Standardowy

zawieszam bloga. mam nadzieję, że tylko na jakiś czas. na razie czuję, że się wypaliłam. że napisałam przez te cztery lata już wszystko. że teraz nie ma o czym pisać. że to by było tylko powtarzanie starych myśli w nowy sposób. a ja tak nie chcę. przynajmniej w tym miejscu nie chcę odwalać chałtury!

Standardowy

cztery zaliczenia. cztery egzaminy. w poprzedniej sesji były trzy egzaminy. dwa zaliczenia. nie za dobrze to rokuje… ale ja niestety jestem niepoprwaną optymistką! i nie wiem czy w tej sytuacji to dobrze rokuje…? z uporem maniaka omijam szerokim łukiem nadchodzące dwa tygodnie. myślę o tym co będzie potem. już snuję plany. zapisuję postanowienia. zamierzam zmienić tryb życia. zrezygnować z (prawie) codzienny wypadów do pubów. siedzienia przy piwie. na rzecz kultury wyższej. więcej spotkań z Katarzyną Nowak. tak bardzo ostatnio zaniedbany teatr. aż wstyd się przynać, kiedy ostatnio tam byłam. a przecież mam teatry na wyciągniecie ręki! mnóstwo fantastycznych premier szykuje się w październiku. parę tytułów zanotowałam w kapowniku. i tym razem nie zamierzam ich przegapić! zatraciłam się… i to poważnie. nagle zmienił się mój system wartości. zauważyłam, że zamiast książki wolę kolejny ciuch. tłumaczę sobie, że mogę poczytać za darmo. w Empiku. a kiedyś tak bardzo marzyłam o domu wypełnionym książkami. w moim pokoju miała być jedna ściana cała w książkach. a na dzień dzisiejszy zamiast regału będzie duża szafa. wypełniona po brzegi ubraniami. w połowie z nich nie chodzę. ale nie przeszkadza mi to w kupowaniu kolejnych. i tak by pewnie było nadal. gdybym się nie opamiętała. gdyby nie rozmowa z Ewą. to dzięki niej zrozumiałam, że idę w złym kierunku. że widzę tylko czarne. i białe. a przecież jest też szare! że za mało skupiam się na słonecznych kolorach każdego dnia. ale to się zmienia. i będzie się zmieniać. nie chcę być jak większość moich znajomych. którzy potrafią tylko powiedzieć gdzie jest nowy klub. w którym pubie są najtańsze drinki. a gdzie warto iść poskakać. metodą małych kroczków wprowadzam zmiany. piwo ze znajomymi raz w tygodniu. a nie praktycznie codziennie. teatr przynajmniej raz w miesiącu. na dobry początek. podobnie kino. a tak zwane „big-shopping”? przy okazji. a teraz…? wracam na ziemię. szukać pojemności kondensatora płaskiego. układu dwóch metalowych powłok kulistych. dwóch współosiowych cylindrycznych rur. i innych fantastycznych urządzeń. bo na to wszystko mam tylko dwa dni!!

Standardowy

mózg ma płeć! zszokowało mnie to odważne stwierdzenie. zaskoczyło podwójnie. bo pojawiło się w prasie kobiecej. a nie w tak zwanej fachowej. zaintrygowana kupiłam gazetę. popędziłam do domu. rozwiązałam test. i dowiedziałsm się, że mam typowo kobiecy umysł. w twoim żeńskim podejsciu do życia najważniejsi są ludzie. dlatego nie jesteś w stanie iść po trupach do celu. zwykle też widzisz więcej niz inni, odczytujesz ukryte intencje i niewyrażone uczucia. ale ponieważ nie masz przy tym skłonności manipulatorskich, z taktem wykorzystujesz wiadomości zdobyte za pomocą tego wewnętrznego rentgena. posiadanie mózgu płci żeńskiej ma swoje zalety. i wady. jak wszystko. zalety mojego mózgu. empatia. łatwość dostosowywania się do sytuacji. wyrozumiałość i sprawiedliwość. wady mojego mózgu. mocno przeżywam niepowodzenia i krytykę. boję się złości. przejmuję cudze nastroje. a to wszystko to prawda!!

Michał Żebrowski: „w dzisiejszych czasach, kiedy większość mężczyzn coraz bardziej przypomina kobiety, ważne jest, żeby facet był męski.”
dlaczego ja w tej wypowiedzi odczytuję aluzję do Jacka Poniedziałka? i potępienie jego osoby? a może jestem przewrażliwiona?

