Standardowy

jak ciężko jest wstać z łóżka… nie słychać gwaru rozmowy na balkonie. nie czuć duchoty. nie słychać cykad. jednym słowem nie jestem już w Molunacie. jestem z powrotem w domu. z powrotem męczę się w czterech ścianach. i nie widzę sensu opuszczania łóżka. bo i tak nie zobaczę morza. bo i tak nie pójdę się kąpać. bo i tak nie będzie w koło mnie znajomych. bo jestem sama. i muszę patrzeć na te cholerne walizki. które stoją. i czekają aż je w końcu rozpakuję. a ja na to nie mam najmniejszej ochoty. tylko bym leżała. i przechodziła na nowo aklimatyzację.
zawsze po takim wyjeździe z rodzicami powtarzam sobie, że to ostatni raz. za rok nie jadę. a konczy się tak samo. jadę. :) przez te dwa tygodnie naprawdę odpoczęłam. może nie fizycznie. ale na pewno psychicznie. wyleczyłam się z pewnych rzeczy. o których nie chcę już nawet pisać. uważam je za zamkniętą przeszłość. spojrzałam z dystansem na moje dotychczasowe życie. tam wszystko było takie inne. znów czułam się beztrosko. jak malutka dziewczynka. a nie jak dorosła osoba. która musi podejmować każdą decyzję samodzielnie. tam mnie nikt nie pouczał. nie mówił jak mam zrobić. tam każdy był panem swojego czasu. a tu na nowo się zaczną awantury. wyrzuty. krzyki. problemy wrócą jak wyrzuty sumienia.
już brakuje mi morza. chciałabym móc znów włożyć płetwy. i zanurzyć się w błękicie wody. i płynać. przed siebie. bez większego celu. byle tylko być blisko morza. móc je czuć. mieć na wyciągnięcie ręki. w dniu wyjazdu z Molunatu patrzyłam po raz ostatni na naszą plażę. patrzyłam w morze. i nie mogłam nie płakać. byłam skłonna rzucić dotychczasowe życie. i zostać. byle tylko być blisko morza…

Standardowy

wróciłam godzinę temu. godzinę z małym ogonkiem. pierwsze co zrobiłam, to włączyłam komputer. pobieżnie przejrzałam stertę nieprzeczytanych maili. zajrzałam na blogi. z zapartym tchem nadrobiłam zaległości. potem inne strony. które odwiedzam zawsze. i co? i już się nudzę. już czuję, że nie mam co ze sobą zrobić. już mam dosyć. już dostaję białej gorączki. sięgam ręką po pudełko z filmami. biorę „piratów z Karaibów”. obejrzę sobie. w ramach relaksu. tylko nie wiem co dalej…

