Standardowy

byliśmy dzisiaj w Narnii. Narnia to jest lotnisko na Ugorku. odkryliśmy to miejsce parę dni temu. zupełnie przypadkiem. szliśmy na spacer. żeby się trochę przewietrzyć po całodniowej nauce. i skręciliśmy w ulicę. idąc nią do końca doszliśmy właśnie do pasa startowego. a tam jest naprawdę magicznie… żółto-pomarańczowe światła latarni. śnieg leżący wszędzie. i taka pustka. i taka cisza. :) pierwszy raz jak tam byliśmy niebo było usypane gwiazdami. i nie było śniegu. szliśmy podziwiając niebo. i ciesząc się z naszego małego odkrycia. a teraz na spacery chodzimy tylko tam. coś w tym miejscu jest magicznego. bo nie nudzi nam się. za każdym razem odkrywamy coś innego. coś co sprawia nam obojgu radość. jak na przykład plac zaba. podobny do tego w Piwnicznej. od którego wszystko się zaczęło. muzeum z samolotami. do którego mamy zamiar się wybrać. jak tylko śniegi stopnieją. i zrobi się naprawdę cieplej. albo echo. takie prawdziwe echo. niosące się po całym lotnisku. aż do Nowej Huty… :)
a dzisiaj byliśmy w Narni cytrynką. ślizgaliśmy się nią po obldzonej nawierzchni pasa startowego. jakby to było auto terenowe. i robiliśmu inne jeszce cuda. a wszystko po to żeby choć na chwilę oderwa się od książek. zapomnieć o sesji. i egzaminach. i po prosyu być ze sobą… :*

Standardowy

znów zaczęłam się zastanawiać czy ja aby na pewno nie jestem za dobra na ten świat? zewsząd otacza nas samo zło. niesprawiedliwość.nieczułość na problemy innych. liczy się tylko JA. własny interes. o innych sobie przypominamy jak są nam do czegoś potrzebni. a to się nazywa interesowność. odnoszę wrażenie jakbyśmy na każdym kroku brali udział w jakimś cholernym wyścigu szczurów. tylko zastanawiam się po co?! i dlaczego przy tym wszystkim zatracane są jakiekolwiek ludzkie uczucia? ciekawa jestem czy ewolucja pójdzie z czasem w tym kierunku. czy to nie jest z nią w żaden sposób sprzężone. bo to byłoby w sumie ciekawe. świat za dziesięć lat. a tam same wybitne jednostki. ale wybitne w sensie kujony. bez życia towarzyskiego. i przyjaciół. w rubryce hobby wpisujące nauka. i używające słowa asertywność do absolutnie każdego aspektu życia. a do tego perfidnie interesowne. brzmi strasznie? a ja czekam na to aż świat taki będzie. bo już dochodzi do tego, że notatki się odkupuje. nie pożycza na moment. i biegnie z nimi do ksero. teraz światem zaczyna rządzi pieniądz. jeszcze trochę a dla mnie na tym świecie nie będzie miejsca. chyba, że przejdę jakiś wstrząs i stanę się jak reszta. ale ja tak naprawdę nie chcę. wolę by taka jaka jestem. za dobra… i za to notorycznie dostaję po dupie. ale co zrobić. życie staje się coraz bardziej niczym papier toaletowy…

EDIT:
a w ramach poprawy humory zabrałam się za ‚s@motność w sieci’ Pat. przeczytałam ostatnie rozdziały. post epilog. i na poduszce zrobiła się mokra plama od moich łez. i nadal chcę być taka. niech świat się zmieni. ja nie mam zamiaru… :)