Standardowy

dwadzieścia lat stało się faktem dokonanym. powoli zaczynam dostrzegać na sobie piętno starości. jak to się potocznie mówi „już mi bliżej, niż dalej.” na twarzy dostrzegam pierwsze zmarszczki. wokół ust. pojawiły się chyba od zbyt częstego uśmiechania się. może powinnam przestać się uśmiechać? wielokrotnie słyszałam, że smutek mi nie pasuje. no więc będę uśmiechającą się dwudziestolatką ze zmarszczkami mimicznymi wokół ust!
obejrzałam „zakochanego anioła”. jestem zachwycona tym filmem. a właściwie jego prostotą. jest prostacki. raczy nas tandetnymi tekstami. pokazuje bardzo wyimaginowaną rzeczywistość. ale ja do tego tęsknię. pośród wielu życzeń urodzinowych, na jednym szczególnie mi zależy. chciałabym żeby się spełniło. chciałabym żeby ktoś mnie pokochał. tak naprawdę. żeby stanał przede mną. i powiedział, że to miłość wskazała mu do mnie drogę. żebym miała dla kogo żyć. nie chcę kwiatów sypanych pod nogi. dzwonów z nieba. błogosławieństwa od każdego. bo to już było. i nie dało mi prawdziwego szczęścia. chcę prostej miłości. takiej zupełnie zwyczajnej. ale prawdziwej. szczerej. bezinteresownej. Kraków. dopiero dziś zrozumiałam, że za nim tęsknię! Marek Grechuta śpiewał w tle. że „tyle było dni, do utraty sił, do utraty tchu…” Anna Radwan spacerująca znanymi mi uliczkami. i ogromna chęć żeby już tam być. żeby móc znów patrzeć na turystów na Rynku. spoglądać tęsknie na Skałkę. spacerować brzegiem Wisły. nawet samotnie. spędzać pół życia w tramwajach. i błądzić wąskimi uliczkami. wyjątkowo nie planuję każdego dnia. patrzę nerwowo w kalendarz. licząc na cud. zastanawiam się jak można zatrzymać czas. żeby móc zdążyć ze wszystkim. żeby tego nie stracić. bo już wiem co będzie najgorszą karą. nie ewentualny stracony rok. bo wiem, że rodzice do tego nie dopuszczą. perspektywa studiowania w Łodzi. pal licho kierunek. sam fakt, że miałabym patrzeć na to brudne miasto. pełne takich samych ludzi. spedzać godziny w pekaesach. pośród smrodu starych ludzi. i to uczucie pustki w środku. pustka. zawód. bezradność. to staje się powoli koszmarem sennym. ale daje kopa. pozwala iść dalej. omijać przeszkody.
piję kolejna kawę. do świtu jeszcze sporo czasu. i sporo do zrobienia…

Standardowy

co roku jestem zadziwiona. co roku mam urodziny. jak każdy żywy osobnik. normalne jest, że dostaje się setki smsów z życzeniami. kartki. telefony. wszystko na porządku dziennym. więc sms z życzeniami od Kuby też powinien być na porządku dziennym. a nie jest! co roku jestem zdziwiona. bo od czterech już lat Kuba pamięta o moich urodzinach. zawsze dostaję od niego smsa. w liceum zdażały się też kartki z życzeniami. nie wiem skąd wie, kiedy mam urodziny. bo nigdy mu nie powiedziałam. sam też nigdy nie pytał. a najdziwniejsze jest to uczucie. czytam te życzenia. i mam ochotę mu odpisać. zaraz. natychmiast. póki mam wenę. ale tym razem nie odpisałam. i nie odpiszę. póki nie będę znów chłodno patrzeć na to wszystko. dziwne… od zawsze miałam do niego słabość. on o tym wiedział. z jego strony wyglądało to identycznie. a mimo to nigdy ze sobą nie byliśmy. nawet nie próbowalismy. nie żałuję tego. bo pewnie teraz byśmy się nie przyjaźnili. skakalibyśmy sobie do oczu. albo udawali, że wszystko jest w porządku. i traktowali siebie nawzajem z rezerwą. raz w roku nachodzą mnie takie refleksje. właśnie w dniu urodzin… zastanawiam się czy Ogór też mi wyśle życzenia. chciałabym. ale po tym wszystkim nie zdziwię się jeśli nie będzie chciał pamietać. w końcu dwa tygodnie „zawieszenia działań przeciwko sobie” nic nie znaczy. sytuacja to na nas wymusiła. w normalnych warunkach na pewno byśmy ze sobą nie rozmawaili. więc o czym ja myślę. o cholernym smsie?! którego nie będzie! na którego nawet nie zasłużyłam!
w poradniku „bez nałogów i w dobrym humorze” przeczytałam coś takiego. pamiętaj: osobą rzucającą palenie jest się przez pięć lat od momentu rzucenia. to oznacza, że przez pięć lat musisz się pilnować i nie pozowlić sobie na uśpienie czujności. no to zostało mi jeszcze pięć lat. bez dziesięciu dni. po raz kolejny pękam z dumy… ;/
EDIT:
Łukasz też pamiętał… a już myślałam, że się z niego wyleczyłam. ale z tego się nie da wyleczyć. nie można tak po prostu zapomnieć. nawet jak się wydaje, że się już nie pamięta. to wszystko tkwi gdzieś głęboko schowane. i przy nadażającej się okazji wypływa na powierzchnię. i zaczyna boleć od nowa…