Standardowy

notatki z wykładu z Analizy z dnia 15 grudnia.
L–>to pan prowadzący. chyba nawet i jest profesorem…?
A–>to osoba, która mi umila życie na uczelni. poprawia humor. daje zastrzyk energii. :)

L: w zasadzie można zdefiniować cokolwiek i kazać wam liczyć.
L: gdyby dodawanie liczb rzeczywistych nie było przyjemne [przemienne]…
L: już powinniśmy się czuć lepiej… Już jest prawie cudownie… Już jest fascynujące…
L: proszę się nie bać. ja wiem, że macie mieć piętnaście minut przerwy.
L: bo ja się spodziewałem, że nic ze szkoły nie pamiętacie.
L: doceńcie ten prosty fakt, że dodawanie licz rzeczywistych jest przemienne.
L: to jest to samo. tylko państwo nie rozumieją.

A: specjalnie tak nabazgrał, bo się skapnął, że mu nie wyszło.
A: zaraz pana w tyłek kopnę.
A: spierdalaj pan…

sceny laborkowo-ćwiczeniowe. w roli głównej głównie dr Szostak. :)

*piszemy poprawkę kolokwium. pilnuj nas Ela. którą oczywiście nosi. i nie może usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. buja się na krześle. łapy w kieszeń. i nagle mówi: „ja nie chcę was straszyć… ale jak wyjdziecie z budynku… to was porwie wiatr.” :D
*nie ma kalcesu. idę do Hani spytać się czy nie ma. tam zebranie naukowe. dr Hetmańczyk i dr Szostak. a biedna Hania miareczkuje z mądrą miną. podchodzę. pytam czy nie mają kalcesu. Hetmańczyk ma minę pod tytułem: „czy nie mówiłem, że nie chcę cię widzieć w tej części sali?!” na co ja: „no co?! przecież w sprawie służbowej przyszłam!”
*idę z Hanią do Eli zapisać się na poprawkę kolosa. „przepraszam was bardzo, że nie pamiętam waszych nazwisk. ale naprawdę was kojarzę.” na co Hania: „zawsze możemy się pani zaśmiać” :)) Hania odeszła. ja zostałam. Hetmańczyk wychyla się i mówi: „a ta pani zaliczyła. tylko chce ocenę poprawić”. „O to zupełnie inny zestaw będzie.” „tylko żeby nie było tak, że oni dostaną łopatologię a ja zestaw super-ekspert!”
*stoimy z Hanią pod parapetem. gadamy o pierdołach. Aśka się drze, że mam przyjść. a Hetmańczyk na to: „słyszała pani? tam jest pani bardziej potrzebna.”
*kręcę się na stołku przy stole Hani. Hetmańczyk po dłuższej obserwacji mówi: „zapraszam do pani części laboratorium…”
*pytam się Hetmańczyka: „panie doktorze, dotarły sprawodzania?” słyszę, że nie. „Jak to nie?! oddawałam we wtorek przez doktor Szostak.” „no to pójdę spytać doktor Szostak jak tam sprawy stoją.”
*Ela podchodzi do chłopaków z grupy Gośki. „dajcie mi panowie te wasze sikawki… znaczy tryskawkę.” :))
*przyszła na salę Szkarada. biegnę do Hani. oczywiście musze uprawiać slalom gigant żeby mnie Hetmańczyk nie zastopował. Hania miareczkuje. mówię:”Hania! Hania! przestań na chwilę i spójrz w prawo.” Hania z pełną powagą mówi: „a myślałam, że to ten bufor amonowy tak śmierdzi!” :D

konsensus.
1) mamy najlepszych opiekunów na laborkach.
2) dobrze, że nie jesteśmy razem z Hanią w jednej grupie. bo laboratorium mogłoby już nie być. a Hetmańczyk z Szostakową mogliby być zamknięci w domu bez klamek. ;) a tak Ela śmieje się razem znami. a Łukasz pracuje jak radar. skalibrowany na mnie i Hanię. i nasz charakterystyczny śmiech. :))

EDIT:
*siedzimy na ćwiczeniach. standardowo z Aśką w pierwszej ławce. Hetmańczyk klaruje nam teorię. a w ręku ma kartkę z notatkami co ma nam powiedzieć. ja mówię do Aśki (miało być szeptem, ale…): „patrz, żeby nie było, że jest taki mądry. z kartki pisze.” Aśka w śmiech. a Hetmańczyk: „co, skaza na ideale??”

