Standardowy

dzisiejszą bezsenną noc sponsoruje profesor E. Malec. :) ale nie dla nas. bo my o dziwo nauczyliśmy się na kolokwium. efekty będzie można podziwiać jutro. ale sam fakt… że jest to kolejna rzecz, którą robimy razem. i to dość efektywnie. to jest naprawdę imponujące… :)

Standardowy

jeszcze tylko trzy ćwiczenia. i koniec pracowni. koniec rannego wstawania we wtorek. koniec pisania wstępów teoretycznych. planów pracy. sprawozdań. koniec ze zwrotami. z zastanawianiem się jaki asystent będzie miał humor. o co będzie pytał. czy uda się wejść. jednym słowem koniec z pracownią! ale koniec jednego oznacza początek drugiego. qui pro quo. jak to zwykł mawiać dr Lecter. więc w zamian dostaniemy zbliżającą się wielkimi krokami sesję. bo już święta są coraz blizej. a po świetach niestety będzie tylko nauka do sesji. kolejne sześć egzaminów do zdania. zaliczenia do zdobycia. dożynki w marcu. bo bez nich czuję, że się nie obędzie… niestety raz na jakis czas uczelnia daje znać o sobie. nie można wiecznie nic nie robić. czasem trzeba napisać jakieś kolokwium. jak na przykład to w sobotę. tak w sobotę. to taki nowy zwyczaj na uczelni. żeby nie stracić ani jednej godziny ćwiczeń robimy sobie kolokwia w sobotę. wszyscy godzą się na to z uśmiechem na ustach. a potem za plecami mówią jaki to chory pomysł. ale nikt się nie odezwie. bo jeszcze czasem podpadnie profesorowi. albo zostanie zapamiętany. zapamiętany? czy naznaczony piętnem jego pamięci? bo to są dwie różne kwestie. czasem odnoszę wrażenie jakbym ciągle tkwiła w szkole średniej. na każdym kroku jest włażenie w dupę. podlizywanie się. klepanie z pamięci regułek. i wytykanie palcem tych, którzy nie godzą sie na takie przywileje. którzy poza studiami mają jeszcze jakieś inne ćycie. chocby na przykład przyjaciół. takie obce dla niektórych słowo. albo opatrznie rozumiane. bo dla mnie przyjaciel to jest żywa osoba. z którą mogę porozmawiać. wypić kawę. pójść do pubu. przyjacielem nie jest książka. przynajmniej nie dla mnie. jest ważna. ale są rzeczy ważniejsze. ostatnio na mojej wyimaginowanej wadze dokonałam pewnego pomiaru. nn jednej szalce nauka. świetne stopnie. stypendium. oferty pracy. a na drugiej przyjaciele. przeciętne oceny. pasja. i zaangażowanie. i sami sie domyślcie co przeważyło…
P.S. poszukuję chętnego kujona. może być ze wsi. byle się nie pchał. co by pomógł mi oszacować błąd pomiarowy na mojej wyimaginowanej wadze. bo niestety mój niski iloraz inteligencji może mi nie pozwolić na dokonanie takiego czegoś… ;)

Standardowy

najpiękniejszy tydzień już się skończył. przeszedł do historii. ale na szczeście jest nadal żywy w naszych wspomnieniach… na początku trochę się tego obawiałam. w końcu mieliśmy ze sobą spędzić tydzień. bałam się, że coś się może między nami popsuć. że nasze wady w końcu staną się widoczne. i zaczną nam przeszkadzać. że po prostu opadnie różowa mgiełka sprzed oczu… nic takiego się nie zdarzyło. co więcej ten tydzień jeszcze bardziej umocnił nasz związek. a mnie upewnił w tym co czuję. :) wspólne poranki. wspólne śniadanie. które w gruncie rzeczy było tylko w myślach. bo nigdy nie mieliśmy czasu go zjeść. ani nawet o nim pomyśleć. wstawanie na ostatnia chwilę. godzina spędzona w łazience. i bieganie po pokojach w poszukiwaniu zeszytu. albo istotnej części garderoby. albo zegarka. albo czegoś jeszcze. chyba raz udało nam sie zjeść śniadanie. tak na spokojnie. ale to była niedziela. więc nigdzie sie nie musieliśmy spieszyć. :) gdy sobie to przypominam nie mogę wciąż uwierzyć, że było tak idealnie. byłam pewna, że nic sie nie będziemy uczyć. pomyliłam się. nie pierwszy raz. zrobiliśmy sprawozdanie. Tomek nauczył się na kolokwium z analizy. ja nie wykazywałam w tym kierunku żadnej inicjatywy. więc on siedział w pokoju. nad Krysickim. a ja bezczelnie przeszukiwałam sieć w poszukiwaniu czegokolwiek. :) rostawaliśmy się tylko pod przymusem. czyli kiedy Tomek miał ćwiczenia na AGH. albo trening. podczas jego ćwiczeń ja byłam na wykladzie.w tym czasie wysłaliśmy do siebie ponad czterdzieści smsów. nadal jest to dla mnie niepojęte. widzieliśmy się całodobowo. a godzinne rozstanie napawało nas odrazą. i budziło ogromną tęsknotę. i owocowało smsami co sekundę. :) niestety podczas drugiego rozstania nie było tak różowo. Tomek pojechał na tenisa. ja zostałam w domu. z Kruzerem…! pierwotnie miałam się uczyć na pracownię. Kruzer grał w tetrisa. skończyłam pisać wstęp teoretyczny. plan pracy też. przeczytałam moze całość ze dwa razy, kiedy zaszczycił mnie wizytą w pokoju Kruzer. wybitnie nie szła jej gra w tetrisa. zreszą nic dziwnego. mało kto potrafi śpiewać i skutecznie grać jednocześnie. ;) weszła. i oczywiście zaczęła opowieść. maiłam nadzieję, że może po jednej sobie pójdzie. niestety tak się nie stało. miałam w tym swój skromny udział. bo zadałam jej jakieś pytanie. co zakończyło się tym, że Kruzer rozsiadł się w najlepsze na łóżku. i już nic nie mogłam zrobić. słuchałam. a po cichu liczyłam, że zadzwoni telefon. w njlepszym przypadku, że będzie to Margolcia. i zechce ze mną rozmawaić. czyli uratuje mnie przed każącą ręką Kruzera. na szybki powrót Tomka nie liczyłam. bo mgła sparaliżowała ruch w Krakowie na dobre. mijały minuty. a Kruzer gadał jak najęta. dowiedziałam się ze szczegółami jak wyglądało ich mieszkanie na Dywizjonu. jaka była jej mama. jak to bawiła się z Tomkiem i całą rodziną w lekarza. jak to kocha swoją siostrę. jak to jej jest dobrze z nimi wszystkimi. jaka to Margolcia jest piękna. trzaśnięcie drzwi przerwało tę męczarnię. Kruzer zaciekawiony zszedł na dół witać Tomka. :) ta dwudziestominutowa rozmowa zaowocowała tym, że według Kruzera jestem jej wiernym słuchaczem. a moje miękkie serce nie pozwala mi powiedzieć jej, że nie mam czasu. więc wczoraj słuchałam opowieści o białej damie… ale mimo wszystko cieszę się, że i Kruzer mnie zaakceptował. :) a po cichu czekam na kolejny wyjazd Wacków… najlepiej miesięczny… ;)