Standardowy

semsetr letni zaczął się obiecująco. nawet bardzo. mgr Łukasz Lasyk. 10 minutowe przemówienie. siedzenia z dupskiem na katedrze. bo i po co na krześle. butelka coca-coli na biurku. i kontakt only via e-mail. :)) i cytując Pe-Kamila: „TAKICH LUDZI NAM TRZEBA!!”
ave…

EDIT:
Hania też powiedziała: „I TAKICH LUDZI NAM TRZEBA!” ;)
a pan Łukasz miał jeszcze odtwarzacz MP3. w całkiem dobrej formie. latem będzie zapewne śmigał na instytut rowerkiem. a jak nie to na rolkach. ;))

Standardowy

Październik. Listopad. Grudzień. Styczeń. Cztery miesiące w Krakowie. Z małymi przerwami na przyjazdy do domu. Przerwa zwana dalej feriami to chyba dobry pomysł na podsumowanie tego okresu.
Początki zawsze bywają trudne. Szczególnie w obcym mieście. Nie wiedziałam nic. Jak dojechać na uczelnię. Jak dojść gdziekolwiek. Powoli się z tym wszystkim oswajałam. Odkrywałam krótszą drogę do Carrefour’a. Nową trasę na uczelnię. Dworzec na Płaszowie. Oswajałam sobie Kraków. Teraz poruszam się po nim pewnej niż w październiku. Ale nie mogę powiedzieć, że znam to miasto. Bo tak nie jest. Przynajmniej wysiadam na dobrym przystanku. ;) Na pierwszy wykład z mechaniki nie dotarłam. Bo wysiadłam trzy przystanki dalej niż powinnam. Kiedyś zamiast pojechać na Borek pojechałam w drugą stronę. Na Bronowice. Teraz już mi się to nie zdarza. Wsiąść w zły autobus. W 184. ;)) [uśmiech w stronę niezastąpionej Hani]
Poznałam masę nowych ludzi. Większość to cudowne osoby. Za którymi już tęsknię. A nie widziałam ich raptem dwa dni! Nie chcę ich wymieniać z imienia. Bo wiedzą, że o nich chodzi. A nie chciałabym urazić innych. Którzy zaliczyli się do tego grona. A w rzeczywistości ich w nim nie ma. Pozwolę wam żyć w błogiej nieświadomości. :)) To dzięki nim jakoś “przeżyłam” te kilka miesięcy. Umilali mi czas wolny. Wykłady. Miło się razem poznawało krakowskie puby. Robiło zakupy. Rozmawiało o życiu. A najfajniejsze jest to, że jesteśmy z innych miast. Z różnych krańców Polski. A trzymamy się razem. Jakbyśmy się znali długie lata. Co nie znaczy, że nie przyznajemy się do starych znajomych! Bo to naprawdę miłe zobaczyć znajomą twarz na uczelni. Zupełnie przypadkiem. Z lekkim zdziwieniem w oczach. I promiennym uśmiechem na twarzy. :)) [Lilka to do Ciebie!]
Co do samych studiów. Rozczarowały mnie… Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Może to nie jest dokładnie to co chcę robić. Ale jako dodatek jest bardzo dobre. Same w sobie dużo mi dały. Przez te niespełna pół roku nauczyłam się więcej niż przez trzy lata w liceum! I to z różnych dziedzin nauki. Zdaję sobie sprawę, że połowy tych rzeczy nigdy nie użyję w praktyce. Ale czasem nie o to chodzi. Bo warto się uczyć rzeczy pozornie nieprzydatnych. Bo w najmniej oczekiwanym momencie mogą się okazać przydatne. :))
Kadra naukowa… Z jednym wyjątkiem to naprawdę wspaniali ludzie. I cholernie przykro, że się z nimi rozstajemy. Zostaje tylko profesor od analizy. Magiera. Babcia. Ela. Łukasz. Pani docent. Oni wszyscy odchodzą. Nie będziemy się już z nimi widzieć. Chyba, że przypadkiem. Na uczelnianym korytarzu. Ale to nie będzie to samo… :( A najbardziej żal Eli. I Łukasza. Łukasza chyba nawet bardziej. Bo to w końcu był mój pan doktor od laborek! Mój pan doktor od ćwiczeń! Etc… A Ela to Ela. Zupełnie inna historia. Świetna osoba. Tryskająca energią. Zawsze uśmiechnięta. Cudowny człowiek. Chyba tylko z nią będę miała jakiś kontakt…
I na koniec. Chyba najważniejsze. Moja własna metamorfoza. Wewnętrzna. Nie jest to jakaś rewolucja. Ale dla mnie jest to ważne. Bo przekonałam się, że wszędzie będzie tak samo. Nieważne czy to Pabianice. Czy Kraków. Zawsze będą te same problemy. I nie da się przed nimi uciec. Trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz. Czasem się wygra. Czasem przegra. Ale porażki nie mogą nas przytłaczać. Nawet jeśli nikt nie widzi naszych starań. Albo widzą je niewłaściwe osoby. Warto się podnieść. Bo nagle się okazuje, że mamy wkoło siebie przyjaciół. I oni zawsze nam pomogą. Po prostu będą.

