Standardowy

dzisiejsza depresja na początku dnia skłoniła mnie do paru przemyśleń. i podjęcia strategicznych decyzji co do kolejnego roku akademickiego. i czasu najbliższego. czyli potocznie zwanych wakacji. nie będę sobie postanawiać, że zdam wszystkie egzaminy. bo to groziłoby metamorfozą w Stachowicz. a ja mimo wszystko nie chę być nią. nie chcę być tak szpetna. tak niemiła. i tak wyalienowana z jakichkolwiek przejawów życia studenckiego. chyba, że życiem studenckim nazwać by wypad do kościoła co niedzielę. albo siedzenie w bibliotece instytutowej nad mechaniką kwantową. ale nie o Stachowicz miałam pisać. ;)
co do moich postanowień. to na dobry początek od października zapiszę się na angielski. po moim wczorajszym egzaminie jestem załamana. wiedza sama nie przyjdzie. nie uzupełni się sama. jedyne co zrobi sama to się ulotni. gdzieś daleko. i na tyle daleko żeby o niej skutecznie zapomnieć. dwuletni kurs. uwieńczony na koniec zdaniem CEA będzie doskonały. oczywiście w weekend. bo w tygodniu to wiem już jak się będzie kończyć. będę albo zmęczona. albo nie będzie mi się chciało iść. albo będzie tysiąc innych wydarzeń o niebo ważniejszych od angielskiego. :)co więcej stwierdziłam, że raz na dwa tygodnie będę czytać publikację fachową. oczywiście w języku angielskim. żeby oswoić się z dziwacznymi nazwami. które po polsku są już dla mnie chlebem powszednim. może z czasem po angielsku też się staną. oczywiście przy moim dużym wkładzie. :) zastanawiałam się nad innymi pożytecznymi rzeczami związanymi już stricte z uczelnią. ale zrezygnowałam z nich. jednak doświadczenie uczy. w tym roku też je miałam robić. nic z nich nie wyszło. więc dlaczego tym razem ma być inaczej? o rzucaniu palenia na dobre to chyba nie warto wspominać. bo to już wstyd ile razy próbuję. i ile razy okazuje się jak bardzo mam słabą tą cholerną silną wolę. ale spróbuję. i może większą motywacją będzie fakt, że mieszkam z palącą Paulą? :) i tak na koniec doszłam do wniosku, że raz w miesiącu będę wpłacać pewną kwotę na moje ekonto. nie wiem jeszcze jaką. ale może oscylującą w granicach 100 do 150 złoty. żebym miała za co żyć. i żebym za bardzo nie zbiedniała od tego. :) oczywiście to tylko mały wycinek tego co mam zamiar w swoim życiu zmienić. ale to chyba są najważniejsze rzeczy. zacznę od zaraz. żeby nie było. że jestem już zupełnie jak Judyta. co to obiecuję. i nic z tego nie ma. ;)

Standardowy

już się nie mogę doczekać wyjazdu do Chorwacji. kiedy to naprawdę będziemy wolni od nauki. obowiązków. i nawet jakbyśmy chcieli, to nie będziemy mogli nic zrobić. będziemy tylko leżeć całymi dniami na plaży. pić zimne piwo. a wieczorami wino na balkonie. gapiąc się przy tym na zachody słońca. i wsłuchiwać w szum morza… nie mogę się tego doczekać. a wiem, że to minie tak bardzo szybko. za szybko. i nadejdzie ten cholerny sierpień. kiedy to Tomek pojedzie do Wiednia. na cały miesiąc. a ja będę sama. daleko od niego. tęsknić. płakać co noc. pewnie pisać miliardy esemesów na sekundę. i skreślać dni w kalendarzu do Jego przyjazdu. boję się tego. bo to będzie pierwsze tak długie rozstanie. bez żadnej możliwości spotkania. bez możliwości przyjazdu ot tak. kiedy tylko się zapragnie. nie wiem jak to zniosę. kiedy tylko o tym zaczynam myśleć od razu łzy napływają mi do oczu. i w momencie się rozklejam. sypię się na kawałki. i czekam na cud. czekam, że pojawi się Brat Z Wyboru. złapie za warkoczyk. i postawi do pionu. a przecież dobrze wiem, że nie mam Sebastiana. że będę musiała sama sobie z tym radzić. nie wiem jeszcze jak to zrobię. ale czuję w kościach, że będzie dużo Magdy. dużo mieszania lodów z popcornem. i dużo filmów z łzami na końcu…