Standardowy

powrót na uczelnię okazał się dużym szokiem. trwają właśnie ćwiczenia z Fortrana. nie mam bladego pojęcia jak napisać program. ale nie o tym chciałam…
nie mogę w sobie znaleźć siły żeby wyciągnąć rękę. powiedzieć, że głupio wyszło. spytać czy nie można by o wszystkim zapomnieć. liczę po cichu na to, że to ona pierwsza zrobi. ale jakoś się nie kwapi. i nic dziwnego. po tym co jej napisałam. w końcu skończyłam wszystko. wykreśliłam ją z mojego życia. w jednej sekundzie postanowiłam o niej zapomnieć. a o niej jak wiadć nie da się tak do końca zapomnieć. niestety… :( bo jak to kiedyś napisałam „kochanych ludzi się nie zapomina…” i to jest niestety prawda. pozostaje mi tylko życzyć jej wszystkiego dobrego. i mieć nadzieję, że z czasem będzie lepiej. może kiedyś się odważę i napiszę wszytsko od A do Z. bez żadnych aluzji. niedomówień. aluzji… najpierw zrobię to o niej. a potem o Nim. bo o Nim będzie na pewno trudniej. a najtrudniej będzie napisać Jego imię. a później znieść na sobie ciężkie spojrzenia innych. bo to nie przejdzie bez echa. tego jestem pewna.
tak poza tym. w Krakowie wiosna. słońce wstaje o 8:10. ładnie świeci. aż che się jechać tramwajką. przykleić się do szyby. i chłonąć promienie słoneczne. w nadziei, że zainicjują one proces powstawania witaminy D w naszym organizmie. ;) i ludzie na ulicach są tacy inni. jakby bardziej radośni. częściej się uśmiechają. są życzliwi. i mili. a może to na mnie tak działa wiosna…? ;)

Standardowy

„czy pampasem, czy też prerią
szła hatteria z latimerią [...]”

docent Bieroń:
*chciałbym żeby państwo poznali jeszcze parę innych zwierząt w tym zoo, skoro umieją państwo już zrobić to zadanie.
*ooo czerwony! świetnie! taki mi zginął. [zachwyt pana docenta nad długopisem koleżanki Anety. długopis był potrzebny do modelowego przedstawienia biegunowego układu współrzędnych.]

profesor Larwa:
*pierwiastek kwadratowy z cztery to plus minus dwa. bo jak podniesiemy do kwadratu plus minus dwa, to będziemy mieć cztery!

profesor Lewicki:
*kryterium jak państwo pamiętacie.. a nie pamiętaciew państwo, bo już jest po egzaminie…!

Pascal, Newton i Einstein bawili się w chowanego. Einstein krył. stanął przy drzewie. zaczął liczyć. Pascal schował się za drzewem. Newton stanął i narysował kwadrat metr na metr. stanął w tym kwadracie. Einstein skończył liczyć. odwraca się. i mówi:
-raz dwa trzy Newton.
Newton na to:
-o nie nie kochany. ja jestem Newton na metr kwadrat. a to jest Pascal!

fizyk doświadczalny, fizyk teoretyk i matematyk zostali zamknięci w osobnych pokojach. każdy miał do dyspozycji tylko puszkę z jedzeniem. po tygodniu mieli być wypuszczeni. a specjalna komisja miała ocenić efekty ich pracy.
po tygodniu wchodzą do fizyka teoretyka. ściany poobijane całe. ale puszka otwarta. proszą więc o relację.
-uderzałam puszką w ścianę pod różnym kątem i z różną siłą. w końcu rzuciłem odpowiedniu i puszka się otworzyła.
wchodzą do fizyka teoretyka. całe ściany zapisane wzorami. ale puszka otwarta. fizyk komentuje to następująco:
-obliczyłem gdzie i z jaką siłą uderzyć aby otworzyć puszkę.
wchodzą do matematyka. on leży pół żywy na podłodze. obok niego stoi zamknięta puszka. a na ścianie napisane: DANY JEST WALEC.

w Muzeum Rzeczy Niesistniejących chcieli czytelnicy umieścić Anioła Stróża. ale kustosz muzeum Dorota Terakowska nie zgodziła się na to. „nie można zamykać Anioła w ścianach muzeum, choćby i wirtualnego, gdyż dla wielu ludzi On istnieje i bardziej jest potrzebny na ziemi niż wśród eksponatów.”
święte słowa… bo ja wierzę w mojego Anioła Stróża. mojego Ave… to dzięki Niej uwierzyłam. i dziękuję Jej za tą wiarę!

