Standardowy

Dzisiaj wróciłam do Krakowa. I po raz pierwszy od dawna dzień był tak udany. Od początku do końca. Pobyt w domu wyjątkowo nie był męczący. Nie odliczałam dni do powrotu tutaj. One same jakoś zleciały. Odpoczęłam… I to bardzo. Potrzebowałam tego. I sama o tym nie wiedziałam. Lub nie potrafiłam się do tego w duchu przyznać. Zmiana otoczenia wyszła mi na dobre. Akumulatory zostały naładowane do granic możliwości. I chyba na długo tak pozostaną. Ale tęskniłam… Tylko to uczucie spoczywało głęboko ukryte. I nie zostało dopuszczone do głosu. Tylko nie wiem przez co… Przy kolacji dotarło do mnie jak bardzo chciałam tu wrócić. Jak bardzo mi brakowało takich zwyczajnych rozmów o niczym z Margolą. Popijania herbaty przy nich. Tej całej otoczki, która sprawia że czuję się tu tak wyjątkowo. I do tego mogłam ten dzień spędzić z rodzicami. Jak tak siedzieliśmy przy kolacji przez głowę przmeknęła mi myśl, że możemy być kiedyś fajną rodziną. Taką naprawdę fajną. Ciepłą. I serdeczną. I że dzień, w którym się to stanie będzie najpiękniejszym dniem w moim życiu…
A kolacja? Dużo stresu na początku. I dużo miłych chwil później. Czas spędzony w cudownym towarzystwie. Na miłej rozmowie na każdy temat. Bez skrępowania. Bez niezręcznej ciszy. Jakby naprawdę zaczynali coraz bardziej się lubić. I w pewien sposób powoli żżywać. A na pewno zaczynają się lepiej poznawać. Bardzo się z tego cieszę. W końcu w moich marzeniach tak to miało wyglądać! Może nie do końca tak jak było… A może jednak…? Przecież liczy się to co w sercu. To w co wierzymy. A ja wierzę, że dzisiaj przy kolacji byliśmy wszyscy razem. Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się. Wspominaliśmy. Po prostu spędzaliśmy miło czas. A teraz zastanawiam się czy taka rodzina, jaką my będziemy kiedyś, nie jest lepsza od takiej prawdziwej? Czy my nie będziemy się bardziej szanować. Bardziej sobie pomagać. Nie będziemy mogli bardziej na siebie liczyć. Może to wpływ chwili. Może to jeszcze ten optymizm i euforia ze mnie nie opadły. Ale ja w to wierzę… W końcu dzisiaj w Margoli zobaczyłam moją drugą mamę…

Standardowy

los jest tak niesprawiedliwy. i każe nas tak okrutnie. i racją jest, że moje problemy znikają. bo czym one są w porównaniu do tego co się stało. kompletnie NICZYM. są tak nieważne jak to ile śniegu spadło zimą ’76. są przez kilka chwil. a potem w tajemniczy spoób zniakją. a to nie znika. to tylko usypia. sprawia, że nie myślimy o tym cały dzień. odsuwamy myśli w kąt. albo nie dajemy dojść prawdzie do głosu. i w chwilach jak ta powraca to z jeszcze większą mocą… wstydzę się dzisiejszego zachowania. mam poczucie jakbym zawiodła na każdej płaszczyźnie. w końcu obiecywałam coś innego. a co zrobiłam? stchórzyłam. byłam za bardzo przejęta moimi problemami. które prawdę mówiąc rozwiązały się same. które są tak bardzo nieważne. bo czym jest to wszystko wobec wieczności. nieważnym. nieważne jest ubranie. niewązny jest wygląd. nieważne jest stanie kilka godzin przed lustrem. ważne jest to jakim się jest człowiekiem. co ma się w środku. otoczka zewnętrzna jest tak całkowicie nieważna. i nieistotna. ale żeby coś takiego zrozumieć trzeba coś takiego przeżyć. wtedy światopoglad zmienia się diametralnie. i przewartościowaniu ulega wszystko. nieważne staje się ważnym. a ważne staję się ważnym inaczej. warto czasem spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. ale nie każdy to potrafi. i nie od każdego należy tego wymagać…
chciałabym dokonać pewnego wyboru w życiu. świadomego wyboru. być pełną profesjonalizmu bez udziału w tak powszechnym wyścigu szczurów.
pomożesz…??

