Standardowy

czasem szczere chęci to za mało. trzeba mieć sporo samozaparcia. nerwy ze stali. i anielską cierpliwość. bo chyba inaczej nie da się uczyć jak w domu jest Kruzer. Kreska. i złośliwy klon Kreski. Kreska sama w sobie jest chyba najmniej szkodliwa. krząta się po górze. i sprawia wrażenie osoby bardzo zajętej. szkoda tylko, że w sypialni jest włączony telewizor. i to dość głośno. a ona jest wszędzie tylko nie w sypialni. sytuacja jest znacznie gorsza na dole. tam jest też Kruzer. który ma szeroki zasięg działania. i jest niezwykle szkodliwy. najpierw mył okna ze złośliwym klonem kreski. mycie polegało na tym, że gęba jej się nie zamykała. i chcąc nie chcąc musiałam tego słuchać. teraz gra na organkach. coś w stylu pieśni pogrzebowych. a ja jestem na skraju załamania. każdy krok Kreski jest jak krok słonia. zastanawiam się kiedy to piętro runie. bo w końcu dębowe deski mogą nie wytrzymać biegania słonicy. z częstotliwością cztery biegi z pokoju do łazienki. w czasie mniejszym niż minuta. ale na szczęście Bóg istnieje. Kreska włączyła odkurzacz. i ta boska maszyna zagłusza wszelkie dźwięki. nawet Kruzer się przez to nie przebije.
a ja się chciałam tylko pouczyć…

Standardowy

jest koniec marca. a pogoda iście majowa. słońce. ciepło. ptaszydła już śpiewają. aż chce się uśmiechać od samego rana. i chce sie wyjść na ulicę. chcę się śpiewać. tańczyć. chce się być radosnym. właśnie tak! :) lubię takie dni. kiedy czas leci tak leniwie wolno. kiedy świeci słońce. kiedy chcę się ubierać w wiosenne kolory. mimo, że ich nie mam. kiedy chce się po prostu żyć. i co z tego, że nie robię kompletnie nic. że przedpołudnie spędziłam na oglądaniu Magdy. jakoś dobrze mi z tym. :) siedzę. i uśmiecham się sama do siebie. bez powodu. sztuka dla sztuki. chyba wiosnę czuć w powietrzu… :)

Standardowy

w natłoku ostatnich obowiązków kompletny brak czasu na cokolwiek. ale czasem da się wygospodarować choć chwilę na obejrzenie filmu. i to bynajmniej nie w nowo zainstalowanej na mieszkaniu telewizji. nadal specjalizuję się w oglądaniu nielegalnych filmów ściągniętych z internetu. ostatnio „diabeł ubiera się u Prady”. film nie zawierający głębszych treści. ale mimo to absolutnie wciągający. świat mody. świat pięknych ciuchów. świat zupełnie iny niż ten mój. może dlatego tak mnie to wciągnęło. szpilki od Jimmego Choo. torebka od Prady. pasek od Versace. spódnica od Hermes’a. bluzka od Chanel. i o czym marzyć więcej? :) ale jakoś to nie jest moje. nie wiem czy czułabym się naturalnie nosząc takie marki na sobie. stracza mi ten mój Orsey. i ostatnio New Yorker. i buty od Deichamnna. nauczyłam się kupować tylko w tych sklepach. i nie potrafię na przykład kupić butów nigdzie indziej. może sporadycznie w innym sklepie. ale ciężko. bo raz, że drogie. bo dwa, że za burżujskie. bo coś nie tak. i w ogóle to nie to. :) ostatnimi dniami do moich ulubionych sklepów dołączył H&M. ciekawa bielizna. i dodatki. i czasem znajdzie się jakaś perełka wśród ubrań. jak na przykład żółta spódniczka. w sam raz do sandałków. tylko poczekam aż ją trochę przecenią. bo moja studencka kieszeń nie wytrzyma wydatku rzędu 149zł na jedną rzecz. ;)

