Standardowy

jade do domu. juz jutro. na dluzszy czas. powoli zegnam sie z Krakowem. bylam na Collegium chemicum. gdzie spotkalam sie z kims z kim nie chcialam sie juz nigdy spotkac… :( teraz IFUJ. zaraz pojade raz jeszcze na kampus. o ile starczy mi sil… a w tym wszystkim musze do piatku znalezc nowe mieszkanie. chyba… bo jeszcze nie zapytalam. ale lepiej byc przygotowanym na zimny prysznic… spotkanie z Lukaszem wybilo mnie z rytmu. kompletnie. nawet nie mam ochoty na pisanie…
adie…

EDIT:
nie wiem jakie licho mnie podkusiło żeby wejść na Chemię. po jaką cholerę tam szłam?! wychodząc zobaczyłam Elę z Łukaszem. myślałam, że będę mogła na niego spojrzeć inaczej. z lekkim dystansem. bez myśli, że na jedno jego skinienie mogłabym zrobić wszystko. a taka była pierwsza myśl jak tylko go zobaczyłam. widać jeszcze się z niego nie wyleczyłam…
Ela niestety musiała mu powiedzieć, że jestem w pobliżu. w momencie krzyknął żebym zaczekała. chociaż na moment. i nie umiałam udać, że go nie słyszę. albo, że się spieszę. nie potrafiłam… sparaliżowało mnie… stałam w miejscu. i ze spokojem patrzyłam jak odległość między nami maleje. jak na jego twarzy pojawia się ten cholerny uśmiech. uśmiech do dziś powodujący, że może ze mną zrobić wszystko. za jeden uśmiech! i zaczęło się. czy możemy porozmawiać. bo tęskni za mną. bo każdy dzień wydaje mu się szary. i bez kolorów. bo chciałby to jakoś naprawić. pewne słowa nie zostały powiedziane. chyba nie mogę być z kimś kto sam nie wie czego chce. z mężczyzną, którego nie było. akurat wtedy kiedy najbardziej tego potrzebowałam. i o co mi chodzi. bo przecież była to rozmowa była czysto teoretyczna. bo tak naprawdę nie byłam w ciąży. nie byłam. fakt. ale przez miesiąc chodziłam ze świadomością, że mogę być. wszystko na to wskazywało. zmienił się. spoważniał. może nawet trochę pobladł na twarzy. na pewno był w szoku. i dlaczego mu nie powiedziałam wcześniej. jedyne na co mogłam się w tej chwili zdobyć, to odepchnąć jego ramię. które kierowało się w moją stronę. krzyknęłam żeby mnie nie dotykał! żeby dał mi święty spokój! i pobiegłam z płaczem…
chciałam to wszystko napisać na pracowni. ale nie potrafiłam. nie wiedziałam jak zacząć. czy jest sens. w domu zdecydowałm, że nie mogę tego dusić w sobie. chcę w końcu odciąć się od tego! na dobre. ale nie do samego końca. bo swoją przyszłość wiążę z Instytutem na Ingardena. i automatycznie Łukasz też się z tym wiąże…

