Standardowy

scena niczym z „Magdy M.” butelka czerwonego wina. kieliszek do połowy pełny. łzy w oczach. w tle smętna muzyka. Aśka mówi, że to sprzyjająca atmosfera do pogłębienia doła. a ja w ten sposób przemawiam sobie do rozsądku. powtarzanie żeby się nie nakręcać nic nie daje. wiem, że nie powinanm się na nic nastawiać. ale i tak podświadomie coś sobie planuję. po czym dostaję kubeł zimnej wody na głowę. i w momencie wracam na ziemię. i mam żal do siebie. że po raz kolejny popełniłam ten sam błąd. nie umiem z tym walczyć. jakby to było silniejsze ode mnie. i co mi to daje? prócz łez. bólu. zawodu. i cierpeninia. nic! kompletnie nic! to jakby walka racjonalizmu z marzeniami. rozmowa Serca z Rozumem. i wiadomo, że Serce będzie górą. zawsze. nawet jeśli nie będzie miało racji. Rozum może sobie pogadać. więc tak to wygląda. lampka wina. Meiko Kaji w tle. i lizanie ran. niczym ukochana Judyta… czasem się zastanawiam czemu nie dali mi na imię Judyta?! albo czemu nie wzięłam sobie tak od bierzmowania?! Judyta powinna być patronką od spraw beznadziejnych! kobieta. nie facet!!
Jutka, Twoje zdrowie… :)

EDIT:
„faceci to pijawki karmiące się stygamtami kobiet, bo kobieca dobroć i łatwowierność nigdy się nie zagoją.”

Standardowy

Dziewczyny koniczynę grabiły
Zboże ustraja się więc
Patrzyłem na pracujące ręce.

Było ich małe grono
Wśród dziewcząt była taka sama
A była inną, ta została żoną.

Wokół łany zieleni
Gubię się
W tej pięknej przestrzeni
Chciałem się zamknąć
Jak przeczytaną księgę.

Jej wiśniowe oczy, spotkały oczy
Uśmiech na twarzy
Zakwitła miłość, złożyłem kwiaty.

Żar słońca splótł ramiona
Spadła na głowy święcona woda.
_______________

Była kwiatem kwitnącym w swym ogródku
Czas płynął jak górski potok
Którego napićsię nie można do syta.

Miała uśmiech dziecka
Nigdy żalu, choć dni różne
Dobroć serca, aby nie zwierzać się nikomu.

W gniazdku trzy pisklęta fruwały
Poznały świat, poznały inteligencję
Odfrunęły, odleciały.

Jak mam nazwać ten wspólny
Żywot imieniem
Chyba cichem płynącym strumieniem.

Wyjęty z dnia bajki
Pachnący, kwitnący
Jak niezapomnajk.
_______________

Jak na ziemi się działo i dzieje
Na całej kuli ziemskiej
W ludzkości powstaje chore ziele.

Zabić, okraść, zwyciężyć
Żwyciężonego nie ma i nie będzie
Myśli, że zwycięży, a to jest w błędzie.

Może kiedyś nam się odmieni
Człowiek niech pracuje
A się nie leni.

Za dole i szczęście
Światu i Tobie Boże dziękuję
Nadeszła starość, jedno z nas odlatuje.

Nogi deptać dywan przestały
Zrobił się z niej ptak trzepoczący rzęsami.
_______________

Krążyłem jak sokół nad lasem
Karmiąć, myjąc ręce, nogi
Kochałem jak dziecko, ono słabło.

Kwiat wiądł domowego ogniska
Przyszedł sen, zamknął powieki.

Córka Jadwiga, córka Wanda, Mirek zięć
Wnuczka Anetka, nie opuszczają
Mamy, babci, prababci kochanej.

Mama umarła, babcia nie żyje
Łzy oczy zalewają, smutek ogromny
Nie możne powiedzieć słowa
W myślach ginę, a żyję.