Standardowy

ktoś kiedyś powinien napisać rozprawę naukową na temat ‚destrukcyjny wpływa nauki na studenta’. szczególnie w czasie sesji. bo tak prawdę mówiąc wtedy studenci uczą się najwięcej. jakby na to nie spojrzeć. taka jest smutna prawda. :) to co dzieje się z nami jak uczymy się razem przechodzi wszelkie granice przyzwoitości. dzisiaj Margolcia stwierdziła, że przed nauką przed nauką przyda nam się spacer. żeby mózgi doltenić. spali obiad. i w ogóle dla zdrowia to będzie dobre. dowiedziałam się, że mm nie wrzuca śniegu do domu. bo jak tak zrobię jeszcze raz to mi Margot wsadzi głowę w śnieg. nie powiem, ale brzmiało zachęcająco. gdyby drzwi się nie zamknęły pewnie bym skorzystała z jakże kuszącej propozycji-groźny. ;) spacer w naszym wykonaniu trwał około pół godziny. ja zaliczyłam chyba wszystkie zaspy po drodze. pierwsza była tuż przy domu. nie zdążyliśmy dobrze wejść w Pogodną. i Tomasz stwierdził, że to fenomenalny pomysł jak będę leże w zaspie. na Brogi chcieliśmy lepi bałwana. śnieg nie chciał się tak dobrze lepi. więc zrobiłam żywego bałwana z Tomaszka. :) do domu wróciliśmy jak obraz nędzy i rozpaczy. Tomek biały od śniegu. ja z mokrymi włosami. i śniegiem wszędzie. Margolcia nie skomentowała tego stanu rzeczy. ale chyba w głębi serca liczyła na to, że nie będzie z nami aż tak źle. jednak czasem jest jeszcze gorzej. a to wszystko jak za dużo się uczymy. :) bo nigdy mi się taka dziwna faza. a przynajmniej nie w takiej skali. ale jest w tym coś miłego. że nie tylko umiemy ze sobą być. ze jest nam ze sobą dobrze na każdej płaszczyźnie. ale, że mamy podobne poczucie humoru. że akceptujemy nasze nie do końca normalne zachowania. że umiemy się z nich śmiać. i zaczynamy się zachowywać podobnie. :)
a tak w ogóle o czekam na błogosławiony czas po-sesji. kiedy to w końcu będę mogła zrobi te multum rzeczy. na które teraz nie mam czasu. a które wiem, że w końcu muszę zrobi. a najważniejsze z tego wszystkiego jest ruszy wiersze. w końcu…! :/

Standardowy

idealne śniadanie? jak wiadomo takich nie ma. bo jest to uzależnione od naszego humoru. zachcianek. i innych rzeczy. ale można dążyć do ideału. na przykład amerykańska restauracja w Krakowie. Jeff. :) miłe panie kelnerki. inna sprawa, że kryterium ich przyjęć do pracy musiało być dość dziwne. wzrost nie więcej niż 170 cm bieżących. koniecznie blondynka. jak nie to szatynka. anorektycznie chuda. z jędrnym tyłeczkiem. żeby mogła nosić przesadnie krótkie spodenki jeansowe. ale w tym wszystkim nie miały sztucznych uśmiechów przyklejonych do twarzy. i nie siliły się na urzejmość. więc wybaczyłam im tę urodę. i tą chudość niczym Kate Moss. nie przejmując się swoją wagą szarpnęłam się na The All American. a nawet dwa. bo Tomuś chwilowo jest bankrutem totalnym. więc dwa zestaw śniadaniowe składały się z czego następuje. trzy jajka w dowolnej postaci. cztery plasterki bekonu. ociekający tłuszczem. ale przy tym jaki pyszny… :) dwie kiełbaski z grilla. tosty. zimeniaki zapiekane. masło tak pyszne jak nigdy jeszcze nie jadłam. i ekstra duża herbata. patrzyliśmy z zachwytem na nasze talerze. jedzenie na nich uchowało się mniej niż kwadrans. ale byliśmy naprawdę głodni. :) i na koniec jak to przystało na biednych studentów. daliśmy pani kelnerce napiwek. a co tam, że w portfelu mamy teraz tylko rachunki. i legitymacje studenckie. jak szale to szale. jak mieć gest to mieć gest. student też może… :)

Standardowy

czy można się zakochać drugi raz? i to w tej samej osobie? kiedyś bym powiedziała, że nie. a przynajmniej nie odważyłabym się tego powiedzie głośno. ale teraz… teraz jest zupełnie inaczej. :) to co się dzisiaj z nami działo. nie potrafię tego opisać słowami. jakbyśmy byli ze sobą od paru dni. a nie paru miesięcy. wszystko było takie nowe. takie inne. takie pierwsze. odczuwane inaczej. pełniej. mocniej. wrażliwiej. nigdy się tak jeszcze nie czułam. nawet na samym początku. kiedy to podobno wszystko jest podobno najpiękniejsze. i wtedy są najpiękniejsze chwile związku. a potem jest podobno rutyna. przynajmniej niektórzy tak twierdzą. a ja i tak wiem swoje. wiem, że teraz wszystko przetrwamy. i naprawdę będziemy ze sobą na dobre i na złe. nie tylko wtedy jak wszystko będzie się układało po naszej myśli. bo na tym polega związek. na tym polega partnerstwo. na tym polega miłość..