Standardowy

Jutro jest dzień sądu ostatecznego. Moje być albo nie być. Chociaż jak się dzisiaj okazało aż tak tragicznie nie może być. Bo jest parę wyjsć, jeśli sytuacja będzie tragiczna. A ja bradzo bym tego nie chciała. I co najgorsze od jakiejś godziny nie robię nic w tym kierunku. Złapało mnie spanie. Powieki opadają same. I tylko moja silna wola nie pozwala im być zamkniętymi. Postanowiłam, że zrobię chwilę przerwy. Ale tylko w celu wypicia napoju energetycznego, który ma mi nie pozwolić zasnąć. Jak tak dłużej myślę nad tym egzaminem to mam mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje mi się, że zdam. Że na ustnym szybciej się wybronię. Zawsze można nadrobić wyglądem w takich przypadkach. Może to nie jest za bardzo fair, ale czasem trzeba pomagaćsobie. I ta myśl wydaje mi się bardzo zwodna. Za bardzo optymistyczna. I za bardzo radosna żeby mogła być prawdą. I tu pojawia się druga strona medalu. Wychodzi ze mnie pesymistka widząca wszystko w czarnych barawach. A przecież dobre nastawienie i pozytywne myślenie to już połowa sukcesu… Powtarzam sobie, że będzie dobrze. Spokojnie i powoli muszę robić zadania. Jeśli będę musiała. I nie zrobię żadnego głupiego błędu wtedy.
Wznoszę toast Tigerem wymieszanym z Muszynianką. Jak się truć to zdrowo… ;)

Standardowy

Dzisiaj drugi dzień mojego życia jako optymistki. Faktycznie jak patrzy się na świat przez różowe okulary jest łatwiej. I problemy nie są aż tak duże jak w rzeczywistości. :) W ramach dbania  siebie zrobiłam sobie mały bieg. Mialam wstać rano. I pobiec do narni. Ale kłopoty z zaśnięciem mi nie pozwoliły. Nadrobiłam wieczorem. Pobiegłam do Tomka. Czuję się fantastycznie. Mimo, że mam leciutkie zakwasy. Uczucie zmęczenie i spełnienia po wysiłku fizycznym jest bezcenne. Czekam na koniec sesji (jesli w ogóle kiedyś będzie) i zapisuję się na siłownię. :)
Jutro czeka mnie poprawka z biofizyki. Bazuję niestety na opracowanym dzisiaj teście z pierwszego terminu i mam nadzieję się nie przejechać na tym. Na biofizyce I był ten sam test. Więc nie widzę żadnych przeciwskazań zeby teraz było inaczej. ;) Jest to bez sensu. Ale pokolorowałam sobie notatki. Skoro są bez sensu niech chociaż będą kolorowe. :)
Jutro też jadę do domu. Coś z cyklu – nie chcę, ale muszę. Mam nadzieję nie słuchać za często i za dużo o niezaliczonej sesji. Mam także nadzieję nauczyć się na poprawkę z podstaw chemii. I liczę na szybki upływ czasu. :)

"Odkąd Jezus pokonał śmierć, żaden optymizm nie jest w Kościele przesadą."
Ksiądz Józef Tischner

Standardowy

W ramach walki z moim dołem wyszłam dzisiaj na spacer po Kazimierzu. W towarzystwie Tomka i Margoli. Wychodziłam z założenia, że i tak nic nie kupię. A jednak było inaczej. Dla Babci aforyzmy. I dla siebie też. Aforyzmym optymisty. Do czytania w chwilach chandry, Chciałam kupić dla pesymisty. Ale Margola głośno i stanowczo wyraziła sprzeciw. Bo ja podobno z natury jestem pesymistką… Nie wiedziałam. Bo zawsze uważałam się za realistkę. Wracając do książki. Jestem z niej bardzo zadowolona. Bardziej się cieszę niż jakbym kupiła jakąś powieść do czytania…
"Aforyzymy optymisty to książka – prezent, który chciałoby się kupić samemu sobie. Obszerny zbiór aforyzmów słynnych ludzi – każdy z przesłaniem pełnym optymizmu. Do czytania w chwilach chandry lub gdy chcemy się naładować energią. Znakomity przewodnik przez życie napisany przez najmądrzejszych. W czasach gdy brak autorytetów przywraca wiarę w ludzi i w człowieka. Znakomita terapia na złe stany ducha."
Dzisiaj wpadły mi do głowy słowa Jana Pawła II. Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali. Piękne… Refleksyjne… I prawdziwe… I aż chce się to zastosować w praktyce… I może ja - pesymistka zmienię się w optymistkę…? ;)

EDIT:
"Aforyzmy – zwane też skrzydlatymi słowy lub maksymami – to zazwyczaj jednozdaniowe wypowiedzi, wyrażające ogólne prawdy filozoficzne lub moralne. Niestety my ludzie nie jesteśmy aniołami, dlatego od zarania dziejów najwięksi filozofowie, mężowie stanu czy poeci komentowali ciemniejsze strony naszej natury. "Aforyzmy pesymisty" przypominają nam o tym, jak bardzo jest ona niezmienna i pomagają stanąć twardo nogami na ziemi. W chwilach trudnych uświadamiają, że podobne smutki były udziałem wielu przed nami. W chwilach euforii przestrzegają przed nadmiernym optymizmem."

