Standardowy

mam serdecznie dość mojego mieszkania! z niecierpliwością wypatruję końca czerwca. kiedy to będę się stąd wyprowadzać. kiedy nie będę już mieszkać z Arytmiakiem. nie będę musiała słuchać jakie to ma cudowne studia. jakie moje są do niczego. że co ja w ogóle sobą reprezentuję. nie będzie jego Beaty-dziwki. nie będzie krzyków po nocy. nie będzie góry zmywania. nie będzie śmieci stojących w kuchni. bo on myśli, że śmieci same wychodzą. nie będzie w końcu śmierdzącego lenia. który nie umie nawet sprzątać!
gdzieś musiałam odreagować. powoli mam dość tego mieszkania. z dni na dzień coraz bardziej go nienawidzę. ale wiem, że muszę jakoś wytrzymać do końca czerwca. nie wiem jak to zrobię. bo zaciskanie zębów już od dawna nie pomaga… :/

Standardowy

sesja letnia powinna być zakazana. odwołana. przesunięta w czasie. cokolwiek. byle tylko tak nie katować studentów. za oknem słoneczko. piękna pogoda. a my co? musimy siedzieć w książkach. mimo, że egzaminy zaczynają się dopiero w czerwcu. i po co to wszystko? po to żeby mieć teoretycznie trzy miesiące wolnego. a wcale tak nie jest… życie studenta nie jest usłane różami.
sesja będzie trwała od 8 czerwca. mam nadzieję, że zakończy się 30 czerwca. a 29 będę mogła pić w PANie. lipiec wraz z sierpniem wolne. przeznaczone na nic-nie-robienie. leżenie na plaży. i smażenie się. ewentualnie leniwe pływanie w morzu. ale nic więcej. żadnego wysiłku umysłowego. we wrześniu praktyki. które będą z jednej strony bardzo pożyteczne. pouczające. i rozwijające. a z drugiej strony będą ciężkie. męczące. i wiele razy będziemy na nie kurwić. ale co z tego… byle do czerwca. i byle do przodu… ;)

Standardowy

jutro konklawe. a co robię ja? siedzę coraz bardziej zirytowana przed komputerem. i szukam z zacięciem godnym podziwu filmu. przypomniał mi się wczoraj. nie wiem skąd. miałam w głowie zwiastun. i fakt, że chciałam go kiedyś obejrzeć. i jedyne czego mi brakowało do pełni szczęścia to tytuł. taki malutki ale jakże ważny szczególik. zasypiając wczoraj intensywnie myślałam o zwiastunie. w nadziei, że może mi się przyśni tytuł. podobno czasem tak nasza podświadomość działa. ale nasza nie znaczy moja. darowałam sobie. ale cały czas mnie to męczyło. i nie dawało spokoju. więc postanowiłam, że znajdę ten film. choćby nie wiem jakby to było trudne. z pomocą przyszedł mi serwis filmweb. zaczęłam przeszukiwać pod hasłem melodramat. podając rok 2004 za premierę. bo tego też nie pamiętałam. ale wyników było multum. po przejrzeniu jedenastej strony spasowałam. wybrałam kraj. oczywiście USA. bo gdzie indziej można kręcić takie filmy. wyników tylko jedenaście stron. przeszłam wszystkie. i nic. zaczęła mi wzrasta energia aktywacji. i paradoksalnie coraz bardziej chciałam go znaleźć. spróbowałam pod komedia romantyczna. po drugiej stronie głupkowatych tytułów spasowałam. i nagle mnie olśniło! po mojej głowi zaczęło krążyć słowo innocence. nie wiem skąd przyszło. ale powtarzałam je w myślach dobrych parę razy. i po którymś z kolei dotarł do mnie, że tego szukałam. to był strzał w dziesiątkę! :)
oczywiście film nie jest amerykański. tylko australijsko-belgijski. gatunek połączenie dramatu i romansu. mogłabym szukać do świętego nigdy… ;) teraz oglądam sobie od czasu do czasu zwiastun. i łzy same płyną mi po policzkach… chyba nie jestem do końca normalna…

Standardowy

jak ja dawno nie piłam kawy. ostatnią chyba jeszcze w sesji. jak zdawałam egzaminy. ale dzisiaj tak ciężko otwierałam oczy, że uznałam ją za niezbędną… w obliczu nadchodzącej ogromnymi krokami sesji jest ona konieczna do przetrwania. z tej okazji powinny być wyprzedaże w sklepach. albo przynajmniej porządne zniżki dla studentów. ;)
oglądając wczoraj Magdę M. doszłam do wniosku, że tęsknię za Zakopanym. chciałabym znów tam być. jeść śniadanie. i patrzeć jednocześnie na Giewont. który naprawdę był na wyciągnięcie ręki. a nie był chamskim fotomontażem zrobionym w celach czysto reklamowych. brakuje mi tego rozkładu dnia. wczesnego wstawania. i chodzenia po górach aż do upadłego. bo taka była wyprawa na Gąsienicową. mordercza. długa. a jak by do tego dołożyć jeszcze niską temperaturę. śnieg na szlaku. miejscami zamieniający się w lód. i brak odpowiedniego obuwia. to już można z ręką na sercu tą wyprawę uznać za wykańczającą. ale chciałabym to powtórzyć. spacery w stronę słońca. albo leżenie na Gubałówce pod kocem. opalanie się. i przeklinanie pod nosem zapach pysznych rzeczy z grilla. i sama nie wiem jak to się stało, że pokochałam góry. nie wiem co się do tego przyczyniło. czy ta rodzinna atmosfera? która panowała na wyjeździe. czy obecność Tomka? czy może to, że był to wyjazd całkowicie wolny od nauki? bo ani przez chwilę nie myślałam o uczelni. o tym co nas czeka po powrocie. ważne było tu i teraz. może po prostu o wszystko się złożyło na cudowny i niezapomniany wyjazd. wyjazd, który długo będzie żywy w mej pamięci. wyjazd, który tak bardzo chciałabym powtórzyć. i powtarzać w nieskończoność…