Standardowy

moje ideały zmieniły się. jakbym drobnymi krokami wchodziła w dorosłość. smakowała innego życia. uczyła się, że tak też może być. że istnieją różne drogi. że można żyć tak jak dawniej. kiedy to ważni byli ludzie. a wszystko inne było tylko dodatkiem. a teraz jest zupełnie odwrotnie. to alkohol jest na pierwszym miejscu. a rozmowa i przyjaciele schodzą na dalszy plan. spotkania z okazji imienin to okazja żeby się upić. a nie spotkać z przyjaciółmi. i porozmawiać na spokojnie. a przy okazji napić się lampki dobrego wina…
gdzieś w głębi duszy marzyłam o takim przebiegu imienin. czy innych „zasiadówek”. bez litrów lejącego się alkoholu. bez przekrzykiwania się nawzajem. bez telewizji w tle. pragnęłam takiej atmosfery spokoju. relaksu. zadowolenia. wzajemnej pomocy. i czerpania z tego radości. miło było patrzeć jak gospodarze razem podają kolejne dania. jak razem sprzątają ze stołu. jak wzajemnie się uzupełniają. i robią to bez krzyków. i nie muszą się o to wzajemnie prosić. wystarczy spojrzeć. wszystko staje się jasne…
zastanawiam się teraz czemu tak jest. że na dalszy plan schodzą ci z pierwszego. że tak bardzo zmienia się mój system wartości. może znalazłam potwierdzenie swoich marzeń. przekonałam się, że to nie tylko marzenia. ze tak jest. i tak może być. i nie wymaga to poświeceń. tylko chęci z obu stron…

Standardowy

jestem chora. ale w końcu to musiało się zdarzyć. przebywanie w ciągu doby z dwoma chorymi osobami musi skutkować chorobą trzeciej osoby. jednym inkubatorem grypy jest Tomek. drugim Paula. i to chyba ona jest tym gorszym. nie mówi. bo nie może. nie je. bo też nie może. nie wie czy ma temperaturę. bo nie może zmierzyć. skutek wczorajszego stłuczenia przeze mnie termometru. tym samym ja też nie wiem czy mam temperaturę. w najgorszym wypadku mam stan podgorączkowy. który jest w moim przypadku bardziej zabójczy niż gorączka. do Instytutu nie poszłam. żeby się nie dobić do końca. i nie zarazić innych. uczyć się nie mogę. czytanie jest dla mnie ogromnym wysiłkiem. łzawią mi oczy. boli wszystko. nawet jeść mi się nie chce. ale to chyba jest skutkiem wczorajszej kolacji z Caseyem. ;)
oby jutro było lepiej…

Standardowy

sesja ciągnie się w nieskończoność. a jednak czas tak szybko ucieka. pamiętam jakbym wczoraj poszła po raz pierwszy do Instytutu. taka wystraszona. niepewna. a jutro zacznie się ostatni tydzień chodzenia tam. właściwie ostatnie cztery dni. bo w piątek nie pójdę już… będzie mi tego brakowało. rannego wstawania. stania w korkach na Opolskiej. siedzenia z Betondurem. i liczenia ile ciasteczek zjadł. picia herbatki przy HPLC. biegania od laboratorium do laboratorium. sępienia czekoladek od Babuni. i podświadomego czekania na wyjście już do domu. a potem czekania na kolejny dzień w Chełmie. kto wie czy tam jeszcze wrócę…
korzystając z resztek weekendu bez książek zabrałam się za porządki w pokoju. ubrania znalazły się w szafce. w szufladach. albo w pseudo-szafie. buty leżą w pudełkach. a nie stoją w pokoju. książki są równo poukładane na półce. nie ma walających się zużytych chusteczek. łóżko zaścielone. nawet rolety odsłonięte. żeby ostatnie promienie wrześniowego słońca mogły padać na parkiet. nawet zdobyłam się na wyprasowanie płaszczyka. jeszcze tylko zostaną mi do zrobienia spóźnione piątkowe zakupy. i będę mogła przejść do tego co nieuchronne. a czego nazwy nie chcę pisać. ;)
niebo jest pięknie błękitne. słońce leniwie zagląda w okna. nawet lekkiego wiaterku nie ma. i tylko słupek rtęci brutalnie przypomina nam o porze roku…

Standardowy

Pod Budą obchodziło swoje trzydziestolecie estradowe. koncert na Rynku. wstęp wolny. krzesełka dla VIPów. starcy siedzący przy kawiarnianych ogródkach. młodsi zgromadzeni pod sceną. mieszanka wiekowa. i pokoleniowa. od malutkich dzieci na rękach rodziców. po zupełnie starych ludzi. ale nic dziwnego. Pod Budą jest chyba jednym z nielicznych takich zespołów. ni to poezja śpiewana. ni to jazz. trudno jednoznacznie nadać im jakaś etykietkę. nie da się ich zaszufladkować. jest to miłe dla ucha. ich piosenki są prawdziwe zawsze. i wtedy, kiedy je pisali. i teraz, kiedy śpiewają je po trzydziestu latach kariery estradowej. nie straciły na wartości. są nadal ważne. nadal na czasie. a przy tym takie magiczne. bo nie wiem jak można śpiewać o czymś zwykłym w zupełnie niezwykły sposób… a oni to potrafią. cudownie sie ich słuchało na Rynku. będąc w objęciach ukochanej osoby. czuć jej ciepło. i słyszeć, że „złote nuty spadają na Rynek…”
a potem przystanek w Loch Camelot. tylko na złapanie oddechu. na chwilę bycia razem. i znów cudownie było siedzieć w oknie Camelotu. patrzeć na ulice. pić grzany miód. jeść maliny z nasączone nalewką. i nie martwić się zupełnie niczym. jakby czas się zatrzymał miejscu. i bylibyśmy tylko my. reszta nieważna. mało istotna. tylko tu i teraz… a potem brutalny powrót na Rynek. i do rzeczywistości. do rozwrzeszczanego tłumu. zataczających się panów. roześmianych pań. zatłoczonych autobusów. ale i tak było cudownie… :*

Standardowy

Alchemia. magiczne miejsce. na magicznym nadal dla mnie Kazimierzu. wystarczy jeden krok i jest się w zupełnie innym świecie. trzy sale. w każdej inny klimat. mieszanka kultur. osobowości. dymu papierosowego. cygar. fajek. różne języki wibrują w powietrzu. drinki. desery. kawy. piwo. wszystko czego tylko człowiek pragnie. a do tego zgromadzone w jednym miejscu. brak komercji. brak szpanu. muzyka z cyklu idących pod prąd. wszystko na wysokim poziomie. a przy tym z klasą…
byliśmy tam wczoraj. żeby się zapomnieć. wypić lufkę na dobry początek. powspominać. pośmiać się. i to tak żeby brzuch bolał. warto było. mimo wszystko… bo życie jest tylko jedno. i nie można go tracić na siedzenie w domu. płakanie. i użalanie się nad sobą. trzeba z niego czerpać garściami. nie czekać na lepszy moment. bo każdy moment jest dobry. trzeba go tylko zauważyć. :)