Standardowy

mezalians. szukałam znaczenia tego słowa w encykopedii. nie ma. sięgam w takim układzie po słownik synonimów. okazuje się, że jest to synonim słowa małżeństwo. jestem zaskoczona. i to nawet bardzo. bo żyłam, w przekonaniu że mezalians to jednak nie tak do końca małżeństwo. bo jest on popełniany przeciw czemuś. przeciw zwyczajom panującym. przeciw regułom. przeciw zasadom. często przeciw rodzicom. a małżeństwo to inna para kaloszy. to wzajemna miłość. akceptacja z obu stron. i robienie wszystkiego razem. nie przeciw. więc jak można mezalians uznać za synonim małżeństwa?! w takim układzie każdy związek zawarty w kościele jest mezaliansem. tylko czemu robiło się kiedyś wokół tego tyle szumu. i niepotrzebnego jak się okazuje zamieszania… czemu pan żyjący w mieście nie mógł mieć za żonę biednej chłopki ze wsi? albo czemu odrzucano oświadczyny biednego rolnika? bo chyba nie z tego powodu, że wybranka jego serca była bogatą arystokratką…? czemu w książkach temat mezaliansu jest bardzo często popełniany? skoro to jest zwykłe małżeństwo… nie wiem czy to ja jestem wypaczona. czy rzeczywistość nas wypacza. chcąc zmienić znane reguły gry na inne… może lepiej nie znać odpowiedzi na to pytanie. a moze najlepiej jest w ogóle nie zadawać takiego pytania… za bardzo jest kłopotliwe…
ale nadal dręczy mnie jedo pytanie. czy małżeństwo dziewczyny pochodzącej z typowo robotniczego miasta i chłopaka z królewskiego miasta jest mezaliansem…?

Standardowy

od wczoraj znów mam Internet. można powiedzieć, że wróciła do nas cywilizacja. koniec siedzenia w kafejce. koniec słuchania rozwrzeszczanych dzieciaków. w ramach zrobienia czegoś konstruktywnego i zarazem skorzystania z internetu postanowiłam dokończyć test z biologii komórki. coś co miało być łatwe okazało się nie takie łatwe. ale w efekcie końcowym zredukowałam liczbę znaków zapytania przy kolejnych numerkach. jeszcze nie do zera. ale pracuję nad tym. :) ponieważ konstruktywnej pracy nigdy dość zabrałam się za plan na przyszły semestr. myślałam, że to będzie bardzo proste. wpasować trzy razy zajęcia z chemii w nie za bardzo napięty grafik biofizyki. a jednak… trochę się musiałam nagimnastykować umysłowo. i fizycznie także. ale w efekcie patrzę na mój przyszły plan zajęć. i zastanawiam się poważnie gdzie w to wszystko wsadzę jeszcze angielski. ale jakieś pozytywy tak napiętego grafiku są. nie muszę sobie obiecywać, że będę chodzić na wszystkie wykłady. bo fizycznie nie dam rady. i dzięki temu nie muszę składać samej sobie obietnic bez pokrycia. :) poza tym schudnę. dużo zajęć. mało czasu. ciągle w biegu. świetne warunki do nie jedzenia. a to tego jeszcze stres żeby zdążyć na kolejne zajęcia. a wieczorem dla relaksu siłowania. i będę wygąadać niczym grecka bogini. ;)

Standardowy

wielkie odliczanie trwa. za dokładnie cztery dni jadę do Wiednia. z jednej strony doczekać sie nie mogę. a z drugiej strony boję się… tych jedenastu godzin podróży. tego nowego miejsca. nigdy nie jechałam sama w podróż zagraniczną. i to mnie trochę przeraża. i ta długa podróż. jedynym plusem jest to, że jadę na noc. jest szans, że to po prostu prześpię. obudzę się w Wiedniu. spojrzę za okno. i zobaczę Tomka… :)
czeka mnie jeszcze spakowanie się. ale to oczywiście zostawiam na ostatnią chwilę. bo jeszcze nigdy nie spakowałam się dwa dni wcześniej. w najlepszym wypadku będę gotowa w sobotę wieczór. ale jak znam siebie to pewnie cały proces odbędzie się w niedzielę. w wielkim pośpiechu. nerwach. przy akompaniamencie awantur. i nerwowej atmosfery. :)
i mam nadzieję, że na Praterze Tomek wygra mi takiego dużego pluszaka… ;)

Standardowy

drugi dzień nieobecności Tomka. a mnie się wydaje jakby wieki minęły. czuję się samotna. opuszczona. są chwile kiedy zupełnie nie wiem co ze sobą zrobić. dzisiaj postanowiłam sobie, że nie będę płakać. udawało się. do momentu kiedy napisał mi smsa. niby normalny. taki jak zawsze. a jednak teraz każda taka wiadomość powoduje coś dziwnego. tam w środku. i nie mogę powstrzymać łez…
dzisiejszy spacer po Krakowie też był inny. niby wszędzie biegiem. żeby zdążyć. żeby wszystko załatwić. ale jednak było inaczej. tak smutno. i odrobinę nostalgicznie. każde miejsce przypominało mi Jego. wszędzie widziałam Nas… smutne jest to miasto w pojedynkę. a i ja nie umiem już być sama. staram się być silna. radzić sobie. ale już nie umiem. i ten cholerny wyjazd coś dał. pewność. jeszcze większą niż poprzednio. ale potrzebne jest takie coś w każdym związku…
jeszcze tylko 23 pierdolone dni… :*

Standardowy

ledwo wróciłam i ani chwili wytchnienia. bieganie. załatwianie spraw. i ciągła walka z czasem. chyba od tego odwykłam. ale to dobrze, że mam tyle na głowie. nie będę myśleć o tym, że facet którego kocham jest w tej cholernej Austrii. :(
wczoraj dowiedziałam się, że dostałam się na chemię. w domu internetu nie ma. nie ma to jak przeciwności losu. pobiegłam do kawiarenki żeby dopełnić formalności. i oczywiście nic nie zrobię. bo nie mam ze sobą świadectwa dojrzałości. więc czeka mnie jeszcze eskapada do domu. i z powrotem tutaj. a wychodząc z domu miałam taką myśl żeby zabrać ksero świadectwa. jak się nie ma w głowie, to się trzeba nabiegać… i tylko mam nadzieję, że zdążę na pociąg na 15…
Marta obiecała mi przelać pieniądze na konto. oczywiście kasy ani widu ani słychu. mimo zapewnień, że przesłała. i to ponad trzy tygodnie temu. nie wierzę żeby banki pracowały aż tak powolnie… ale teraz nie mam do tego głowy. mam nauczkę na przyszłość. nie pożyczać nikomu aż takich pieniędzy. bo się ich potem nie zobaczy…