Standardowy

walka racjonalizmu z marzeniami. i to a dwóch płaszczyznach… zaniepokojona jestem stanem mojego konta ERK. nic się nie zmieniło. ja wiem, że jest sobota. i nikt w taki piękny dzień nie pracuje. ale przelew zrobiłam wczoraj. liczyłam na to, że już dzisiaj będzie chociaż to zatwierdzone. niestety nie… no to może w poniedziałek w końcu zobaczę ‚potwierdzona’…
wczoraj w nocy zastanawiałam się czy każdy z nas ma takiego Sebastiana. co to wysłucha. pomoże. wyśmieje jak będzie trzeba. złapie za warkoczyk. chyba by było za pięknie jakby każdy z nas go miał. a tak bardzo by mi się teraz przydał. tylko po to żeby złapać za ten cholerny warkoczyk. i postawić do pionu… ale widzę pewne pozytywy w tym wszystkim. wracam do siebie. i do starych nawyków. spałam radośnie do 12.30. nie mam z tego powodu wyrzutów. od ponad pół godziny wybieram się do sklepu. na zakupy jedzeniowe. dobrze mi z tym. z moim lenistwem. i nieróbstwem. staram się znaleźć pozytywy w tym jakże niepozytywnym życiu codziennym… i szykuje się noc z Madzią… ;)

Standardowy

rozchorowałam się. akurat w dniu kiedy postanowiłam w końcu siąść do nauki. i nie wiem jakim cudem choróbsko mnie dorwało. czy to na skutek chodzenia w nocy bez bluzy. tylko w bluzce na ramiączkach. czy przez spanie przy otwartym oknie. bo Grzesiek nie pomyślał. i nie zamknął. bo i po co… nie znając przyczyny skutek się pojawił. w efekcie czego mam gorączkę. zaczątki bolącego gardła. i na szczęście w tym całym nieszczęściu nie ma kataru. co można uznać za duży sukces. ;) uczyć się nie potrafię. pierwsza próba skończyła się drzemką. około godzinną. druga próba zakończona kapitulacją. czytam zdanie po cztery razy. i nie potrafię powiedzieć o co w nim chodzi. w takim tempie, to może do przyszłego roku się uporam. z pierwszym rozdziałem. więc jestem taka. chora. i marudząca. i licząca na nagłe ozdrowienie…

EDIT:
i klamka zapadła. podanie wysłane. pieniądze na konto wpłacone. i kto wie. może będę studentką chemii UJ…? :)

Standardowy

nadszedł ten mój ukochany prawie trzeci rok. rok, w którym miałam zacząć chemię. a im bliżej tego tym więcej mam wątpliwości. czy na pewno dobrze robię? bo w tym momencie rozpoczęcie chemii niesie za sobą dość daleko idące plany. zaczynające się na literę ‚d’ i brzmiące jak doktorat. a wcześniej oczywiście obowiązkowa praca magisterska. i nie wiem czy to jest dobry pomysł. im dłużej studiuję, tym bardziej odarta z marzeń jestem. pamiętam siebie na pierwszym roku. pełna zapału młoda studentka. idealizująca rzeczywistość. trochę jeszcze nie do końca zorientowana w funkcjonowaniu aparatu zwanego uczelnia. a teraz? nie zostało nic z tej dziewczynki zaczynającej studia w wielkim mieście. z dnia na dzień łapię się na tym, że chce podjąć walkę racjonalizmu z marzeniami. który to raz? trzeci? czy może czwarty? wmawiam sobie, że zaczynam tą chemię dla spełnienia własnych marzeń. nie dlatego, że mam dwa warunki. i kompletnie nie idzie mi na tej cholernej sesji. ale coraz częściej wydaje mi się, że to ucieczka. ucieczka od tego co może mnie spotkać. i do tego jeszcze marzenia o doktoracie. dobrze wiem, że to nie dla mnie. ale ciągle o tym myślę. ciągle bym chciała spróbować. chociaż raz stać w pierwszym rzędzie. a nie słuchać zachwytów nad innymi. i prosić się o chwilę uwagi. to tak jak Sebastian powiedział o Magdzie. ‚przyjechała do tej wielkiej Warszawy z tego swojego zapyziałego Olsztyna…’ zmieńcie Warszawę na Kraków. a Olsztyn na Pabianice. i będzie wypisz wymaluj o mnie. z tą różnicą, że ja nie mam Sebastiana. który by przyjechał w środku nocy. tylko po to żeby złapać za warkoczyk. i postawić do pionu. a w stawianiu sobie za wysoko poprzeczki jest jeden plus. zawsze można przejść pod nią. tak jak to ja robię. za każdym razem. ale za kolejnym razem to przechodzenie pod coraz mniej boli… kiedyś na pewno będę mogła się na to kompletnie znieczulić…

