Standardowy

albo jest cudownie. albo jest tragicznie. na każdy z tych stanów mam tylko jedno antidotum. usiąść. i pisać. cokolwiek. byle na chwilę się zapomnieć. byle na chwilę było lepiej. byle wyrzucić z siebie wszystkie emocje. zazwyczaj takie wypisanie się pomaga. to tak jak rozmowa. tylko, że nikt nie przerywa w trakcie. nie neguje twojego zdania. nie chce koniecznie zdominować rozmowy. to trochę jak monolog. albo rozmowa z niemową. ty mówisz. a on słucha. może najwyżej potakiwać. ale masz prawo tego nie zauważyć. lub udać, że nie zauważasz. on i tak nic nie zrobi. najwyżej wyjdzie. a ty będziesz mówił dalej. do siebie. w przestrzeń. do ścian. do sufitu… byle tylko mówić. i z każdym kolejnym słowem będziesz czuł ulgę. początkowo będzie wydawać się to pozorne uczucie. ale z każdym następnym zdaniem będzie ono rosło w siłę. aż w końcu przestaniesz mówić. powiesz w duchu stop. po co dalej w to brnąć? to nieuchronny znak, że wyrzuciłeś z siebie wszystko. wszystkie emocje. i jesteś pusty w środku. prawie tak samo jak po całonocnym maratonie spędzonym u stóp sedesu. tylko nie masz kaca moralnego. bólu głowy. ani innych objawów fizycznych. czujesz po prostu ulgę. i pustkę w środku. ale to tylko chwilowe. bo zaraz wrócisz do rzeczywistości. zajmiesz się swoimi obowiązkami. swoimi rzeczami. i ta pustka zacznie się powoli zapełniać. albo czymś pozytywnym. albo negatywnym. ty już i tak nie masz na to żadnego wpływu. w chwili ekstremalnej kumulacji uczuć możesz zrobić to co zwykle. usiąść. i pisać, pisać, pisać… ja przestaję… zdaje się, że pomogło…

EDIT:
wczoraj jadąc na zajęcia słuchaliśmy relacji z meczu siatkarzy. przegrywaliśmy pierwszego seta. Tomek pomyślał sobie, że jak wygramy to już zawsze wszystko będzie dobrze. i wygraliśmy!! 3:2! :) a ja wierzę, że wszystko już zawsze będzie dobrze! :* że zawsze będzie tak cudownie jak jest eraz. a każdego dnia jest jeszcze bardziej miło. i wierzę, że tak będzie wiecznie… mimo wszystko… :*
kocham Cię… :* :*

Standardowy

zmieniłam szablon. wyboru dokonaliśmy wspólnie. :) kolejna wspólna decyzja. :)

EDIT:
Margot kazała mnie ucałować… czyż to nie jest urocze…??

