Standardowy

było już naprawdę dobrze. siedziałam w tej cholernej kuchni jak za karę. ale robiłam zadanie za zadaniem. wychodziły mi. dawałam radę. byłam z siebie zadowolona. a potem Paula zaczęła się szykować na Andrzejki. a ja siedziałam jak Kopciuszek. i wiedziałam, że nic tego nie zmieni. że będę siedzieć sama w domu. otoczona książkami. czuję się jakbym przestała żyć. jakbym tkwiła uwięziona w jakiejś niezrozumiałej czasoprzestrzeni. i cały czas mam przed oczami obrazki z przeszłości. i ona wydaje się być taka inna. i ja już nie wiem czy wtedy byłam szczęśliwsza. czy teraz jestem. nie wiem co to jest szczęście. nie umiem żyć dla siebie. stałam się jakąś istotą. nawet nie umiem tego nazwać… a ja nie chcę takiego życia. nigdy nie chciałam. przecież zawsze miałam w koło siebie masę ludzi. nigdy nie byłam sama. zawsze miałam kogoś obok. zawsze mogłam do kogoś napisać. zadzwonić. komu się wyżalić. każdy potrafił mnie pocieszyć. rozśmieszyć. a teraz co? tkwię ze wszystkim kompletnie sama. nikt do mnie nie podchodzi. ani ja tego nie robię. i wszystko to za cenę szczęścia?! czy to na pewno jest szczęście? raczej nie. i ja nie chciałam tego nigdy dla siebie. ja chciałam budzić się co rano z uśmiechem na twarzy. chcieć rano wstawać. czekać z niecierpliwością na kolejny wschód słońca. a nie modlić się o jak najszybsze zakończenie dnia. o siłę. która pozwoli mi wstać z łóżka. i która pozwoli mi jakoś dotrwać do końca dnia… kiedyś to była ostateczność. a teraz jest to jedna z alternatyw. bo ja nie chcę takiego życia…!

Standardowy

czy można być jeszcze bardziej dorosłym? a może ja nigdy nie byłam dorosła? tylko tak mi się wydawało? w końcu dowód osobisty to nie jest wyznacznik. o tym chyba świadczy coś innego. przeżycia, którymi jesteśmy naznaczani. decyzje dnia codziennego. i chwile, kiedy z nostalgią patrzymy wstecz… trzeba sobie radzić na nowo. trzeba udźwignąć ciężar życia. trzeba robić swoje. i nie patrzeć na boki. przypominają mi się moje postanowienia sprzed października. szlag je trafił. a może nie tak do końca? może jest jeszcze szansa. w końcu nie wszystko jest stracone. i zły początek nie oznacza takiego samego końca. ale to tylko spekulacje… na które zuepłnie nie mam czasu. bo czym są takie gdybania? czym jest czas? niczym… przychodzi dzień, w którym wszystko to staje się nieważne. kiedy nasz sytsem wartości ulega drastycznej zmianie. kiedy wszystko staje na głowie. i kiedy trzeba się w tym odnaleźć. dobrze, że nie trzeba robić tego samemu. w końcu każdy z nas ma dwie ręce. trzeba je tylko wyciągnąć. i wsuną się w nie dwie inne ręce. można krąg zamknąć. albo czekać na kolejne dłonie. mój chyba się zamknął… ale dobrze mi z tym. przynajmniej jest on przepełniony szczerością…

Standardowy

że Cię nie opuszczę aż do śmierci… kiedyś te słowa były tylko pięknymi słowami wypowiadanymi w dniu ślubu. potem różnie już bywało. kiedyś naiwnie wierzyłam, że ta przysięga ma magiczne działanie. że ludzie naprawdę się kochają. są sobie wierni. świata poza sobą nie widzą. życie to zweryfikowało. okrutnie i brutalnie. przestałam z dnia na dzień wierzyć w szczęśliwe małżeństwa. nawet z krótkim stażem. o tych z długim wcale nie myślałam. bo z czasem miłość przeradza się w przywiązanie. ale jak już zaznaczyłam życie uwielbia nam płatać figle. i zaskakiwać wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. i o dziwo nie tylko negatywnie. tak jak dziś…
dzisiaj na nowo uwierzyłam w prawdziwą miłość. uwierzyłam, że przysięga coś znaczy. że nie są to tylko piękne słowa na ten jeden dzień. że mogą one być obecne każdego dnia. że są ważne. wzruszenie odbiera mowę. czasem wciska łzy w oczy. czasem powoduje pojawienie się tych śmiesznych motylków w brzuchu. dzisiaj spowodowało pojawienie się nikłego uśmiechu na mojej twarzy. motylki zafalowały swoimi cienkimi niczym pajęcza sieć skrzydełkami. a nadzieje powróciła do mego serca… ale to nie wszystko. pojawiły się łzy. łzy cierpienia. bólu. smutku. i rozpaczy. że życie jest takie niesprawiedliwe. że potrafi zadać tak głęboką ranę. ranę, która być może nigdy się nie zagoi. i za co to wszystko? za odrobinę radości? szczyptę szczęścia? parę najpiękniejszych lat życia? zastanawiałam się czy warto płacić tak wysoką cenę? warto! mimo wszystko… bo życie jest jedno. i trzeba je dobrze wykorzystać. żeby nie żałowało się niczego… z mojego trwającego 407 dni życia nie żałuję niczego. parę rzeczy bym zmieniała. ale nie są to radykalne zmiany… a na dodatek ciesze się, że wiara wróciła do mego serca…
dziękuję za to…

Standardowy

wielkimi krokami zbliża się ten dzień. boję się go niesamowicie. nie chcę go. chcę żeby już było po nim. na samą mysł o tym łzy napływają mi do oczu… starałam się jakoś trzymać przez ostatnie dwa dni. i chyba mi szło. a dzisiaj mam jakiś kryzys. ciągle myślę o poniedziałku. o tym jakie to będzie dla mnie trudne. ile będzie łez. bólu. cierpenia. smutku. i po raz kolejny wraca pytanie bez odpowiedzi. czemu ten świat jest aż tak bardzo niesprawiedliwy? nie wiem jak dam sobie radę. będę z rodzicami. ale chyba wolałabym być sama. lepiej bym to zniosła. czasami odnoszę wrażenie, że oni nie rozumieją tego co ja teraz przeżywam. że dla nich to nic nie znaczy. nie wiem? nie myślę o tym. bo ich postawy nie zmienię. a przy próbach zmienienia ich tylko stracę niepotrzebnie nerwy… wolę trzymać w sobie moje uczucia. i nie dzielić się nimi z osobami, które tego nie chcą. ważne jst to co noszę w sercu. wiedzą o tym ci, którzy mają wiedzieć. a resztę to nie interesuje. albo się nie dowie nigdy. bo to nie jest dla nich przeznaczone…
częściej teraz też zastanawiam się jak to będzie po. czy zacznie się to wszystko jakoś stabilizować? czy damy sobie radę? będziemy musieli wrócić do codzienności. do swoich obowiązków. walczyć ze swoją słabością na początku. co wcale nie jest takie łatwe. miałam się już okazję o tym przekonać. ale nie poddam się. nie tym razem. będę walczyć do końca. i będę silna nie tylko dla siebie…