I jeszcze z innej beczki. Bo w końcu trzeba to napisać. Ostatni dzień w Krakowie mnie rozczarował. Myślałam, że będzie inaczej. Że będzie On. Choćby nawet z Pilar. Grunt żeby był. Ale nie było go. W ogóle nie było. Od razu do głowy przyszło mi, że pojechał gdzieś z Pilar. W końcu mają tydzień wolnego. Ale na szczęście Weroniki też nie było. Co mnie bardzo ucieszyło. Bo oni zawsze pokazywali się razem. Ale potem spotkałam Weronikę. I na własne oczy się przekonałam, że Go nie ma. Pilar też nie. A zawsze bywali o tej godzinie. Ale to było dawniej. Teraz wszystko będzie inaczej. I będę musiała się do tego przyzwyczaić. Tylko nie wiem jak. Będzie mi brakowało tego jednego dnia. Na który czekało się cały tydzień. Jego uśmiechu. Jego nonszalancji. Leserskiego podejścia do wszystkiego. Za którym kryła się ogromna wiedza. I doświadczenie. To wszystko mi tak bardzo imponowało… :( I gdyby mi Lili nie pisała tych mesów. Może by było teraz inaczej. Ale ona potrafiła spojrzeć na to obiektywnie. Bez żadnego pryzmatu. Ale ona dawała mi nadzieję. I razem ze mną żałowała, że jest ta cholerna Pilar. I wszystko było by o niebo łatwiejsze gdybym tak bardzo nie przywiązywała się do ludzi… ;((

Standardowy

już jest dzisiaj. za czternaście godzin czeka nas spotkanie. przemiłe. przesymaptyczne. będzie chyba krótkie. masymalnie do kwadransa. o czym będziemy rozmawiać? ano. głównie o matematyce. a właściwie o analizie matematycznej małej. bo ja mam dzisiaj egzamin ustny.
od 15:00 siedzę u Hani. pod pretekstem uczenia się. tak naprawdę nie robimy nic. siedzimy. gadamy o pierdołach. piszemy scenariusze jutrzejszego dnia. układamy wyamrzone zestawy pytań. nawet zaprosiłyśmy Sołtysa. co by nas zmobilizował do nauki. jednak efekt był odwrotnie proporcjonalny do oczekiwań. Sołtys zadziałał na nas desktruktywnie. przyszedł. i władczym tonem poprosił o jedzenie. po czym niedużo myśląć opróżnił Hani lodówkę. po czym weszliśmy na górę. ale zamiast się uczyć zgłębialiśmy tajniki życia.
teraz jesteśmy tylko dwie. dostałam do Hani mamy szczoteczkę. i własny kubeczek. :)) podobnie jak u Eli. ale nie wiem czy skorzystam z łóżeczka. pościeli. poduszeczki. bo ja tak naprawdę nic na jutro jeszcze nie umiem. a to co umiem to mi się miesza cyklicznie. liczę na to, że profesor Lewicki doceni moje poświęcenie. bo załóżę po raz pierwszy w Krakowie spódniczkę. a do tego spódniczkę krótką. ostatnio taką miałam na sobie w wieku siedmiu lat. a wszystko przez Kamilę. tylko szkoda, że nie doceni tego ta właściwa osoba… chociaż może…
niestety jestem zmuszona zakończyć moje wzniosłe myśli. brat Hani chce wyłączyć komputer. a w ich domu panuje skomplikowany system komputerowo-internetowy. :)) w sobotę jade do domu. moi wierni czytelnicy mogą liczyć na nową dawkę lektury obowiązkowej. ;))