Standardowy

Nic we mnie takiej agresji nie wzbudza jak mechanika klasyczna. Sama myśl o nauce tego wzbudza we mnie agresję, o jaką bym się nawet nie podejrzewała. Całkowity odrzut do przedmiotu. Niechęć. Same najczarniejsze uczucia. Filozofia nie nakręcania się spotyka się z ziemią. Bo nie potrafię sobie nie mówić, że to jest beznadziejne. Nieżyciowe. Idiotyczne. Że Malcuch jest sprawiedliwy. Bo nie jest. Ocenia prace tendencyjnie. Patrzy na nazwisko i na tej podstawie pisze liczbę punktów. :/ Ale dość. Bo robię się niemiła. I nawet mi to przeszkadza. Siadam do zadań. Zrobię sobie wszystko z lagranżajanów. I postaram się przerobić małe drgania. A potem będę czytać Bielańskiego. Bo jak już mam zaliczone wszystko na chemii w pierwszym terminie, to nie pozostaje nic innego jak zdać Hobbita. :)

Standardowy

Poczucie beznadziei kolejny raz mnie dopadło. Nie wstałam rano. Bo zapomniałam nastawić budzik na ludzką porę. Wczoraj w przypływie optymizmu łudziłam się, że wsatnę o 6. Ale jak położyłam się koło 2, to szanse na to były niewielkie. I pobudka o 3, bo Paula wróciła z imprezy… Wstałam o 11.03. Zła jak dawno nie. I od razu udałam się na wygnanie naukowe. Bo muszę dzisiaj dokonać cudu. Nauczyć się na analizę. Bo niewiele brakowało i dostanę drugą szansę. Na biofizykę, bo jutro mam egzamin. I na chemię, bo mam napisać kolowkium z równowag. Mogłabym na to patrzeć jak zawsze. Jest tego strasznie dużo. Mam na to jeden dzień. Nie dam rady. I użalać się tak całymi godzinami. Siąśc porządnie koło 22. I rozpłakać się, bo naprawdę nie dam rady. Ja podeszłm do tego inaczej. Priorytetem jest chemia i analiza. Z wiadomych powodów. Biofizykę też muszę się nauczyć, ale poświęcę na nią minimalnie mniej czasu niż na resztę. Muszę to pchnąć. Musze dać radę. Nie mogę się poddać…! Wczoraj udało się napisać kolowkium z kwantów w czasie ekstremalnie krótkim. A też narzekałam, że to bez sensu. I nie dam rady. Trochę więcej wiary we własne możliwości i będzie dobrze. :)
A w przerwie od nauki robię obiad. Spaghetti z sosem pieczarkowym i goudą. Ciekawa jestem co z tego wyjdzie. ;)

Standardowy

Każdy z nas ma swojego Anioła. Który opiekuje się nami. Pomaga nam. Chroni. Kiedy Anioł odchodzi, my odchodzimy z nim. Jesteśmy od niego zależni. A on od nas. Jedno nie może żyć bez drugiego. I pewnego dnia spotykamy się ze swoim Aniołem. I pomagamy mu. Opiekując się najbliższymi…
On odszedł. Bo jego Anioł musiał odejść. Bo tak miało być. Teraz On jest Aniołem. I patrzy z góry na nas. Pomaga nam. I roztacza nad nami swoją opiekę. I zsyła ziemskie Anioły. Krzyżuje ich drogi z naszymi. To jest piękne… Mimo, że to wszystko dzieje się tak wcześnie… Mimo, że to może nie jest nic wielkiego… To jednak mnie to cieszy. I wiem, że to jego zasługa. Że On tak chciał. Bo nie chce żeby najbliższa Mu osoba była smutna… My nie potrafimy sprawić by się uśmiechnęła. Tylko On tak naprawdę tego potrafił dokonać. I teraz przysłał kogoś, kto to umie. Zobaczyłam to dziś. I uwierzyłam. Błysk w oku. I lekki uśmiech na twarzy. Przypomniało mi się jak kiedyś powiedziałam, że ze smutkiem Jej nie do twarzy. To prawda… Nie będę już próbować tego powstrzymać. Ani nie będę się doszukiwać drugiego dna. Będzie to co musi być… Jeśli ma być szczęśliwa znów, to nie powinniśmy stawać Jej na drodze. W końcu Ona mi zaufała. A nam dała kredyt zaufania i wsparcie. I my musimy Jej dać to samo w odpowiednim czasie…
Siła uśmiechu jest ogromna… I czyni naprawdę cuda… Nieważna jaka jest tego przyczyna… ;)

Standardowy

Nawet pół godziny relaksu jest teraz na wagę złota. Jakże cenne pół godziny bez książki. Przeznaczone na sen. Albo na słuchanie muzyki i patrzenie się w sufit… Dam radę. Muszę… Najgorzej będzie z immunologią. Mieliśmy nadzieję, że Pryjma przepyta nas w poprawkowej. Jednak nie. To kolejny wykładowca-urzędas. Będzie bardzo ciężko zaliczyć to w pierwszym terminie. Który jest de facto w poniedziałek za dwa tygodnie. Nie myślę na razie o tym. Bo niepotrzebnie się zamartwiam… Cele na najbliższe dwa dni to mieszanka wybuchowa. Analiza i chemia kwantowa. W sobotę dochodzi do tego biofizyka II i mechanika klasyczna i troszeczkę chemii. A od poniedziałku chemia na poważnie. Dałam radę z białkami i modmolem. Dam radę i z tym… :)

Przeglądając przed snem Internet znalazłam ciekawą stronę. Można dowiedzieć się co było na szczycie list przebojów w dniu naszych urodzin. I tym sposobem mam co następuje:
UK "I want to wake up with you" Boris Gardiner
US "Higher love" Steve Winwood
AUS "Papa don’t preach" Madonna
Nie znam nic z tej listy. Zapoznaję się z nią w mojej wolnej chwili. Z nadzieją, że uszom się to spodoba. ;)

Standardowy

Powiedziałam to głośno. I nie brzmiało to aż tak strasznie. Nie wstydzę się tego. Wiem, że dam radę. Teraz jest naprawdę wszystko inaczej. Bo nie robię tego tylko dla siebie. Chcę też pomóc Tomkowi. Zmobilizować Go swoim zaangażowaniem i zapałem. Wiem, że On tego potrzebuje bardzo. I co mogę pomagam mu. Pomysł uczenia się razem na zasadzie ja-czytam, Ty-słuchasz na razie spisuje się dobrze. I oby tak było z nim do końca. A dodatkowo czuję jakby ktoś nad nami roztaczał opiekę. Patrzył na nas. Pomagał nam jak może. Zabierał kłody rzucane nam pod nogi. Dawał powodoy, by naładować akumulatory. Był z nami. Wiem, że tak jest. Wiem, że patrzy na nas z góry. I uśmiecha się. Bo widzi, że staramy się z całych sił. Że nie chcemy i nie poddamy się. Nigdy…!
Za 8 dni 5 godzin 16 minut i 43 sekundy będzie premiera czwartego sezonu LOST. Skręca mnie jak myślę, że będę przeszukiwać torrenty. Że będę co godzinę sprawdzać postęp ściągania. I że nie będę mogła go obejrzeć…. Z drugiej strony warto czekać. Bo do czasu kiedy będę mogła ze spokojem ducha to obejrzeć nazbiera się parę odcinków. I będę mogła zrobić sobie maraton… :)
Słucham soundtrack z "Finding Neverland". Chyba będę musiała umieścić go na mp3. Świetnie relaksuje. Uspokaja. I oczyszcza umysł. :)