Standardowy

wczorajszy dzień. jaki był? okropny. dawno takiego nie miałam! przepełniony pretensjami. krzykiem. wyrzutami. a to wszystko ze strony najbliższych. ze strony rodziców… tych, którzy mają podobno wpsierać. być przy nas. na dobre. i na złe. mają być naszymi przewodnikami po tym dziwacznym świecie. od ojca usłyszałam straszne słowa. słowa gniewu. aż wstyd mi je tu napisać. bo tak mówi do siebie młodzież w liceum. takich argumentów używa rodzeństwo. podczas małej sprzeczki. takimi słowami nie traktuje się dziecka! i jeszcze to zdziwienie. że czemu płaczę. czemu jestem smutna. on tego nie rozumie. a szkoda… zrobił wszystko żebym nie spotkała się z Aśką. żebym nie mogła się jej wypłakać w rękaw. nie wiedziałam co mam zrobić. nie chciałam dzwonić do Ewy. bo jest w Kopalinie. z dużą częścia rodziny. po co wszyscy mają wiedzieć. myślałam nad kimś krakowskim. ale też to odrzuciłam. bo oni mają teraz swoje życie. wakacje. niech się nimi cieszą. tymi chwilami we dwoje. tym wschodzącym słońcem. wszystkim co piękne. zadzwoniłam do Izy. poczta głosowa. domowy. nie odpowiadał. wygrzebałam prawie spod ziemi numer do Wojtka. też wyłączony! i zaczęłam panikować. co się dzieje, że mają komórki wyłączone?! ale się opanowałam. najprawdopodobniej są w trasie. zawsze jak jadą gdzieś samochodem wyłączają telefony. takie małe przyzwyczajenie. zostały więc jeszcze dwie osoby. które zawsze mnie wysłuchają. i zawsze pomogą. wahałam się. powoli emocje opadały. złość zelżała. ale łzy płynęły. wzięłam komórkę. wyszukałam w ksiażce numer do Łukasza. serce zaczęło mi walić. sygnał. jeden. drugi. trzeci. czwarty. i poczta głosowa. i na szczęście to nie był jego głos. rzuciłam telefon. podjęłam ostatnią próbę porozumienia się z ojcem. zagadnęłam o Agnieszkę. mam zdjęcia Patryka. może by chciał zobaczyć. cisza. mówiłam dalej. bo wiedziałam, że tym razem mnie słucha. Agnieszka zaprosiła mnie na tydzień do siebie. akurat po weselu. żebym została. a gdzie będę mieszkać. przecież nie zmieścimy się wszyscy w mieszkaniu wujostwa. ale ja będę mieszkać z Aga i Marcinem. jakim cudem? przecież oni nie mają w Wałbrzychu mieszkania! no właśnie o to chodzi. bo ja jestem zaproszona na tydzień do Irlandii. i nowa awantura. powtarzają się te same zdania. te same frazy. ten sam stan ducha powraca. mam dość. wychodzę. idę do siebie. trzaskam drzwiami. słyszę, że ojciec idzie. bo to nie koniec tyrady. i zbawienny telefon. odebrałam. Maciek. do niego. byłam spokojna. będą rozmawiać czterdzieści minut najmniej. i odechce mu się dalej na mnie wyrzywać. komórka zaczęła wibrować. odebrałam. nie patrzac na wyświetlacz. Łukasz. bo nie miał chwilowo zasiegu. a dzwoniłam. i coś się na pewno stało. stało się… słowa wypływały ze mnie same. potok słów. a on tylko słuchał. posmutniał. czułam to w jego głosie. i nie musiał nic mówić. bo nie było mi to juz potrzebne. skończyłam. poczułam się o niebo lepiej. i rozłączyłam się. wyłączylam telefon. w myślach układałam smsa. w końcu napisałam banalne przepraszam. na nic innego nie było mnie stać. odpowiedzi nie ma. aż do teraz. i chyba nie będzie. zrozumiał całą sytuację. bo on zawsze wszystko rozumie. wiedział kiedy przestać. i za to mu dziękuję.
konkurs pseudo literacki się odbędzie. a i owszem. ale bez mojego udziału. mój brak zorganizowania. brak czasu. brak zdecydowania. brak czegoś tam jeszcze. te wszystkie braki zadecydowały o końcowym efekcie. notki są nie do końca wybrane. nie do końca przeczytane. nie wydrukowane nawet. ale jakoś nie żałuję. widać tak już miało być…
aha! wracam 30 lipca. jeśli mnie piranie nie zjedzą. ;)

Standardowy

upał nie do zniesienia. żar lejący się z błękitnego nieba. słupki rtęci niepokojąco biegną coraz wyżej. a ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. co na siebie włożyć. byle tylko było chłodniej. w mieszkaniu nie da się wysiedzieć! co z tego, że okna pootwierane na przestrzał. żadnego wiaterku. nawet najmniejszego. powietrze stoi. i drwi z nas. a z otwartych okien korzystają sobie w najlepsze ćmy. komary. i inne nocne robactwo. i dzienne też. pod postacią much. i nie tylko. to jest chyba normalne. jak my wyjeżdżamy w poszukiwaniu ciepła, to ciepło jest w Polsce. jak my wracamy-ciepło odchodzi gdzie indziej. dam sobie rękę uciąć, że jak wrócimy pogoda się popsuje. każdy kolejny dzień będzie okraszony deszczem. tak jak dobra kasza skwarkami. i nie będzie uśmiechów na twarzach ludzi. nie będzie tej radości w powietrzu. będzie rozdrażnienie. zniecierpliwienie. czy ja zaczynam generalizować…?

