Standardowy

odzwyczaiłam się. od mieszkania z rodzicami. od budzącego mnie rano psa. od wiecznych krzyków. awantur. rzucania wszystkim. trzaskania drzwiami. przyzywczaiłam się do spokoju. ciszy. większej swobody. czasem jak na nich patrzę zastanawiam się czy jakbyśmy byli małżeństwem [ja i On] też byśmy tak wyglądali. czy patrząc na nas ludzie zastanawialiby się co nas pchnęło do wzięcia ślubu. i nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. patrząc wstecz wydaje mi się, że jak byliśmy razem byłam spokojniejsza. łatwiej pryjmowałam decyzje innych. potrafiłam z pokorą spojrzeć na teraźniejszość. potrafiłam przyjać krytykę. więcej potrafiłam… a teraz? siedzę. drugi dzień w domu. i nie robię nic. na stole leży sterta książek. Herdegen. zbiór z algebry. Hart. Weiner. analiza. miałam się uczyć. codziennie wstaję rano. i mówię sobie, że dziś zacznę. i nie zaczynam. łażę. z kąta w kąt. nic nie robiąc. obijając się. i nie jest mi z tym dobrze. a z drugiej strony nie mogę się zmobilizować do nauki. nie potrafię. i wiem, że będę tego później żałować. tego straconego czasu. nieraz widzę w wyobraźni ludzi ode mnie z roku. jak siedzą przy książkach. rozwiązują setki zadań. a ja?! nie robię nic. i potem znów będzie płacz. zgrzytanie zębów. pakowanie walizek. i mówienie sobie, że następnym razem będzie inaczej… teraz miało być inaczej. a nie jest! i nie umiem tego zmienić… nie umiem? nie chcę? nie wiem…

Standardowy

Ela zawsze mi powtarzała żebym podążała za głosem serca. bo ono wie najlepiej co jest dla mnie najlepsze. i zrobiłam to. teraz. kiedy nie widziałam światełka w tunelu. iskierki nadziei. cienia szansy. wiedziałam, że On nie mógł tego zrobić. nie po tym wszystkim. nie teraz. i nie pomyliłam się. ale nie mogę powiedzieć, że do niczego nie doszło. bo coś się stało. ale przy tym w co wierzyłam, to jest nic. ale co z tego…
On ma teraz wyrzuty sumienia. nie chce ze mną rozmawiać. bo nie potrafiłby spojrzeć mi w oczy. bo wie, że znalazłby w nich wielka miłość. na którą nie zasługuje.
Ona mi pomaga. bardzo. jest jedną z dwóch osób, które wiedzą o wszystkim. i ufam jej. wierzę, że to co mówi jest szczere. ale sama też za dużo nie może zdziałać. próbuje z nim rozmawiać. przekonać. a ja niestety wiem, że to koniec. ;( tylko nie wiem dlaczego. do cholery dlaczego?! jaki wniosek mam z tego wyciągnąć?! że szczęście nie trwa wiecznie?! że można kochać mimo wszystko?! a nie za coś?! to już wiedziałam od dawna…
kocham go. to jest ten jedyny. to jego szukałam przez całe życie. i znaleźliśmy się. ale za późno. bo Ona była pierwsza. a mimo to przeżyliśmy coś razem. coś czego nigdy nie zapomnę. nie będę żałować. nie chcę żeby inni patrzyli na niego przez pryzmat tego wszystkiego… i może dlatego piszę On? zamiast użyć jego prawdziwego imienia? nie chcę żeby mówili, że jest nieodpowiedzialny. że chce się zabawić tanim kosztem. bo On taki nie jest! nawet taka pobieżna znajomość moze wyrobić o nim opinię. i na pewno trochę bardziej przemyślaną niż stwierdzenie jednej z bliskich mi osób: on jest głupi!
jakaś pamiątka po nim zostanie… choćby to była niebieska koszulka. za duża na mnie o trzy rozmiary. wspólnie wybrane imiona dla dzieci. dla dziewczynki. i dla chłopca. i tak bardzo chciałam żeby moje dzieci nosiły jego nazwisko… często pisaliśmy moje nazwisko w połączeniu z jego. a w głowie słyszę jak On mówi: to połączenie dwóch najpiękniejszych nazwisk jakie kiedykolwiek istniały…
mam nadzieję, że nikomu z wtajemniczonych nie przyjdzie do głowy rozmowa z nim na ten temat! to jest ostatnia rzecz jaka mogłaby w czymś pomóc. i nie pytajcie skad wiem. serce kobiety to oceaniczna głębia. nieprzenikniona dla innych. znajoma jedynie dla niej samej…