Standardowy

‚Ewelina, przywracasz mi wiarę w ludzi…’nie wiem czym sobie na to zasłużyłam. bo ja tak naprawdę tylko oszukam dla nas mieszkania. i informuję na bieżąco o postępach. które na szczęście są. dzisiaj idę zobaczyć dwa. w poniedziałek mam jeszcze jedno. a pod koniec czerwca jeszcze jedno. to chyba jest tak jak mówi Grochola. że trzeba wierzyć. i mówić, że na pewno coś się znajdzie. a nie powtarzać, że nigdy nic nie trafimy. bo los słucha uważnie tego co mówimy…
wiarę w ludzi to odszykuję ja. Tomek pomaga mi jak może. podtrzymuje na duchu. szuka razem ze mną tego cholernego kwadratu. dzwoni jak coś znajdę. brak jakichkolwiek środków na koncie robi swoje. Paula ciągle przeprasza. że nie ma czasu. że jej tak potwornie głupio. a według mnie nie ma o co być głupio. ustaliłyśmy co najważniejsze.e co jest według mnie milowym krokiem. a sama cały cza dziękuje. cieszy się, że coś jest. interesuje się tym. a mogłaby przecież wybrzydzać. i mówić co jest nie tak. i sama placem nie ruszyć….
nie wiem co się stało. ale wstałam dzisiaj i tryskam optymizmem. mogłabym dobrą energię rozdawać na prawo i lewo. wiarę w ludzi. i wiarę w lepsze jutro…

Standardowy

jestem w szoku. i wyjść z niego nie mogę. jesteśmy dwa lata po maturze. a tyle się stało. tak dużo pozmieniało. i my sami się zmieniliśmy. jakbyśmy dojrzeli. dorośli do życia. co kiedyś było dla nas nieosiągalne… po rozmowie z Siwym jestem zadziwiona. zmianami jakie w nas zaszły. Piotrek zawsze się ślizgał z klasy do klasy. byle do przodu. i nie zmęczyć się za bardzo. taki beztroski chłopczyk. a teraz? kompletna zmiana. student. uczący się. przejmujący nauką. zafascynowany studiami. myślący o drugim kierunku. już nie ma tego dawnego Siwego. tego co to miał być kierowcą mafii Wicika. tego co to robił imprezy. i pytał czy wejście w kocią kupę oznacza szczęście. i zaczęłam się zastanawiać czy ja też taka jestem. taka zmieniona. i taka inna niż dwa lata temu… brakuje mi liceum. tej beztroski. tej nieodpowiedzialności. tego wkraczania w dorosłość. ale obawy przed zrobieniem tego decydującego koku. młodości. bo czuję się staro. jakby życie zaczęło mi przelatywać przez palce. i wiem, że nic już nie wróci… brakuje mi też ludzi. z dniem kiedy postanowiłam studiować w Krakowie zamknęłam pewien rozdział w moim życiu. pożegnałam rodzinne miasto. wiedziałam, że stracę kontakt ze starymi znajomymi. że będę musiała zacząć od początku. i tak było. poznałam nowych znajomych. mam nową paczkę. ale nadal brakuje mi tych z liceum. na wspomnienie tych beztroskich chwil łezka się kręci w oku. i aż chce się usiąść przy piwie. i wspominać. kiedy to byliśmy młodzi. chętni do zmieniania świata. pełni pomysłów. a teraz jesteśmy sterani życiem. bez energii. i tacy poważni. za poważni…