Standardowy

miałam jechać do domu. chciałam jechać. i nie pojechałam. tylko i jedynie ze swojej winy. wstałam o 6. szybko się umyłam. dopakowałam resztę rzeczy. czyli wrzuciłam do torby sweter. i bieliznę. weszłam do łazienki suszyć włosy. i wtedy usłyszałam szczęk klucza w zamku. zwiastujący powrót Grześka. wyszłam z łazienki po ubranie. i on już się tam znalazł. tylko na chwilę. jak mnie zapewniał. wyszedł. i wszedł raz jeszcze. była 6:25. musiałam wyjść o 6:30. ale Grzesiek miał to w dupie. bo on jest przecież najważniejszy na całym świecie! i nigdy nie patrzy na innych. siedział w łazience do 6:35. nie miałam szansy żeby zdążyć na autobus. ale nie przejmowałam się. bo mam jeszcze drugi zaraz. i powinnam zdążyć. w końcu wyszłam z domu. nie wiem jak to zrobiłam, że nie zabiłam Grześka. a miałam ochotę to zrobić jak mi zaproponował, że mnie podwiezie na Mogilskie. idąc w kierunku przystanku zastanowiłam się czy patrzyłam na sobotni rozkład jazdy. czy może jednak na dni powszednie. oczywiście, że na dni powszednie. autobus miał być 7:07. szkoda tylko, że ja miałam pociąg o 7:41. nie widziałam szansy żeby zdążyć usiadłam na tym cholernym przystanku. i w przypływie bezradności rozpłakałam się. po raz pierwszy czułam się tak okropnie. bo mimo wszystko chciałam jechać do domu. byłam na to przygotowana. w pewien sposób się cieszyłam. wróciłam do domu. i zaczęłam przeszukiwać internet. bo może uda się coś wymyślić. nic z tego nie wyszło. przed chwilą dzwoniłam do domu. przyjęli to nawet spokojnie. bez wyrzutów. może z lekkim żalem w głosie. moje pociąganie nosem przez płacz przyjęli za katar. a do domu pojadę za tydzień. może uda mi się na to lepiej zorganizować…

Standardowy

samotna w wielkim mieście. chyba to są najlepsze słowa na określenie tego co teraz czuję. pogubiłam się w tym moim cholernym życiu. i to bardzo. tak bardzo jak jeszcze nigdy. i nie wiem co mam zrobić. jak znaleźć właściwą drogę. czuję, że wszystko ucieka mi przez palce. a ja nie potrafię tego powstrzymać. snuję wielkie plany. które tak naprawdę nie mają prawa bytu. i mimo, że to wiem robię to. permanentnie. i uparcie. mówię głośno o czymś czego nie dokonałam. i czego nie dokonam pewnie nigdy. czy to nie jest tragiczne? jest. mam ochotę krzyczeć. rzucić wszystko. niszczyć wszystko co znajduje się w zasięgu ręki. stoczyć się tak nisko jak jeszcze nigdy. dotknąć najgłębszego dna. stoczyć się na sam dół najwyższej góry. ugrzęznąć w najbardziej grząskim bagnie. a najgorsze jest to, że jakby to się stało, to nie miałabym siły żeby to zmienić. ani siły. ani ochoty. co więcej chyba by mi ten stan odpowiadał. przypomina mi się słowa Lindy z pewnego filmu. „chyba jestem alkoholikiem. nie przeszkadza mi to. poza tym łatwo się zniechęcam. i dobrze mi z tym.” mi też z tym wszystkim dobrze. jestem leniwa. nie mam planów na przyszłość. żadnych ambicji. żadnych perspektyw. moja osoba nic nie rokuje. a co więcej dobrze mi z tym. i jakoś na razie nie mam ochoty tego zmieniać. czuję, że spadam na samo dno. i dobrze mi z tym. chcę tak spadać. powoli. żeby się za bardzo nie poobijać przy upadku. a potem będę tylko leżeć. i patrzeć pusto w niebo. jeśli z tak niska będę je mogła zobaczyć…

EDIT:
Bajka o całowaniu tak nam weszła w krew, że całujemy, a żaba chwilowo zajęta jest nową zabawką – telefonem komórkowym, samochodem, motorem – więc nie ma czasu się zamienić. Ale my przecież pod tą zielonkawą skórką widzimy barczyste ramiona, które uchronią nas przed złym światem. Wyłupiaste oczy zmieniają się w oczy zamglone od pożądania i obietnicy wielkiej miłości. A łapki, te wdzięczne, zdolne do skoków łapki, jeszcze się nam nie kojarzą z odskokiem ku innej pani, tylko ze sportami wodnymi.

Kasia Grochola. sprawiła, że się uśmiechnęłam…