Parę minut przed zamknięciem oczu
Krzyżem żegnałem nie martwą, a żywą
Stało się tak abym widział żywą miłą.
_______________

Ostatni dzień, ostatnie światło świec
Msza święta, przemowa duchownych
Poświęcenie ciał w trumnie
Hymn organów, bicie dzwonów
Krzyż, chorągwie powiewają żałobne
Stanęliśmy przy gorbie.

Modlitwa księży, pożegnanie rodziny,
Znajomych, obecnych którzy brali udział
Odmówienie różańca żywej róży
Nam słońce świeciło
A jej wśród nas nie było.

Zostałem, patrzącna chmury
Kiedy uderzą dzwony, zagrają organy
Przez czyje usta będę żegnany.
_______________

Poznałem Cię w gromadzie dziewcząt
Wśród kwiatów zieleni
Ostatni pocałunek na martwych ustach
Złozyłem w pokoju zieleni
Skończona ziemska radość
Więc kwiaty na gródce ziemi
Co będzie dalej nie wiemy…

Standardowy

„jestem jeszcze trochę zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć.” jak bardzo mi to zdanie wryło się w pamięć! zamykam oczy. i widzę je. drobne literki. na białym tle. i zastanawiam sie czy ja mogłabym coś takiego napisać. do zupełnie obcej osoby. napisać wszystko co jeszcze we mnie jest. ten cały żal. smutek. nawet radość. nostalgię. wszystko. od A do Z. żeby raz na zawsze z tym skończyć. bo dzisiaj do mnie dotarło, że jeszcze jestem zakochana resztkami bezsensownej miłości. bezsensownej, bo nie chcę już jej dłuzej ciagnąć. bo ona nie miała przyszłości. bo nie powinna się była zdarzyć. bo była taka pierwsza. bo będę ją pamietać zawsze. w pewien sposób zapisała się w mej pamięci. czy tego chcę czy nie…
przede mną leżą dwie rzeczy. komórka. i „s@motnosć w Sieci.” na obie patrzę z pożądaniem. i odkładam w czasie moment lektury. nie wiem czemu. jakbym po prostu nie mogła usiąść w fotelu. mieć herbatę pod ręką. i zatonąć w czytaniu. nie mogę tak! czekam na specjalny moment. chcę zrobić wszystko, co muszę zrobić. żeby nic mi nie przeszkadzało. żebym była tylko ja. i książka. żebym mogła na dobre zatonąć w czytaniu. żebym znów dała się zaczarować. żeby dopadła mnie melancholia. i jeszcze jedno uczucie. którego nie umiem nazwać. a z którym mi nawet całkiem dobrze…

Standardowy

dwa dni. a zdarzyło się tak wiele. tym wszystkim można by odbarzyć cały tydzień. zaczęło się od wtorku. jechałam na spotkanie z Paulą. szczęście ze mnie emanowało. rozpierała mnie radość. i duma. bo w końcu zakończyłam cholerną sesję! poszłyśmy z Paulą do Oskara. wtedy dostałam smsa. od Badzika. zmroził mnie. nie wiedziałam co mam zrobić. do oczu cisnęły mi się łzy. odpisałam mu. ale nie wiem czy dobrze zrobiłam. w takich sytuacjach żadne słowa nie są dobre. żadne zachowanie nie jest właściwe. ale chciałam mu pokazać, że może na mnie liczyć. że jestem z nim. że ma we mnie wsparcie. tylko tyle… nic więcej nie mogłam zrobić. humor popsuł się od razu. szczęście wyparowało. radość zniknęła w zakamarkach duszy. pojawiła się nostalgia. melancholia. refleksja. najgorsze, że u Pauli też. mimo, że go nie znała… ale takie coś trafi do każdego. próbowałyśmy prowadzić rozmowę dalej. jakby nic się nie stało. nie chciałam psuć tego spotkania. w końcu widujemy się tak rzadko. udało się. spacerowałyśmy nad Wisłą. śmiałyśmy się. zwierzałyśmy sobie nawzajem. snułyśmy plany na przyszłość. wszystko wróciło kiedy rozstałyśmy się pod Bagatelą. czekałam na tramwaj. i zaczęło mi się robić coraz bardziej smutno. pusto w środku. zapragnęłam żeby obok pojawił się ktoś bliski. i bez słowa mnie przytulił. tak bardzo mocno. nikogo nie było. zadzwoniłam do Aśki. płakałyśmy obie w słuchawkę. i chyba nam to pomogło. w jakiś sposób złagodziło ból. uśpiło go. cały czas to jest obecne w mojej głowie. ale już nie odciska takiego piętna jak we wtorek… jednak dłuższa refleksja nad tym wszystkim sprawia, że smutek wraca. niemoc. cierpienie. rozpacz. i pytanie dlaczego?! pytanie, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi…
w domu czeka na mnie prezent od Babci. nie wiem co to jest. powiedziała tylko, że się ucieszę. że to w pewien sposób pozwoli mi zmniejszyć moje wydatki. a ja zachodzę w głowę co to jest. różne rzeczy mi na myśl przychodzą. ale każdą po chwili odrzucam. bo to nie w stylu Babci. bo to by mnie nie ucieszyło. bo to niesie za sobą dodatkowe koszty. i podświadomie chcę już piątek. kiedy to pobiegnę od Babci. dostanę ten dziwaczny prezent. i będę mogła przenieść się w mój magiczny świat… :)

