Standardowy

cos w tym jest. ze kazdy czwartek konczy sie tak samo. przychodzi czas cwiczen z analizy. przychodzi Smietana. zaczyna wykladac teorie. robi to w tak nudny sposob, ze ostatnia lawka zaczyna zajmowac sie soba. porusza wazne tematy. smieje sie. i nie zabisze ani pol zdania w zeszycie. cieszy wlasnym towarzystwem? i w koncu ktos madry powie glosno, to o czym inni mysla. rzuci w eter propozycje. „ej, moze wyjdziemy juz?” i tak wychodza. po koleji. w odstepach sekundowych. i nie wiem czemu to zawsze ta sama trojka. zawsze jest Domi. Witek. i ja. i caly czas zastanawia mnie co sobie mysli Smietana. kiedy sie odwraca. i widzi pusta ostatnia lawke. bo chyba nie mysli, ze ma az takie halunki! ;)
a ja po raz koljny ustalam taktyke nauki do egzaminu. tym razem z ekologii. obliczylam sobie, ze jak bede dziennie czytac czterdziesci stron, to wyrobie do 9 czerwca. jak na razie idzie mi dobrze. wczoraj odrobilam panszczyzne. i w nagrode nie poszlam na wyklad z anala. pojechalam do Izy. bo nie widzialysmy sie chyba sto lat. :) siedzialysmy na tarasie. pilysmy kawe po turecku. obserwowalysmy ludzi idacych gdzies. jedni usmiechnieci. inni zamysleni. ale kazdy w swoim tepmie. bez pospiechu. jakby czas nie mial znaczenia. i wspolnie zaczelysmy odliczac dni do lipca. kiedy to kazda z nas przyjedzie na dzialke. kiedy bedziemy chodzic na godzinne spacery. rozmawiac przy plocie. kiedy ona bedzie w koncu mogla odpoczac. polozyc sie na hamaku. i zapomniec o wszystkim. kiedy ja bede mogla nic-nie-robic. i nie miec wyrzutow sumienia. kiedy bede tylko ja. ksiazka. i szumiacy las…
juz niedlugo… :)

Standardowy

dosiega mnie coraz wieksza irytacja. zlosc na caly swiat. niechec do ludzi. coraz czesciej widze brak sprawiedliwosci. widac go na kazdym kroku. usmiecha sie do nas. kryje pod postacia znanych nam ludzi. i czasem jest to rozczarowanie. czasem zobojetnienie. a czasem gleboka irytacja. i jeszcze bezsilnosc. bo i tak wiesz, ze nic nie mozesz na to poradzic. w takich sytuacjach nie chce sie nic. przychodzi ochota zeby wykrzyczec to wszystko co w nas siedzi. ale boimy sie. bo druga osoba moze tego nie zrozumiec. moze sie obrazic. moze odplacic tym samym. i czesto nieslusznie. bo w dzisiejszych czasach malo kto umie przyznac sie do bledu. okazac pokore. skruche. przyznac racje kiedy nie ma. i nie zanosi sie zeby bylo lepiej. i nie chce slyszec, ze bedzie dobrze. nie teraz. nie kiedy jestem zla. zirytowana. und so weiter… nie chce zeby mi potakiwano. zeby mnie mieszano z blotem. chce tylko zeby wysluchano. ewentualnie wyrazono konstruktywna opinie. ale chyba moge sie przeliczyc. bo to jedyne na co mozna liczyc w dzisiejszych czasach…

Standardowy

zamykam pewien rozdział w moim życiu. nie będę utrzymywać kontaktów towarzyskich z pewną grupą ludzi. może uda mi się w ogóle od nich odciąć. nie wyrzucam ich z życia. po prostu chcę o nich zapomnieć. żeby już nie kojarzyli mi się z tym wszystkim. tym, co należy już do przeszłości. tak więc stają się historią. Ela. Asia. Natalka. Marta. Łukasz. drugi Łukasz. czyli wszyscy z 252. pozostanie sentyment. miłe wspomnienia. starczy. może będę mogła za dwa lata pracować z nimi bez żadnych emocji. bez skojarzeń. bez żalu.
wyjazdy do domu kończą się ostatnio tragicznie. za każdym razem mówię sobie, że to ostatni. że teraz to tylko na wakacje. i nic z tego nie wychodzi. przyjeżdżam. i wysłuchuję tych ciągłych awantur. wiecznych kłótni. wyrzutów. nieustannych żalów. pretensji. ile można?! i chyba nie powinno dziwić, że wolę ten czas spędzić u babci. przynajmniej zainteresuje się studiami. moim życiem prywatnym. nie krzyczy. nie ma pretensji. nie trzaska drzwiami. stara się zrozumieć moje decyzje. mogę jej powiedzieć prawie wszystko. i wiem, że jeśli skrytykuje, to będzie to konstruktywna krytyka.
Dorota Terakowska zwykła mawiać, że w życiu obowiązuje reguła „coś za coś”. i ostatnio dochodzę do wniosku, że ma rację. niestety… Agnieszka w czerwcu rodzi. w sierpniu bierze ślub kościelny. wesele. zabawa. ogólna radość. jej ojciec ma raka jelita grubego. to już drugi nowotwór. piętnaście lat temu usunęli mu płuco. bo pojawił się nowotwór. oczywiście nie mógł zmieniać klimatu. musiał zmienić tryb życia. dietę. całkowita rewolucja w życiu. i zastosował się do tych wszystkich zaleceń. nawet ciocia nigdy przy nim nie zapaliła. zawsze wychodziła z domu. na spotkaniach rodzinno-towarzyskich nie pił. żył wzorcowo. i w nagrodę ma znów raka! dlaczego?! za co?! i w moim domu sytuacja straszna. trzaskanie drzwiami. napady szału. nawet nie potrafią udawać, że jest dobrze. czekam tylko aż padnie to magiczne słowo. może już padło? tylko ja nic nie wiem. ale wcześniej nie było dobrze. więc nie wiem dlaczego teraz jest tak źle. czy to moze być pokuta za mój związek z nim? przecież już nie jesteśmy razem. i to nie z mojej winy. i za to też nie miałam „za coś”. może karą jest nasze rozstanie?
dlaczego to cholerne życie jest tak skomplikowane?! czym my sobie na to zasłużyliśmy. dlaczego im starsza jestem tym jest mi gorzej? niby jestem mądrzejsza życiowo. ale jakoś nie mogę tej wiedzy wykorzystać w praktyce. refleksje przychodzą po czasie. kiedy nie można już nic zrobić. wyciąga się wnioski. i rzuca w kąt. i potem postępuje podobnie. błędne koło…