Standardowy

zasadnicza wada długich wyjazdów? cholernie rozleniwiają. człowiek nie musi nic robić. kompletnie nic! wszystko za ciebie robią. bo jesteś zmęczony. bo po sesji. bo ciągle zdany na siebie. bo musisz odpocząc. więc tak odpoczywałam. nie robiąc absolutnie nic. no, może przesadziłam. lżejsze czynności mogłam wykonać. typu iść do sklepu. ale zakupów przynieść to już mi nie było wolno. ;) ale to dobrze. odpoczęłam sobie przynajmniej. nie słuchałam uwag rodziców. nikt mnie nie dołował. mogłam robić nic. i cieszyć się z tego.
dzisiaj położyliśmy się około szóstej nad ranem. kiedy ptaszki swoim ćwierkaniem kołysały nas do snu. wstaliśmy parę minut temu. kiedy ciocia stawia na stół obiad. ale my musimy najpierw i tak zjeść śniadanie. bo nie można tak dziwnie zaczynać dnia. przywykłam. przywyknę też do tych dodatkowych kilogramów. które już czuję. i które zawsze mam po pobycie w Gdańsku… ;)
teraz mocno się zastanawiam czy chcę jechać na wesele Agnieszki. odpowiedź mam dać do wieczora. bo babcia będzie dzwoniła do Gdańska. żeby zapytać ile osób jedzie. i zapyta też o mnie. potem zadzwoni do domu. żeby się dowiedzieć, że rodzice oczywiście jadą. a potem zadzwoni w końcu do Wałbrzycha. strasznie to soboie skomplikowali. ale widać tak lubią. ;) decyzji nie podjęłam. mam takie wahania. raz chcę bardzo. i już jestem gotowa mówić, że tak. bo zobaczę rodzinę w komplecie. bo spotkam się z kuzynkami. i nielicznymi kuzynami. w liczbie dwóch. a za chwilę mam to w dupie. i nigdzie nie będę jechać. bo zasiadówka za stołem. bo wiejska muzyka. i te dwa przeciwstawne obozy zmieniają się sinusoidalnie. raz tak. raz nie. ostateczna decyzja zapadnie pewnie, kiedy dostanę słuchawkę do ręki. po drugiej stronie będzie babcia. ale jak powiem, że jadę to pojawia się następny problem. ja unikałam wesel jak ognia. i fantastyczny problem polega na tym, co ja na siebie założę?! bo nie mam kompletnie nic na taką okazję. zaczynając od butów. na stroju końcowym kończąc. i już widzę to bieganie po sklepach z mamą. te kłótnie. bo nic mi nie będzie pasowało. a jej propozycje będę uważała za nieciekawe. dlaczego tylko kobiety muszą mieć takie problemy?! facet zakłada garnitur. jedyny dylemat to czy koszula ma być biała. biała w paski. czy może biała w kratkę. i jaki krawat założyć. bo męskie szafy, jak już zauważyłam, posiadają multum niepotrzebnych krawatów. a biedna kobieta? nie dość, że musi dobrać buty do całości. to jeszcze musi pomyśleć co będzie tą całością… zapewne w moim przypadku będzie to falbaniaste coś sięgające do podłogi. .. i jak dobrze, że Aga zaprasza bez osób towarzyszących… ;)

Standardowy

stało się. nie chciałam tego robić. ale widać jestem mało odporna psychicznie. założyłam hasło na bloga. zakładałam bloga z myślą o tym żeby ludzie go mogli czytać. a ja chciałam mieć miejsce gdzie będę mogła przelać swoje myśli na „papier”. niestety. ludzie są zawistni. i okrutni. a ja czasem o tym zapominam. za bardzo im ufam. za bardzo się przed wszystkimi otwieram. w nagrodę spotyka mnie rozczarowanie. ból. a czasem nawet płacz… więc jest hasło. nie jestem z tego powodu zbytnio szczęśliwa. ale przynajmniej przez pewien czas będę mieć kontrolę nad swoją własnością. myślę, że ci którzy będą mieć hasło, docenią to. a złośliwe komentarze? niech sobie zostaną. w końcu to wolny kraj. i każdy ma prawo powiedzieć głośno swoje zdanie. ale jak już kiedyś pisałam. podpisujcie się pod swoimi komentarzami! nawet jeśli są one bardzo nieprzychylne. bo anonimowa krytyka boli tak samo. a nawet może i bardziej… :(
co poza tym? poza tym zbliża się wtorek. dzień, w którym będę musiała wyjechać z Gdańska. wrócić do normalnego życia. i stawić czoła reszcie świata. jak na razie jest dobrze. nie płakałam. i nie histeryzowałam. Witek śmieje się ze mnie na każdym kroku. i niecierpliwie czeka na sławne wybuchy płaczu Ewci. ;) i chyba się doczeka. bo każda wizyta w Gdańsku kończy się tak samo. nie pomagają zapewnienia, że nie wyjedżam na zawsze. że wrócę… wtedy staję się głucha na racjonalne argumenty. niczym małe dziecko. któremu nie chcą dać upragnionej zabawki. ciocia z wujkiem już się przyzwyczaili. Ewa mnie rozumiała od samego początku. Mariusz powoli się z tym oswaja. a Witek niecierpliwie czeka. bo chce się przekonać czy aby na pewno jest aż tak. :) a dlaczego tak jest? nie wiem. nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć już od dawna. po prostu. tam się dobrze czuję. tam mogę być sobą. tak naprawdę. tam są ludzie, którym ufam. którzy nigdy mnie nie zranili. nigdy nie zawiedli. ufam im bezgranicznie… a w Krakowie? po raz kolejny przekonałam się, że za mocno zaufałam. po jaką cholerę odeszłam od żelaznej zasady? ufać tylko wybranym? tak dobrze to działało w liceum. kiedy zależało mi na dobrej opinii jedynie grupy wybranych osób. do tych osób miałam bezgraniczne zaufanie. na nich mogłam zawsze liczyć. i nie przejechałam się. nigdy… pora zrobić to samo tutaj. już wiem komu mogę ufać. a komu nie. kto się okazał dwulicowy. z kim można być na stopie koleżeńskiej. ale nic więcej. i będę się tego trzymać. i wiem, że dobrze na tym wyjdę…
tymczasem idziemy z Witkiem napawać się piękną nocą. ostatnie dni. a jeszcze parę słów nie zostało wypowiedzianych. parę wątpliwości nie zostało rozwianych..