Standardowy

16.12.05

dostałam doła jak stąd do Warszawy! nie… bo to za blisko. jak stąd do Gdańska! ooo! bo to dalej. a przyczyna? konkretnego powodu brak. kilka spraw się nałożyło. w horoskopie mi napisali, że mam uważać koło południa. bo mogę urazić osobę, którą bardzo szanuję. podziwiam. lubię. oczywiście całe życie miałam gdzieś horoskopy. dzisiaj też. a tu się kurwa okazało, że te naciągacze-ściemniacze mieli rację! stało się to ewidentnie z mojej winy. to był mój pomysł. inni na to przystali. bo wydało im się to fajne. ale jakbym przestała w odpowiednim momencie nie byłoby sprawy. ale nie przestałam… ten, który miał tego nie widzieć, zobaczył. i musiał zareagować w sposób odpowiedni do sytuacji. tak wstyd nie było mi nigdy. w momencie dobry humor się ulotnił. nie miałam ochoty na nic. czułam się okropnie. a mnie naprawdę ciężko wyprowadzić z równowagi! pozbawić dobrego humoru. nie powiedziałam nic. łzy miałam w oczach. ale nie chciałam płakać. bo to by nic nie pomogło. i chyba on też by się nie wzruszył. wyszłam. jak wróciłam żeby mu coś oddać powiedział, że nie spodziewał się tego po mnie. słowami nie da się opisać mojego samopoczucia. później usłyszałam od osoby postronnej, że wyglądałam jak z krzyża zdjęta. na szczęście sytuacja się polepszyła. na tyle, że znalazłam w sobie siłę, by podpowiedzieć brakujące słowo. by wytrzymać dość długi kontakt wzrokowy. i nie spanikować. to było jakby podanie sobie ręki na zgodę…
co jeszcze mnie zdołowało? Pilar. ilekroć ją widzę czuję się okropnie. zazdroszczę jej jak jasna cholera. szczęścia. sukcesów w życiu. tego słowa na „pe”, którego nie używam. prawie wszystkiego. i wiem, że nigdy nie będę miała w życiu tak wspaniale jak ona.
kontynuując. zdanie: „pospiesz się, bo chcę już iść do domu”. i emocje w tym zawarte. bo w domu ktoś na mnie czeka. bo nie mogę bez tego kogoś żyć. bo na to czekałem cały dzień. bo to jest Moja Własna Legenda. bo to jest moja Pilar. bo ty nigdy nią nie będziesz. i nawet się nie staraj.
i dlaczego do ciężkiej cholery ja tak bardzo się przywiązuję do ludzi?

20.12.05

ilekroć widzę tę cholerną Pilar mam dość! nie potrafię tak jak jedna osoba cieszyć się życia. chociaż się staram. i na pewno widać jakiś niewielki postęp. :) ale wracająć do Pilar… chociaż tak naprawdę nie chcę o niej pisać. ale w pewnym sensie się nią stykam. i nie potrafię tego uniknąć. dzisiaj znów ją widziałam. i znów to samo. chwilowe załamanie. niechęć do wszytskiego. brak energii. zobojętnienie. łzy w oczach. żeby chociaż była jak Karolina Kurkova! albo Nickie Taylor! ale nie jest…

to były doniesienia krakowskie. pisałam je zaraz po tych zdarzeniach. na byle czym. nawet i na chusteczce. żeby tylko zapisać. żeby zapamiętać emocje. uchwycić je. czy wyszło? nie wiem. ale jak przepisywałam poczułam się gorzej. bo przed oczami stanęła mi Pilar. i to okropne zdarzenie…
ale im więcej niewiadomych tym lepiej… przynajmniej dla mnie. wiem swoje. starczy. inni mogą się domyślać. niech im idzie na zdrowie!