Standardowy

„nie można się tak od razu poddawać!”
te słowa doktora Koperskiego zawisną na moim lustrze. żebym co rano musiała na nie patrzeć. i żeby w końcu stały się dla mnie czymś oczywistym. a od dzisiaj będę je traktować jako motto życiowe! zdałam ostatni egzamin. jeszcze tylko zaliczenie ze statystyki. i jestem pełnoprawną studentką drugiego roku biofizyki! oczywiście histeria wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. po raz kolejny. ale los postawił na mojej drodze egzaminatora w osobie doktora Koperskiego. i nie wiem czy on jest tak nastawiony do każdego studenta? czy to było jednorazowe nastawienie? tylko dla nas? doświadczonych przez sesję? prawdę mówiąc nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie. wolę żyć ze świadomością, że to jest przyjazny studentom wykładowca. nie chciałabym się rozczarować. a takich ludzi jest naprawdę mało. a w przypadku Instytutu Fizyki można mówić o skamielinie moralnej! nie wiedziałam nic o efekcie J.J. Thompsona. a takie zagadnienie widniało na mojej kartce. siedziałam dziesięć minut. i zamiast coś sobie przypomnieć, układałam w głowie podanie o egzamin komisyjny. w końcu powiedziałam, że nie mam o tym pojęcia. nawet nie wiem od czego zacząć. poprosił indeks. zaczął wpisywać zaliczenie. nienaturalnie długo. kolejny raz zapytał czy z czymś mi sie to nie kojarzy. nieśmiało powiedziałam, że Thompson przepuszczał elektron przez pole elektryczne. chciałam coś jeszcze dopowiedzieć. ale Koperski mi przerwał. proszę narysować na tablicy jakby to wyglądało. i tak to się zaczęło. od słowa do słowa. zaczęło coś mi świtać w glowie. bo mieliśmy takie zadanie na kolokwium. i czytałam o tym w Griffithsie. przy dużej pomocy Koperskiego udało się! zdałam! i wtedy padły te znamienne słowa. :) z ręką na sercu powiem, że to kochany człowiek. jakby siedział tam z założeniem, że udowodni mi, że to umiem. że wiem o czym mówię. tak prawdę mówiąc przez te pół godziny u niego nauczyłam się więcej niż przez pół roku wykładów u Bieronia! każdy kto wychodził od niego mówił to samo. nie mogliśmy się nadziwić, gdzie on się uchował. w dzisiejszym świecie taka osoba! to naprawdę jest niewiarygodne…! sympatyczny. uprzejmy. miły. kulturalny. taki prawdziwy gentelman… a pierwsze wrażennie jest zupełnie inne. bije od niego chłó. brak uśmiechu. kamienna twarz. ale to pozory. które tak bardzo mylą… dzisiejszego dnia sporo się nauczyła. i to życia… a także przekonałam się, że czasem sesja poprawkowa może być nagrodą. nie karą! ;)