Standardowy

normalni ludzie kończą sesję 10 lutego. trochę mniej normalni 10 marca. a mega nienormalni 24 marca. morał z tej bajki jest jeden. warto być normalnym. ;)) ale są też inne morały. nie można się poddawać! trzeba walczyć do końca. nawet jeśli się nie widzi szansy na zwycięstwo. bo życie zaskakuje. i nie raz się o tym przekonałam. już dzwoniłam do domu. już mówiłam, że nie zdałam. że to koniec. a tu przybiegła Gośka z nowiną. Klimas dał zaliczenie! co jeszcze? czas sesji to czas nauki. nauki w dosłownym tego słowa znaczeniu. bo ja już nie chcę tak cierpieć jak teraz. budzić się co rano ze świadomością, że coś jeszcze nade mną wisi. a to biologia. a to mechanika. a to mechanika ustna… nie! dzisiaj obudziłam się. przeciągnęłam na łóżku. i uśmiechnęłam sama do siebie. bo poczułam się wolna psychicznie. jedynym moim zmartwieniem było co zjeść na śniadanie. :)) wiadomo, że teraz będę nadrabiać zaległości. nie raz będę płakać. rzucać książkami po pokoju. ale naprawdę warto. i dużo mnie nauczyła ta sesja. bardzo dużo… wyciąnęłam wnioski. i będę starać się nie popełnić drugi raz tych samych błędów. :))
w tym trudnym czasie grono zaufanych znajomych trzymało mnie przy życiu. dosłownie i w przenośni. i za to chciałabym im podziękować. Domi. bo to ona pierwsza napisała „pisz podanie o przedłużenie sesji!” zawsze powtarzała „będzie dobrze”. a robiła to tak często, że nawet w to wierzyłam. ;) dzięki wielkie po raz enty! :* Basia. bo ona się szczerze cieszyła z mojego zaliczenia. to ona pierwsza dowiedziała się, że zdałam. to z nią płakałam ze szczęścia po wyjściu od Magiery. bo wiem, że mogę na nią zawsze liczyć! :* Marysia. „jak to wszystko zaliczysz to idziemy na taaaką imprezę! będziemy pić do rana. i tańczyć do rana!” i będziemy. i pójdziemy. i ona też mi powtarzała, że nie mogę nie zdać. i wyściskała po wyjściu od Magiery. i wiedziała co powiedzieć żebym się uśmiechnęła. :* Hania. jedno zdanie. „to co same debile zostaną na tych studiach?!” i od razu jest człowiekowi lepiej na duszy. chyba jako jedyna nie drążyła tematu niezdanych egzaminów. opowiadała o wszystkim. i o niczym. i tego najbardzije mi było trzeba! :* Kasieńka. razem cignełyśmy biologię. i mechanikę. dzięki niej zebrałam się i weszłam do Magiery. zawsze mogłam do niej przyjechać. wyżalić się. pośmiać. i liczyć na zrozumienie. wysłuchanie. na przytulenie do „mymłona”. ;) i będzie Kasieńko dobrze!! :*
a w tym wszystkim poczucie, że jeszcze jedna rzecz została do załatwienia. ale z tym się nie da nic już zrobić. popsułam. zawiniłam. teraz zobaczyłam, że mi jej brakuje. jak cholera. na jej twarzy nie zobaczyłam w piątek uśmiechu. tylko lód. poczułam powiew chłodu. zupełne zobojętnienie. jak to mówi Hania „mamtowdupizm”. trudno. stało się… kwestia czasu. i przywyknę. bo pewne rzeczy zawsze po czasie mniej bolą. nawet myśl o Nim już tak bardzo nie boli…