Standardowy

podjęłam decyzję. chyba dość ważną. ale też niepewną. zacznę od początku. maturę będę poprawiać. a i owszem. na medycynę nie wiem czy złożę papiery. bo chyba to nie jest dla mnie. nienawidzę uczyć się na pamięć. kuć bezmyślnie. żeby tylko zaliczyć. ja muszę wiedzieć dlaczego tak jest. jak się to ma do życia. i dopiero na tej podstawie mogę się teorii uczyć. dlatego nienawidzę biologii. tu trzeba się wszystkiego obryć na blachę. nic się samemu nie da wymyślić. a z chemią jest inaczej. można dojść do tego samego rozwiązania innymi drogami. i każda jest dobra. [choć różni ludzie preferują różne drogi] a kucie na pamięć nie ma przyszłości. bo chemia może zaskoczyć. i nie zawsze są na wszystko gotowe odpowiedzi. trzymasz probówkę. dodajesz AKT. i nic. a powinno coś się dziać. ogrzewasz. i dalej nic. i zastanawiasz się czy coś spieprzyłeś? czy może to będzie jeszcze inaczej. albo otrzymujesz trzy różne wyniki przy jodomterii. i czemu? „bo coś spieprzyli!” :)
w piątek znów miareczkowaliśmy. najpierw jodometria. potem ozanaczanie ilości miedzi. coś pięknego! spuszczasz z biurety. po kropelce. dostajesz cholery. bo nic się nie dzieje. dajesz kolejną kroplę. i roztwór odbarwia się całkowicie. od jednej kropli…!
podsumowanie. jeśli tylko uda mi się zaliczyć pierwszy semestr. czyli jeśli tylko dostanę zaliczenie od Klimasa. studiuję dalej biofizykę. a na trzecim roku zacznę chemię jako drugi kierunek. i może uda mi się zostać na uczelni.. zrobić doktorat… i przestanę się panicznie bać docent Mikuli…

scenka z laborek.
dr H.:-czemu przykrywa się erlenmajerkę szkiełkim zegarkowym?
ja:-hmm… może żeby się przegryzło…? :D
dr H.(z anielską cierpliwością):-to nie jest przypalanka żeby się coś miało przegryzać. :)) :))

scenka z laborek 2.
przelałam roztwór. udaję się po pomoc do wiadomej osoby.
-panie doktorze, bo przelałam roztwór.
-a co było tydzień temu jak pani przelała?
-ta sympatyczna pani magister mnie opieprzyła. i kazała iść do pokoju przygotowawczego po nowy roztwór.
-ja pani nie opieprzę. :)) idź od razu do pokoju. :))

Standardowy

dostałam pierwsze zaliczenie. pierwsze i ostatnie. w tak łatwy sposób. :) pan doktor przyszedł. usiadł. i powiedział: drodzy państwo. to są ostatnie zajęcia. po zaliczenie proszę zgłosić się z indeksem.” i takich ludzi nam trzeba!
w Krakowie leje deszcz. nienawidzę takiej pogody. podobnie jak nienawidzę rozpędzonych kierowców na ulicach. tłoku w autobusie rano. ludzi czytających mi przez ramię w tramwaju. starych pierników bijących się o miejsce w środku komunikacji miejskiej. szkaradztwa, które ma z nami laborki. i drze się bez przerwy. i bez powodu. ćwiczeniowca od mechaniki. nienawidzę…!
mam złe dni. huśtawki nastrojów. kryzysy egzystencjalne. popadam ze skrajnosci w skrajność. na szczeście mam mniej myśli o zrezygnowaniu ze studiów. mam za to więcej wątpliwości czy aby na pewno chcę studiować medycynę. i tak w kółko.
poza tym pokornieję. przestaję się buntować. nie boję się wygłaszać niepopularnych myśli. bronię swojego zdania. swoich ideałów. ludzi w jakiś sposób mi bliskich. zmieniam się??
spotkałam człowieka idealnego. chłopaka. romantyka. skromnego. sympatycznego. otwartego. troszczacego się o innych. nie bojącego się mówić głośno co myśli. i co z tego? ano nic. tylko chciałam zaznaczyć ten fakt. że ideały sa. trzeba tylko dobrze poszukać. albo rozejrzeć się porządnie dokoła.
i chciałam jeszcze podziękować dwóm osobom. które są ze mną zawsze. czy mam dobry humor. czy mam kryzys. potrafią pocieszyć. pomóc. po prostu są. i cieszę się, że Je poznałam. i dziękuję Wam bardzo. za wszystko! :*