Standardowy

Ilekroć w twoim życiu wydarzy się coś naprawdę istotnego, poszukaj najbliższego patyka i zapisz na nim tę okoliczność i datę. Kiedy się zestarzejesz, rozchorujesz albo będziesz pewna, że zostało ci mało czasu, zbierz wszystkie w wiązkę i spal ją. Dokonaj zaślubin patyków.

Czas najwyższy dokonać zaślubin patyków. Nie w dosłownym znaczeniu tego słowa. Bo mam zamiar jeszcze trochę żyć. Ale pora skończyć pewien rozdział w życiu. Dopisać do niego zakończenie. Niestety nie będzie ono szczęśliwe. Ale takie jest życie. Brutalne. Pełne zasadzek. Niesprawiedliwe. Tylko czasem zza chmur wychodzi słońce. Wtedy pojawia się uśmiech na twarzy. Radość. Spokój. Optymizm…

Ale nie o tym chciałam. Nie wiem czy zacząć od początku. Czy od końca. Wiem jedno. Wszystkiego na pewno nie napiszę. Bo chcę coś zostawić dla siebie. Kawałek prywatności. Kawałek niedopowiedzianych rzeczy. Nie umiem tego nazwać. Zresztą nie da się wszystkiego napisać. Powstałaby z tego książka. Z całkiem niezłą fabułą. Jak wielokrotnie mówiła Milka. Kiedy słuchała kolejnych relacji. Ale do rzeczy…

Rozstaliśmy się z Łukaszem 16 czerwca. Nasze ostatnie spotkanie. Było poważne. Zadałam mu kilka pytań. Które pozostały bez odpowiedzi. Bez jednoznacznej odpowiedzi. Bo na przykład. Pytam się co by zrobił gdybym powiedziała, że jestem w ciąży? I pytaniem na pytanie. Przecież nie jesteś? A jakbym była. To byłbym ojcem. Mielibyśmy małą Antosię. Ani słowa o ślubie. Stabilizacji. Rodzinie. Spytałam. Po co wybiegasz w tak daleką przyszłość? Skupmy się na dniu dzisiejszym. Co z tego, że mam dopiero dwadzieścia lat. Ale potrzebuję pewności, że kiedyś zapewni mi stabilizację. Że będę go mieć na stałe. Że nie będę musiała drżeć o każdą minutę. Czy nadejdzie.

Nie mówiłam mu, że byłam u lekarza pierwszego kontaktu. Że na szczęście powiedział, że jeszcze nie. Że odetchnęłam z ulgą. Nie wiedział o tym. Czy ta wiedza coś by zmieniła? Nie wiem. Koniec naszego spotkania był prosty. Ze łzami w oczach powiedziałam, że chyba musimy trochę od siebie odpocząć. Przemyśleć pewne kwestie. I jak będziemy w stanie odpowiedzieć na te wszystkie pytania to się spotkamy. Wiem, że nie dojdzie do tego spotkania. Bo on chyba nigdy nie zaproponowałby mi zalegalizowania naszego związku. Nigdy nie doszłoby do ślubu. Bo najpierw musiałby być rozwód…

