multum ludzi. będzie fajny mecz. będą emocje. będę ja. :) i może Aśkę wyciągnę. :)) i będzie radość po końcowym gwizdku…??

gdzieś nie wiadomo gdzie, za rogiem Witała czai się… ;)) radosna twórczość Aśki przed oddaniem kolokwium. :))

Standardowy

przyjechałam w czwartek wczesnym wieczorem. pochodziłam z mamą po Galerii. w której jak zwykle nic nie ma. prócz tłumu ludzi. plastikowych panienek. i gównażerii z wysokim mniemaniem o sobie. generalnie morał jest taki, że z książkami miałam mało wspólnego. dzisiaj wstałam dość wcześnie. ale co z tego?! rozpakowałam walizkę. poukładałam sobie kartki z Raizera w kolejności rosnącej. i przyszedł czas żeby iść do babci. wróciłam niedawno. bo musiałam obejrzeć Harrego P. z książkami miałam mały kontakt. a jutro spotkanie klasowe w Dwóch Księżycach. tylko jest mały problem. nie mam ochoty tam iść. jakby mnie już z tymi ludźmi nic nie łączyło. a przecież spędziliśmy razem trzy cudowne lata. jedne z wspanialszych w naszym życiu! i teraz nagle stali się dla mnie obcy… zastanawiam się o czym będę z nimi rozmawiać. bo wiem, że oni będą narzekać. na studia. na wykładowców. na uczelnię. na dojazdy. na wszystko. a ja co powiem? uczelnia jest jedną z najlepszych w Polsce. ale tego nie czuć. oni pokiwają głowami. i powiedzą, że się burżuję. na studia nie mogę narzekać. bo uczę się tego co mnie interesuje. i nauka tego sprawia mi przyjemność. i chcę się tego uczyć. bo po to poszłam na studia. usłyszę, że jestem nienormalna. bo na studia idzie się żeby szaleć. z imprezy na imprezę. i nigdy nie trzeźwieć. na wykładowców nie ponarzekam. bo oprócz trywialno-jawnego Klimasa wszyscy są w porządku. nie są potworami. nie dają znaków, że jesteśmy dla nich pływającymi gównami. większość z nich ułatwia nam nawet dopłynięcie do wyspy o nazwie magister. jeszcze inni są sympatyczni. mają poczucie humoru. i anielską cierpliowść. i służą pomocą na każdym kroku. nawet jeśli są organikami. i mogą tego nie rozumieć. i nie pamiętać. lub jeśli pomoc ta ma polegać na podaniu wydruków z ineta. i nawet nie przeszkadza mi, że damską cześć kadry jest albo szkaradna albo ma dużę błękitne oczy. i na to usłyszę, że jestem dziwna. albo tylko zobaczę wiele znaczących spojrzeń. dlatego nie będę mówić, że chciałabym zrobić dwa fakultety. i mam chęć na doktorat. bo magister to jest bardzo mało. a dojazdy? to już stało się częścią mojego życia. przynajmniej mogę sobie poczytać książkę w tramwajce. pośmiać się z nimi mogę. a i owszem. ale tylko wspominając czasy ogólniaka. bo reszta to humor sytuacyjny. za dużo opowiadania. nie ich klimaty. więc na jaką cholerę mam tam w ogóle iść? nie wiem…
ze spraw mało poważnych. doszłam do wniosku, że piosenka „wyginam śmiało ciało” jest hołdem w stronę dr Mikuli. nadal twierdzę, że SSB jest szkaradna. rok 1999 i 2003 są w pewnym sensie dla mnie magiczne. ciekawe na jak dlugo? ;) chciałabym wiedzieć co to jest „poliformizm związków kompleksowych”. a także „przejścia fazowe w związkach kompleksowych”. no i chciałabym w wieku 26 lat mieć na koncie pięć publikacji. o mądrym mężu już nie wspomnę. reszta jest milczeniem.

ołkej Denny. baj baj Denny! si ju lejter aligejter! :*

Standardowy

po lekturze książki Katarzyny T. Nowak „moja mama czarownica. opowieść o Dorocie Terakowskiej” jestem pod wrażeniem. i zdolności literackich Kaśki. i osoby Doroty. czytając książki Terakowskiej każdy na pewno był poruszony. po takiej lekturze w głowie kształtował się obraz kobiety wrażliwej. kochającej. czułej. współczującej. bogatej wewnętrznie. wzorowej matki. i pewnie też żony. a prawda jest zupełnie inna! nie chcę tu strzeszczać ksiażki. bo nie o to mi chodzi.
z Terakowskiej był kawał cholery! :) w niczym nie przypominała autorki „poczwarki”. czy „tam, gdzie spadają anioły”. ale właśnie dzięki tej książce jeszcze bardziej ją polubiłam. bo okazała się normalną kobietą. podobną do każdej z nas. a nie kimś nierealnym. jakby z innego świata. była podobna do nas. miała podobne problemy. z podobnych rzeczy się cieszyła. podobne rzeczy ją złościły. a przy tym wszystkim wiedziała kim będzie. i dążyła do tego. i jeszcze miała w sobie talent. i pasję. niektórzy może to docenili teraz. kiedy jej zabrakło wsród nas. ale z pewnoscią to miała. i potrafiła tym zarazić innych. i tylko na jedno pytanie nie umiem odpowiedzieć… dlaczego już jej nie ma z nami??? ;((