Dokonałam dobrego wyboru. :)

Standardowy

Zastanawiam się jaki sens ma moje życie. Po co ja w ogóle mam żyć. Jestem jedną wielką porażką. I na każdym kroku ludzie mi o tym mówią. Dotrało do mnie, że ja tak naprawdę nie powinnam studiować. Męczę się. Radość z bycia studentką biofizyki uszła ze mnie ponad rok temu. Sesje staram się zaliczyć zeby rodzice się mnie nie czepiali. Pierdolę naiwnie o marzeniach na przyszłość. Ale nie wiem po co. Przecież to tylko takie gadanie. Żeby pokazać innym, że mam plany. I ambicje. A tak naprawdę mogę to sobie wsadzić w kieszeń. Nie chcę ciągnać tych studiów. I boję się o tym powiedzieć rodzicom. Wiem, że mnie nie zrozumieją. Bo oni nie musieli przechodzić przez takie coś. Studia były dla nich przyjemnością. Nie męką. Kolejne sesje wyglądają dokładnie tak samo. Zdany jeden egzamin. Reszta w poprawkach. Męczarnia. Płacz. Liczenie, że będzie ten sam test. Czasem się udaje. A ostatnio się nie udaje. Myślałam, że jak zacznę chemię to będzie zupełnie inaczej. Że odżyję choć trochę. Nie zmieniło się nic. Jest tak samo beznadziejnie jak było… Co z tego, że wzbudzam powszechny podziw. Tylko dlatego, że nazwa budzi respekt. Tylko dlatego, że mam w kure egzaminów. W dupie zaczynam mieć opinię innych. Dochodzi do tego, że mam ochotę powiedzieć wykładowcy prosto w twarz co o nim myślę…
Jest jeszce jedna sprawa. Zauważyłam, że boję się podjać jakąkolwiek decyzję, która może zaważyć na moim życiu. Bo boję się nauczyć nowego życia. Jakby to nowe miało być gorsze. A nigdzie nie jest powiedziane, że tak jest. Trzeba zrobić ten pierwszy krok. I potem drugi. I nie patrzeć się na opinie innych. Bo każdy jest madry, ale jeśli chodzi o jego cztery litery. Dość z byciem uprzejmym i miłym i zabawnym na pokaz. Nie wiem po co to robię. I tak nikt nie powie o mnie, że jestem rewelacyjną dziewczyną. Bo byłabym taka jakbym miała stypendium naukowe. A najlepiej dwa. Jeździla na Erasmusy i inne gówna. Miala tysiąc projektów badawczych w głowie. Nie jstem taka. I nigdy nie będę. I moze na tym polega tajemnica. I w tym miejscu opada kurtyna. Kończy się czekanie na nie wiadomo na co. Na gwiazdkę  z nieba, która nie spadnie…

Standardowy

Doszłam do wniosku, że lubię stać na balkonie i patrzeć na maluchy z Banolli. Wchodzą w zakręt z taką szybkością jakby były autami terenowymi. A nie pojazdem przypominającym kask bejsbolisty. :) Podobnie lubię siedzieć na przystanku na Miechowity i patrzeć na pędzace z neiprzyzwoitą szybkością autobusy. A dodatkowy efekt stwarza fakt, że ulica jest tak wąska. Jadące 159 podskakuje na wszystkie strony. Nieraz zastanawiam się czy ono się nie rozpadnie w połowie? A to pytanie często dopada mnie jak jadę przegubowcem i stoję akurat na łączeniu. Ciekawi mnie czy w momencie rozłączenia będę w części przedniej? Czy w tylnej? Czy przednia pojedzie. Jeśli tak, to jak daleko. I co się stanie z tylnią. :)
Pojawił się nowy plan na biofizyce. Oczywiście siedem egzaminów, bo jakże mogłoby być inaczej. Przedmioty z dupy totalnie. Ręce mi były opadły do samej ziemi. Ale przypomniałam sobie, że mam od tego odskocznię. I to mnie trzyma przy życiu. ;)