A zaczęło się jak w bajce. Pierwsze spotkanie. Pamiętam jak dziś jak powiedziałam do kogoś na jego widok “co za nadęty bufon”. I tak się skończyło. Przy kolejnym razie dowiedziałam się, że będziemy na siebie skazani przez dłuższy czas. I słowa Eli “on jest w porządku”. Machnęłam wtedy na to ręką, bo jak zawsze wiedziałam swoje. Kiedy się do niego przekonałam? Nie pamiętam już czy to było wtedy. Przy drugim spotkaniu. Ale na pewno na trzecim biegałam do Aśki ze słowami “on jest fantastyczny”. Doskonale pamiętam co mnie w nim tak ujęło. Ten uśmiech. Ta cierpliwość. I właśnie “to coś”. Później odkryłam jak fenomenalne ma oczy. I w nich też się zakochałam. Ale to było dużo później… Początkowo była tylko fascynacja. Z czasem zamieniająca się w zauroczenie. Ale wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Mogłam tylko się uśmiechać. I cieszyć się każdą minutą…

Sprawy nabrały lekkich rumieńców w okolicach listopada. Ale tylko na chwilę. Bo potem wszystko było po staremu. Aż do 6 stycznia. Wtedy w listopadzie poszłam do Łukasza. Można powiedzieć, że z problemem służbowym. Był w pokoju sam. Jakoś mnie to nie ucieszyło. Bo pamiętam, że miałam zły humor. I wiedziałam, że jak będziemy sami to mogę wybuchnąć. Powiedzieć coś czego będę potem żałować. Moja sprawa służbowa zeszła od razu na dalszy plan. Powiedziałam Łukaszowi, co mi leżało na sercu. Poczułam się lepiej. Chociaż przez głowę przebiegła mi myśl, że może pomyśleć, że jestem histeryczką. Uśmiechnął się tylko. Powiedział jakieś banały o niesprawiedliwości tego świata. I nastała cisza. (Zadziwiające jak dużo pamiętam z tamtego dnia…)

Wtedy stało się coś niesamowitego. Jak w filmie. Łukasz patrząc mi w oczy powiedział przepraszam. Ja zdziwiona pytam za co. Za to co chcę zrobić… Reszta niech pozostanie milczeniem. Większość na pewno domyśli się co zaszło dalej. Ale ja o tym nie chcę pisać. Chcę żeby to było w stu procentach moje. I tylko moje. Łatwo się domyślić co czuje się w takiej chwili. “Zamigotał świat tysiącem barw…

Długo nic. I w końcu nadszedł 6 stycznia. Tu znów pominę cały szereg okoliczności, które doprowadziły do tego, że ja i Łukasz staliśmy się parą. Standardowo początki nie były łatwe. Po paru uniesieniach w postaci smsów przyszło pierwsze rozstanie. Potem rozmowa. I pierwsze spotkania. Takie nieśmiałe. Takie pierwsze… Mimo przeciwności losu radziliśmy sobie. Bo mieliśmy przyjaciół, którzy nam chcieli pomóc. Nam. I szczęściu. Chodziliśmy na kilometrowe spacery. Prowadziliśmy godzinne rozmowy. Byliśmy razem. I to mi starczało. Któregoś grudniowego wieczora wracałam z AGH. Z akademików. Spotkaliśmy się. Byłam po paru piwach. Więc lekko kręciło mi się w głowie. I jak w takich sytuacjach bywa wszystko przychodziło z łatwością. Poszliśmy nad Wisłę. Pod moim kochanym Grunwaldzkim powiedziała mu, że go kocham. Pamiętam, że po policzku spłynęła mu łza…

Od tej pory było już tylko lepiej. Pierwsze próby wspólnego mieszkania. Okres dostrzegania własnych wad. Kłótnie co minutę. O najmniejszą pierdołę. I tak trwaliśmy do lutego. Do cholernych Walentynek. Byłam u siebie. Kiedy Łukasz przyjechał do Łodzi. I powiedział, że koniecznie musimy się spotkać. Faktycznie musieliśmy. To miało być nasze ostatnie spotkanie. I faktycznie było. Płacz. Rozpacz. Krzyk. To wszystko się przeplatało razem. I potem prośba żebym została na noc. Żebyśmy mogli się sobą nacieszyć. Tak prawdziwie. Tak po raz ostatni… I zostałam. I wszystko znów było takie pierwsze.