Standardowy

Lista planów na powrót do domu:
1) "Nigdy w życiu!" raz
bo mimo, że jestem szczęśliwa jak nigdy, to Judyta jest nadal częścią mnie.
2) muffinki
chodzą za mną jak dawno nic. a ponieważ foremki do babeczek mam, więc nic nie stoi na przeszkodzie.

Lista planów na przyszłość:
1) wjechać na wieżę w Łagiewnikach i zobaczyć krzyż na Giewoncie
żeby powróciły wspomnienia z maja. żeby myślami być choć na chwilę w górach. żeby sobie przypomnieć te śniadania z widokiem na szczyt Giewontu.
2) przywieźć do Krk Grocholę
na ciężkie chwile jest najlepsza. nic tak mi nie pomaga.
3) znaleźć czas na przeczytanie choćby jednej ksiażki w miesiącu.
książki, której nie czytałam. i nie naukowej. nie sam nauką człowiek żyje.
4) raz w tygodniu ugotować coś.
moje gotowanie jest na żenująco niskim poziomie. i to się musi zmienić. ;)

Standardowy

wszyscy wpadają w świąteczny szał. prezenty. zakupy. choinki. bańki. ozdoby. siano na stół. opłatek. a ja stoję z boku tego wszystkiego. przyglądam się. niczym bierny obserwator. i jakoś nie kwapię się żeby się do tej ogólnej bieganiny przyłączyć. nie przepadam już za świętami. kiedyś były inne. bardziej rodzinne. a teraz? wszystko w biegu. w pośpiechu. wszystko na ostatnią chwilę. takie odwalone. zeby tylko było. żeby zachować tradycję. pocieszające jest to, że one same  wsobie szybko mijają. wigilia. pierwszy dzień świąt. potem drugi. i koniec. parę dni wolnego. których nigdy nie odczuwam. bo muszę siedzieć z nosem w książkach. i niecierpliwe odliczanie na powrót do Krk… może w tym roku uda się tu wrócić z rodzicami… czasem się zastanawiam czy ja mam za wysokie wymagania w stosunku do nich? przecież bycie tutaj ze mną chyba nie jest aż takie trudne do wykonania? nie tylko ja tego potrzebuję. nie robię tego dla siebie. ale dla innych. bo wiem, że tak będzie choć minimalnie lżej. mimo, że to minimalnie będzie prawdopodobnie w ogóle nie zauważalne…

Standardowy

chyba się starzeję. niedługo będę śmierdzieć moczem. i starością. jak to stwierdził ostatnio mój Brat z wyboru. kiedyś uwielbiałam dostawać prezenty. najlepiej jak najwięcej. i jak najczęściej. a teraz? teraz wszystko się zmieniło. od pewnego czasu lubię komuś kupować prezenty. dawać, nie brać. i patrzeć na tą radość. i iskierki w oczach. dzisiaj zrobiliśym sobie Mikołajki. a to dlatego, że Margola nie mogła wytrzymać do jutra. oczywiście wzięła nas z zaskoczenia. bo nasz prezent dla Niej był w domu. i czekał na jutro. ale może to i lepiej. dzięki temu leżę teraz pod niesamowicie cienką i ciepłą zarazem kołdrą. a opieram się na cudownie puszystej poduszce. :) a Margola? dostała duży prezent z żółotą kokardką. i cieszyła się jak dziecko. po raz pierwszy chyba w tym „innym życiu” zobaczyłam u Niej szczery uśmiech na twarzy. i te iskierki w oczach. i tą radość. i naprawdę nie liczyło się nic. wydane pieniądze. czas stracony na szukanie tego najlepszego. takie prezenty mogłabym robić codziennie. żeby tylko móc patrzeć na uśmiechniętą Margolę. odmienioną. ale szczęśliwą. tymi krótkimi chwilami szczęścia. które trafiają się codziennie. a które trzeba nauczyć się na nowo dostrzegać… mam nadzieję, że nie tylko my się cieszyliśmy z Jej szczęścia…