Standardowy

pojechałam na działkę. wczoraj. chciałam tam jechać. posprzątać. przewietrzyć. przegonić resztki zimy z domu. ale nie spodziewałam się, że będzie aż tak strasznie! :(
włamali się do nas. w okresie ferii zimowych. wybite trzy szyby. rozwalona rama okienna. na szczęście okiennice są całe. w środku wszystko poprzewracane. żadna rzecz nie była na swoim miejscu. resztki alkoholu wypite. porozstawiane kieliszki. nawet lekarstwa… niczego nie oszczędzili… :( weszłam do kuchni. zobaczyłam to wszystko. i miałam ochotę zacząć płakać. widziałam jak na twarzy babci rysuje się coraz większy smutek. niemoc. i odrobina złości. bo dlaczego do nas?! czym sobie na to zasłużliśmy?! miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę. zamknąć ten dom na cztery spusty. i nie wrócić nigdy. ale nie zrobiłam tak. założyłam rękawiczki. wzięłam worek na śmieci. i powoli zaczęłam wszystko wyrzucać. i było mi obojętne czy to jest nowa zastawa. czy to jest pamiątkowy kieliszek. wszystko zostało zapakowane w worki foliowe. wrzucone do bagażnika. i wywiezione na wysypisko śmieci. najchętniej bym to jeszcze spaliła. żeby to przestało istnieć. żeby nikt tego nie zobaczył. tych zużytych strzykawek. tych butelek po kompocie. tego garnka z resztkami zupy makowej…
to był początek. wyrzucenie wszystkich rzeczy. wszystkiego czego oni mogli dotknąć. swoimi wstrętnymi łapskami. większość rzeczy po prostu wyrzucałam. nie mówiłam babci co to było. nie chciałam jej denerwować. i tak ją to dużo kosztowało. bardzo dużo…
jak wszystko zostało umieszczone w workach. meble postawione na swoim miejscu. zrobiło się tak inaczej. zaczęło pachnieć lasem. a nie brudem. i meliną. i babcia się uśmiechnęła. poszła na górę. otworzyła okna. i wywiesiła pościel. zamiotła ganek. ja uśmiechnęłam się delikatnie do siebie. bo wiedziałam, że to dopiero początek. umyłam okna. każde z osobna. każde tak samo dokladnie. żeby zmyć z nich brud. odciski palców. i wtedy poczułam, że jest inaczej. kiedy wpadały do domu promyki zachodzącego słońca. kiedy babcia weszła do domu. i powiedziała, że pachnie drewnem. i lasem. widziałam, że jest szczęśliwa. nie spodziewała się, że można to tak szybko zrobić. ja też nie. już zapomniałam jak to wyglądało wcześniej. ale to nie koniec porządków. jeszcze trzeba odkurzyć. w każdym zakamarku. wytrzeć kurze. powlec nową pościel. położyć narzuty. kupić nową zastawę. nowe sztuće. i wtedy będzie koniec. wtedy będzie czerwiec. wtedy będziemy tam mieszkać. wtedy nie będziemy pamiętać o tym co się stało w te cholerne ferie zimowe…

Standardowy

19.04.06 (środa)