Standardowy

patrzę w lustro. odruchowo marszczę brwi. i krzyczę z bólu. cholerne szwy! znów dały znać o sobie. widać jeszcze za wcześnie na takie gimnastyki… ale od początku. od poniedziałku jestem bogatsza o trzy szwy. które są rezultatem rozciętego łuku brwiowego. na początku optymistycznie zakładałam, że to nic takiego. że podjedziemy do domu. że przemyję to sobie wodą utlenioną. nakleję jakiś plaster. i na tym będzie koniec pieśni. pojawiła się Margot. nie zauważyła rany otwarto-krawiącej. więc i ja się nie odzywałam. bo wtedy były rzeczy ważniejsze. i mój problem był zdecydowanie drugoplanowy. ale nie według Margot. dowiedziała się o moim problemie przypadkiem. Tomek zapytał czy na pewno nic mi nie jest. na co Margot zareagowała od razu. lawiną pytań. co się stało? pokaż to. kilka słów pod adresem Tomka. że dlaczego nie powiedział od razu. przecież trzeba z tym jechać do szpitala. i to czym prędzej. bo to trzeba zaszyć. bo to rozcięte dokładnie na dwa centymetry. [zagadka dla amitnych. ile to Angstremów?] bo każda minuta zwłoki spowoduje, że mi tego nie będą chcieli zszyć. że takie rozpaprane to będzie się paskudnie goić. i długo. że dlaczego się nie odzywałam. dużo tego było. powoli zaczynałam odczuwać pulsujący ból w okolicy skroni. wsiadłyśmy do Skody. i pojechałyśmy do szpitala. wtedy nie przeszkadzała mi nawet sącząca sie z głośników muzyka klasyczna. o dziwo działała na mnie uspokajająco. i zaczęłam rozmawiać z Margot. początki jak zwykle bywają trudne. w takich przypadkach rozmawia się o szpitalach. wypadkach. i chorobach. więc tak sobie wymieniałyśmy poglady na różne sprawy. dopiero moje coraz bledsze lico spowodowało zmianę tematu. zaczęło nam się o wiele lepiej konwersować. i swobodniej. i jak to w takich chwilach bywa coś musi taką sielankę przerwać. i przerwało. musiałam wejść do sali B. Margot została na zewnątrz. a ja miałam poddać się operacji założenia szwów. zanim to nastąpiło był tak zwany wywiad środowiskowy. mierzenie ciśnienia. kłótnia z doktorem. żeby mi nie golił brwi. bo mimo wszystko chcę jeszcze pokazywać się między ludźmi. na szczeście pielęgniarka okazała sie być kobietą. wstawiła się za mną. i okrutny chirurg usunął nieznaczną ilość włosów. jak dla mnie to i tak za dużo. bo wyglądam niczym złośliwy klon Edyty Bartosiewicz. zakładanie szwów. ciągłe pytanie czy chcę znieczulenie. w końcu lekko podniesionym głosem powiedziałam, że chcę zeby szył. póki jestem w szoku. i nic nie czuję. bo faktycznie nie czułam bólu. lekkie ukłucie. potem drugie. supełek. drugi. i kolejne ukłucie. potem opatrunek. zastrzyk przeciwbólowy. oczywiście w mięsień. żeby mniej bolało. i żebym przez kolejne trzy dni umierała z bólu mięśnia. i ramienia. i najprzyjemniejsza rzecz. czyli opuszczenie sali tortur. na zewnątrz czekała lekkeo blada Margot. ale pewnie ja byłam i tak bledsza. opuszczamy szpital. udajemy się na Borek. żebym mogła zabrać parę rzeczy. bo Margot pod żadnym pozorem nie pozwoli mi spać na Borku. bo mogę się gorzej poczuć. bo może mnie głowa boleć. bo i tak nie zasnę po tym wszystkim. więc lepiej dla niej będzie jak będzie nas miała oboje pod jednym dachem. przynajmniej mniej sie będzie denerwować. nie sprzeciwiałam się. bo mimo wszystko ujęła mnie tym. że się martwi o mnie. że chce pomóc. że w ogóle jest. i jakby coś sie działo to mogę na nią liczyć… podróż z Huty na Borek. z Borku na Olszę. i po drodze jeszcze małe zakaupy w Almie. to wszystko zajęło trochę czasu. więc mogłysmy dalej prowadzić rozmowy o wszystkim i niczym. powoli zaczęły pękać wszystkie moje obawy. przestałam się jej bać. zaczęłam z nią swobodnie rozmawiać. praktycznie o wszystkim. a im temat był bardziej osobisty tym lepiej nam się rozmawiało. :) w domu powitał nas Kruzer. zalany łzami. roztrzęsiony. bo nie mógł spokojnie rowiązywać krzyzówek .bo cały czas myślał co się dzieje. Margot przytomnie udała sie do toalety. szkoda tylko, że pobiegła na górę. i zajeło jej to aż piętnaście minut. w tym czasie ja musiałam Kruzerowi wszystko opowiedzieć. w najdrobniejszych szczegółach. i udzielać wyczerpujących odpowiedzi na jej pytania. w końcu poszła. ze spokojnym sumieniem rozdupcać te swoje krzyżówki. a ja z Margot zaczęłam robić kolację. i podziwiałam ją w duchu. za to jaka byla cały czas. że nie dała się emocjom. starała sie być opanowana. i nie tracić zimnej krwi. i wiem jak dużo ją to kosztowało… Tomek wyglądał chyba gorzej ode mnie. tylko Wacor jak zwykle był radosny. i próbował rozładować atmosferę. jak na mój gust jego działania miały zupełnie odmienny efekt. wkurwiał wszystkich dookoła. a przynajmniej mnie. i Margot. bo Kruzer był radosny. jak to zwykle bywa, gdy usłyszy jakiegos dżołka. a Tomek miał serdecznie dość całego świata. po kolacji zostaliśmy odesłani do spania. i każda nasza wizyta na dole kończyła się tak samo. Margot była zła. że nie śpimy. że jeszcze coś chcemy. że dlaczego nie jesteśmy w łóżku. że dlaczego ja jestem bez łapci. że ona nas już nie chce widzieć na dole. to był ciężki wieczór. dla każdego z nas. spałam może ze dwie godziny. Tomek też. wydawać by się mogło, że tylko Kruzer nie narzekał na nic… ;) dopiero następnego dnia miały opaść z nas emocje. całkowicie. ale to już zupełnie inna historia… :) jaki jest morał z tej bajki? że tramwajem się nie ogolisz. a tak poza tym, że nie am tego złego co by na dobre nie wyszło. mam rozwalony łuk brwiowy. ale w zamian w końcu nawiązałam bliższą znajomosć z Margot. i zawiązałam z nią pakt przeciw mężczyznom. :)