Standardowy

ja mam nieznosna tendencje do robienia scen. a do tego jestem niestabilna emocjonalnie. tydzien temu histeryzowalam, ze wylatuje ze studiow, ze nie mam zaliczenia ze statystyki. ze Dutka zrobi wszytsko zeby mnie uwalic. a rzeczywistosc okazala sie troche inna. zaczelo sie od tego, ze wsiadajac do autobusu lini 124 Ruczaj spotkalam kogos zznajomego. cztery przystanki zajelo mi wymyslenie kto to jest. ale takie sa efekty jak sie nie chodzi na zajecia. w koncu jak mnie olsnilo krzyknelam przez pol autobusu „dzien dobry pani doktor”. :) po zajeciach poprosila mnie zebym zostala. pytala o zwolnienie. i czy mi zalezy na studiach. jasne, ze mi zalezy. po tym wszystkim. po tej cholernej sesji poprawkowej! po tych wszystkich cierpieniach nie chce sie tak latwo poddac! nie teraz. kiedy zaszlam naprawde daleko! i to wszystko jej powiedzialam. patrzac w oczy. jednym tchem. nie chcialam bajerowac. brac na litosc. chcialam zeby zrozumiala. i chyba to osiagnelam. bo powiedziala, ze musze pisac kolokwium zaliczeniowe. ze jak bede miala jakis problem to moge przyjsc. zawsze chetnie pomoze. to milo, ze sa jeszcze tacy ludzie. ze pomoga. zrozumieja. przymkna oko na lewe zwolnienie. zrobia wszystko zeby ci pomoc w utrzymaniu sie na studiach. takich ludzi sie ceni. takich ludzi sie zapamietuje po latach. takich ludzi poznaje sie na ulicy. a nie odwraca glowe. czy przechodzi na druga strone.
w piatek mam egzamin z organiki. jutro poprawiam mautre z fizyki. w przyszla srode mam kolokwium z algebry. w poniedzialek z EMO. wyniki z anala. nauka. nauka. i jeszcze raz nauka. a w tym wszystkim czekam z ustesknieniem na 1 czerwca.
bo 1 czerwca jest koncert Skangurkow!! :D

Standardowy

wczoraj jedna Znajoma cos mi uswiadomila. cos waznego dla mnie. zrobila to calkiem przypadkowo. i chyba nawet sama o tym nie wie. ale to dobrze. niech pozostanie w tej niewiedzy. moze na zawsze… to dotyczy tylko mnie. Jej. i Jego. dzieki Znajomej zaczelam inaczej patrzec na to cholerne malzenstwo! uwierzylam, ze moglo byc zawarte z innych powodow niz milosc. uwierzylam, ze to naprawde moze byc potrzeba bycia z kims. niekoniecznie z milosci. bo jesli ktos sie poswieca nauce, to zazwyczaj nie ma czasu na nic innego. chyba, ze zwiaze sie z osoba, ktora tez sie poswieca nauce. i wtedy sa razem. i kazde z nich nie wraca do pustego mieszkania. bo ktos w nim jest. czeka. cieszy sie. teskni. przytuli. wyslucha. po prostu JEST! i na pewno nie sa to latwe zwiazki. i podziwiam tych, ktorzy w nich trwaja dlugo. i sa szczesliwi. a przynajmniej takie sprawiaja wrazenie… ;) a w tym wszystkim ja bym nie chciala tak skonczyc! bo na pewno kazdemu z nas marzy sie doktorat. choc niekotrzy nie mowia o tym glosno. ale wiem, ze tak jest. chce zrobic doktorat. ale chce tez byc szczesliwa. kochana. chce miec w kims oparcie. moc wracac do domu. w ktorym bedzie mnie wital kochany czlowiek. a nie puste sciany. lub co najwyzej szczekanie psa. i ciesze sie, ze mam ta Znajoma! bo dzieki niej zrozumialam cos bardzo waznego. zobaczylam sens w postepowaniu pewnego czlowieka. i nawet jesli jest szczesliwy, to nie jest to prawdziwe szczescie. to sa pozory. ktore myla. jak sie juz o tym przekonal…

Kasiu, dziekuje Ci bardzo! :*