kot mi schudł!mam serce na temblaku! ja Wam wszystkim jeszcze pokażę! i będę szczęśliwa! cholernie!
o ironio losu. nigdy się nie lubiłyśmy. nie przepadałyśmy za sobą i już. żadna z nas nie chciała tego zmienić. i w sumie chyba było nam z tym dobrze. aż do pewnego kwietniowego dnia. powinnam napisać pięknego kwietniowego dnia. ale on nie był piękny. dla żadnej z nas! w tym dniu straciłam coś więcej niż wielką miłość. i dobrą znajomą z uczelni. to jakby spadła na mnie lawina. a ja nie mogłam uciec. ani jej zatrzymać. i w tym całym galimatiasie pojawiła się Ona. znikąd. po prostu była. podeszła. spytała czy coś się stało. a ja jej wszystko powiedziałam. nie wiem czy jej reakcja była szczera. gówno mnie to obchodzi. to była jedyna reakcja w tym dniu. postawiła mnie na nogi. miło było usłyszeć stare prawdiło. „wiem, że to teraz będzie ciężej niż zwykle. ale musisz spróbować! wiesz co dzieci robią jak się przewrócą? podnoszą się!” ja się nie podniosłam sama. Ona mi pomogła. podała rękę. i chwiejnie stanęłam na nogi. w pozycji wyprostowanej. kto wie czy sama bym dała radę się podnieść? może do dzisiaj bym leżała? nie była w stanie podjąć żadnych decyzji? zobojętniała na wszystko? za to jej dziękuję! bo nie będziemy nigdy przyjaciółkami. to pewne. nigdy może już nie będziemy rozmawiać. ale z pewnością każda z nas inaczej patrzy na tę drugą. tak mi się wydaje. a przynajmniej chciałabym żeby tak było. wierzę w to. nawinie. bo naiwnie. ale wierzę…
a On? mimo tego co się stało nadal go kocham. nadal jest dla mnie ważny. staram się nie patrzeć na niego przez pryzmat tego co się stało. nie chcę tak patrzeć! jest wspaniałym facetem. dużo się przy nim nauczyłam. wiele zrozumiałam… już nie powtarzam za Judytą: jak kochać to księcia, jak kraść to miliony. dzięki niemu. w tym wszystkim nie chcę żebyśmy stali się dla siebie obcy. żebyśmy szukali winnego. bo to nie ma sensu. stało się i już. czasu nie można cofnąć… może to zabrzmi naiwnie, ale… chcę mieć w nim przyjaciela. chcę wiedzieć, że zawsze mogę na niego liczyć. chcę mieć świadomość, że mogę zadzwonić nad ranem i zostanę wysłuchana. chcę go mieć na wyciągnięcie ręki. chcę go kochać…! ale jak starszego brata. którego nigdy mieć nie będę. chcę żeby na nowo zbudował zaufanie miedzy nami… ale na to wszystko potrzeba czasu. wiem, że nie mogę tak z dnia na dzień zacząć z nim rozmawiać. jakby nic się nie stało. na dzień dzisiejszy chcę żeby ten czas przyszedł…!

Katarzyna Herman: Mam małą skrzynkę obszytą czerwonym jedwabiem. kupiłam ją dwadzieścia lat temu w sklepie Mała Chinka. były w niej magiczne kule, które wyrzuciłam. żapisuję marzenia duże i małe na kartkach i wrzucam do tej skrzynki. zaglądam tam raz na dwa, trzy lata, jak mi jest żle, kiedy wydaje mi się, że nic mi nie wychodzi. zaglądam, czytam i okazuję się, że on się spełniają!
ja jeszcze skrzynki nie mam. ale odkładam na nią. bo chcę żeby była wyjątkowa… a marzenie właśnie jedno już zapisałam… :)

Standardowy

miałam takie marzenie. odkąd przyjechałam do Krakowa. iść na koncert Present Perfect. i Skangurków. ilekroć widziałam plakat to było już po koncercie. :( wczoraj w końcu się udało! Paweł napisał mi mesa. Skangurki grają w Żaczku. wstęp wolny. i nie obchodziło mnie, że to będzie niedziela. że praktycznie nie mam już pieniędzy. że cały weekend gdzieś chodziłam. a to w piatek piwo z rokiem. a to w sobotę z Justynką. i w niedzielę koncert… :) byłam! wyskakałam się jak nigdy! potrzebowałam tego! bardzo… oderwać się do wszystkiego. stanąć pod sceną. słyszeć tylko muzykę. widzieć skaczący tłum. śpiewać razem z zespołem. dać się porwać… ale to był inny koncert. zupełnie inna atmosfera. nie wiem czemu. kiedy chodziłam na Lady Pank było multum ludzi. stanąć blisko sceny to było nieosiągalne. jak się widziało zespół to już był powód do dumy. :) to samo na koncertach IT. a tutaj… mało ludzi. głównie dziewczyny. stoisz pod sceną. chłopaki są na wyciągnięcie ręki. jest tak kameralnie. a jednak głośno. dudniąco. tak inaczej. jeszcze słyszę w głowie ich piosenki. w uszach ciagle mi szumi. ciagle widzę skaczącego Mateusza. Sebastiana podrywającego tłum. do jeszcze większej zabawy. :) i w tym wszystkim zastanawiam się czemu na obozie nie poszłam?! czemu weszłam. i stwierdziłam, że jest za głośno?! że to nie moja muzyka?! i poszłam pić z Martą. i resztą dziewczyn… nie wiem. po prostu nie wiem! teraz potrzebuję tylko jednego. płyty Skangura! :) żeby w drodze na uczelnię słuchać w kółko tego samego. przed zaśnięciem. po przebudzeniu. na doła. na wielką radość. zawsze. aż do obrzydzenia. :) a z nieciepriwością czekam na ich następny koncert… może na juwenaliach??
co mnie utrzyma przy życiu przez cały ten tydzień?
SKACZMY DO GÓRY JAK SAKNGURY!! :)) :))