EDIT:
mało adekwatne do sytaucji powyżej. ale samo przyszło. :)

[… – Ja już wiem – powiedział Maliszewski. – Przypomniało mi się. On tak jej mówił, że jak on ją tego, to będzie ich pierwszy krok w chmury. On to mówił tylko, że do wiersza. a ona tylko: „Boję się. Boję się.” i płakała.
– Może bała się bólu?
– Nie myślę – rzekł Maliszewski. – Nie myślę, żeby się bała bólu. To przychodzi potem. Życie, inni ludzie, plotka. Ale ten pierwszy raz to naprawdę jak w chmurach. Zakochani niczego nie widzą. [...]

Standardowy

za cztery dni Wacki pojadą do Paryża. czekamy na ten dzień chyba od miesiąca. właściwie to na ten tydzień. kiedy to będę mieszkać u Tomka. kiedy to będziemy zasypiać kolo siebie. i budzić się obok siebie. jeść razem śniadanie. obiady. kolacje. po prostu być ze sobą. tak zwyczajnie. niby to nic takiego. a jednak oboje cieszymy się na to jak małe dzieci. bo takie pomieszkiwanie razem dużo daje. umacnia związek. pozwala poznać się nawzajem. poznać swoje przyzwyczajenia. nawyki dnia codziennego. takie coś otwiera oczy na rzeczy pozornie niewidoczne. ale jak bardzo istotne… czasem dochodzę do wniosku, że już wiem o Tomku wszystko. czuję jakbym go znała od lat. a nie od sześciu tygodni i dwóch dni. wiem, że nic nie jest w stanie popsuć tego co jest między nami. nic. ani też nikt. znam jego paskudne nawyki. on zna moje. i nie staramy się ich w sobie zwalczyć. akceptujemy je. lub staramy się je zminimalizować odrobinę. pamiętam,że na początku denerwował mnie wygląd pulpitu na Tomka komputerze. jest na nim wszystko. od dokumentów. po programy. gry. albo foldery ze zdjęciami. banalna rzecz, ale jednak… irytowało mnie to. nie mogłam się w tym odnaleźć. powiedziałam mu o tym. ale bez aluzji, że ma coś z tym zrobić. ostatnio zauważyłam, że mój pulpit zaczyna wyglądać podobnie. pojawiają się na nim coraz to nowsze foldery. pozornie jest tam bałagan. a jednak ja świetnie się w tym odnajduję. :) ostatnio nauczył mnie jeść ptasie mleczko. coś czego nienawidziłam od małego dziecka. mama chcąc zrobić mi na złość kupowała je codziennie. ja chodziłam zła. bo miałam ochotę na coś słodkiego i na pewno tym czymś nie było ptasie melczko. a wczoraj? siedzieliśmy w salonie. i zasmakowałam w wedlowskim ptasim mleczku… :) to jest w tym związku cudowne. takie otwieranie się na drugą osobę. całkowite zaufanie jej. i oddanie się w całości. bez żadnego sprzeciwu. i bez żadnych obaw… codzienne zanurzanie się jeszcze głębiej w tą miłość. i odkrywanie, że to jest możliwe. że można kochać bardziej. i mocniej. z dnia na dzień. a to wszystko przy całkowitej wzajemności. i akompaniamencie teściów. bo solidarnosć z Margot to jednak coś fantastycznego… mimo, że jest ona (podobno) apodyktyczna… ;) a tak poważnie… każdemu życzę przeżycia czegoś takiego. bo miłość zmienia ludzi. i to bardzo. życie bez prawdziwej miłości jest trochę pozbawione celu. bo wszystko robi się dla siebie. a chodzi o to żeby dzielić się z kimś tą radością dnia codziennego. po to jest miłość. żeby razem patrzeć w tym samym kierunku. razem śmiać się. i razem płakać. po prostu być razem… :*

Standardowy

kanapka od Teścia…bezcenna…
kanapka od Teściowej…z masłem… a masło kupione kartą Mastercard. ;)