EDIT:
Agnieszka urodziła. w Irlandi. nie w Polsce. urodziła w Piotra i Pawła. ale Patryka. :) cieszę się razem z nią!

Standardowy

zostawiłam Sołżenicyna na działce. komputer był zajęty przez mamę. laptop siedział grzecznie na tatowym biurku. ale na ulicy innej niż adres naszego zamieszkania. jednym słowem nie miałam co czytać! tragedia. z braku laku chwyciłam „moja mama czarownica. opowieść o Dorocie Terakowskiej.” już kiedyś czytałam tą książkę. ale wtedy jakoś inaczej patrzyłam na kolejne przeczytane strony.to było śmieszne. bo tu jakaś fajna anegdotka z życia Terkowskich. tu się łza polała. bo stało się coś strasznego. etc… teraz czytałam. i chłonęłam to co czytałam. wiedziałam, że nie czytam tylko o Dorocie. tam też jest o jej rodzinie. o znajomych. i o tej otoczce. którą tworzyła wokół siebie. którą inni tak u niej podziwiali. i za którą ją tak bardzo kochali. ..
na początek przejrzałam zdjęcią. bo uwielbiam patrzeć na fotografie. na uchwyconych na nich ludzi. momenty. czasem ważne zdarzenia. co mnie uderzyło? Terakowska z papierosem na każdym zdjęciu! wcześniej też to zauważyłam. ale teraz przekonałam się, że ona taka była. to nie było pozowanie. żeby potem móc zaszpanować. to był naturalny odruch. prawie taki sam jak oddychanie. moje ulubione zdjęcie? chyba to z podpisem następującej treści. „ślub mamy z tatą Maćkiem, Wojtek, Małgosia i ja, Kraków 2002. i te zdjęcia z lat młodzieńczych. każde takie dynamiczne. jakby robione z zaskoczenia. a może tak było?
i jeszcze ta Kapelanka. mogłabym czytać w nieskończoność o ich mieszkaniu. o tej specyficznej atmosferze. o zwyczajach tam panujących. też bym chciałam mieć taką Kapelankę. bo ta Kapelanka to nie miejsce. to ludzie. i atmosfera jaką oni tworzą. taka Kapelanka może być wszędzie… czasem żałuję, że mój dom jest taki poukładany. wszystko ma swoje miejsce. każdy dzień jest podobny do drugiego. czasem brakuje mi takiego swoistego szaleństwa. odrobiny spontaniczności. u mnie w domu nie zdarzy się, że na środku salonu będzie stała miska z brudną wodą. i na swoje pytanie, co to ma znaczyć, nie usłyszę, że „tata umył tydzień temu nogi i tym razem uparłam się, że nie sprzątnę.”
ale oprócz tego była druga Dorota. taka inna od tej pierwszej. wrażliwa. troskliwa. opiekuńcza. Dorota, która założyła Piwnicę pod Baranami. Dorota autorka „Ono”. „Tam gdzie spadają anioły.” „Poczwarki.” „Córki czarownic.” i wielu innych. Dorota, która przed śmiercią zapaliłaby papierosa. i zapaliła. to chyba jakiś rodzaj magii…
bardzo mi się podoba to co powiedziała o życiu i śmierci. „Nasze życie jest labiryntem-polega na szukaniu, a nie na znajdowaniu. Na stawianiu pytań, nie znajdowaniu odpowiedzi. A po śmierci pewnie będziemy przechodzić kolejne labirynty. W labirynice możesz ciągle pokonywać granice, iść dalej i dalej… Chyba to dobrze? To już jest jakiś rodzaj happy endu…”
zmarła 4 stycznia 2004 roku.
Maciek zmarł lutego 2004 roku.
są razem ze swoimi aniołami. są razem…

EDIT:
nauczyłam się z tej ksiażki jeszcze jednego. jak się chce pisać, to trzeba być przygotowanym na krytykę. taką która boli. i taką która cieszy. i trzeba umieć ją znieść. robię kolejną próbę…