Próbowałam się po tym wszystkim podnieść. I kiedy byłam już na dobrej drodze nasze drogi znów się spotkały. I znów zaczęło się od początku. Tym razem przy akompaniamencie rodziców Łukasza. Piękne czasy. Przepełnione miłością. Spokojem. Radością. I znów przyszedł kryzys. Czas rozstania. Wtedy po raz pierwszy to ja powiedziałam, że to koniec. Pisałam o tej sytuacji kiedyś. Więc nie będę się powtarzać. Szkoda czasu. Zaczęliśmy się znów spotykać. I wszystko było inne. Bardziej dojrzałe. Kolejne decyzje bardziej przemyślane. Ale nie do końca. Bo w chwili kiedy potrzebowałam zapewnienia, że będzie przy mnie na dobre i na złe napotkałam ścianę. Pustkę. Byłam w szoku. Bo nie spodziewałam się czegoś takiego. Jakbym zobaczyła zupełnie obcego człowieka. Nie mojego Łukasza. Jedyne co potrzebowałam to wyjechać. Nie myślałam o egzaminie. Bo on był dla mnie nieważny. Na zasadzie odbębnić pańszczyznę.

Spakowałam więc walizkę. I wyjechałam do Gdańska. Lizać rany. Dochodzić do siebie. Nie jest jeszcze tak dobrze jak być może. Ale jest na pewno lepiej. Lepiej gdybym została w Krakowie na ten tydzień. Sama z tym wszystkim. Z tą pustką. Z tym bólem. Z tym rozczarowaniem.

Nie zapomnę o nim. Ale nie wiem czy będziemy mogli jeszcze normalnie rozmawiać. Za bardzo się zawiodłam. I to na nim. Kiedy byłam go tak bardzo pewna. Może za bardzo? Niektórzy będą teraz mogli tryumfować. I powtarzać, że nigdy go nie lubili. Ale ja i tak wiem swoje. I tak będę go kochać zawsze. Pierwszą miłością. Bo z nim wszystko było pierwsze. Wszystko…

Standardowy

Całonocna rozmowa z Ewą. Płacz. Krzyk. Żal. Ból. Rozpacz. Smutek. A potem radość. Ulga. Światło w tunelu. Nieśmiały uśmiech na twarzy… Jednym słowem jestem gotowa na powrót.

Nadal jest dla mnie to wszystko niezrozumiałe. Bo jaki jest sens żeby jechać całą Polskę?! Tylko po to, by komuś wypłakać się w rękaw?! Żeby być zrozumianym. Wysłuchanym. Żeby upewnić się w słuszności dokonanego wyboru. Ale chyba właśnie po to tam pojechałam. Po zrozumienie.

I wiedziałam, że muszę się z tym zwrócić do Ewy. Bo mamy podobne spojrzenie na świat. To od niej nauczyłam się zadawania takich pytań. I już wiem, że wcale się nie pospieszyłam. To był dobry moment. Tylko on nie był na to przygotowany. I zaczynam się zastanawiać czy kiedykolwiek by był…?

Bo jakby na to nie patrzeć to był chory układ od samego początku. Ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Wierzyłam naiwnie, że problemy same znikną. Że same się rozwiążą. Że wszystko zakończy się jak w tanich amerykańskich melodramatach. A to jest życie. Tu nic się nie kończy po naszej myśli. Tu wszystko jest na odwrót. Tu o wszystko trzeba walczyć. Nie jest mi łatwo. I na pewno nie będzie jeszcze długo.

Ale jeszcze gorzej by było jakbym to dusiła w sobie. Bo nie chciałam o tym mówić. Nikomu… Nawet Kamili… Ale to już przeszłość. I jeśli nawet kiedyś wróci, to jestem gotowa na to spotkanie. Uśmiechnę się do niej. A ona od mnie. Tak jak zawsze. I nawet jeśli znów zabłyśnie płomień miłości. Ja będę wiedzieć, że to nie ma sensu. Nie w tym życiu. Trzeba dokonać zaślubin patyków…