Standardowy

cieszyłam się jak idiotka z przyjazdu do domu. nie obchodziło mnie, że mam niezdaną biologię. nawet mnie to nie martwiło specjalnie. ważne było, że jeszcze tylko parę godzin i będę w domu. a jak było? jak zawsze. odliczanie dni do wyjazdu do Krakowa. oczekiwanie na noc. bo wtedy oni idą spać. a ja mogę mieć spokój. wysłuchiwanie, że zawaliłam sesję przez Niego. że nic dla mnie nie jest ważne. nawet On nie był. ciągłe wypominanie ile to wydaję pieniędzy. słuchanie czy ja aby na pewno chcę studiować. ile można?! przyjechałam tu po chwilę wytchnienia. odpoczynku. by znaleźć w sobie silę do nauki. a c dostałam? stertę wyrzutów. frustracji. żali. bo oni wiedzą wszysto najlepiej. bo ja się nie uczę. tylko im tak mówię. bo kłócę się z każdym wykładowcą. bo udaję kogoś kim nie jestem. a skąd wy to wiecie do cholery?! fakt. wczoraj się nie uczyłam. ale potrzebowałam tego. zapomnieć na chwilę o problemach. zająć myśli czym innym. usłyszałam, że jeśli tak się będę uczyć, to na pewno nie zdam. kolejnej szansy na pewno nie dostanę. bo jak oni byli na studiach to ciągle siedzieli w książkach. bo ich nie szanuję. bo chuligani mają lepsze maniery ode mnie. bo oni szanują rodziców. a skąd wy to wiecie?!
wyjazd do domu miał być czymś przyjemnym. okazał się jak zwykle karą. straconuyym czasem. obfitował w krzyki. awantury. wylane potoki łez. ja tak nie chcę! nie chcę! i nie potrafię. jeśli tylko Dobry Bóg pozwoli następna wizyta w Pabianicach będzie na Wielkanoc. bo tak wypada! i nie będę o nich już pisać dom. bo dom to miejsce gdzie czujemy się bezpiecznie. spokojnie. gdzie nic nam nie zagraża. a ja nie czuję się tak w Pabianicach… przykro mi!

Standardowy

miałam dzisiaj zdać biologię. i mieć to z głowy. ale Pan Wielkie De nie miał czasu. mamy przyjść jutro. i znów noc z biologią. i znów nerwy. i znów Alberts rzucany z kąta w kąt… :/ normalnie to bym takiemu rozwaliła twarz na betonowym chodniku. a potem poprawiła o pierwszy słup. ale Nasz Mistrz był sympatyczny. uśmiechał się. i… Bóg mi wybaczy. jest dobry w tej profesji. polubiłam go…? fuck! człowiek kręci. ciągle nie ma czasu. chce cię uwalić. a ty go jeszcze lubisz… patologia…
wynagrodziłam sobie ten czas przedpołudniem spędzonym z Basieńką. :)) miał być tylko Kazimierz. i buty w Deichmannie. ale skończylo się na pistacjowym polarku w Orsayu. a potem Rynek. [Basia miała napisane w horoskopie, że będzie chciała wrócić do starych miejsc. no to wróciła. na Stary Rynek w Krakowie] gruzińskie haczapuri. potem Floriańska. bluzeczka ze Snoopym. :)) i dwie godziny w przymierzalni w Terannovej. i Basia z uśmiechem na twarzy wyszła z bluzeczką. a potem jeszcze jakiś badziewny sklep. i Basia ma spodnie. :)) i jest miło. i cudownie. i śmiejemy się. i chce się żyć… i miło wiedzieć, że można liczyć na znajomych. :))
i coś muszę zmienić w moim życiu. bo tęsknię za sportem. za wysiłkiem fizycznym. za tym uczuciem zmęczenia. kiedy wszystko cię boli. nie wiesz jak się nazywasz. i jedyne na co masz ochotę to iść pod prysznic. a potem do ciepłego łóżka…