Syndrom Agaty…

Standardowy

Faceci to jednak są prostaki. Chamy skończone. I tylko jedno im w głowach! I zastanawiam się czy każdy taki jest. Czy po prostu ja trafiłam na jakąś skamielinę moralną? Płakać mi się chce po tym co mi Paula napisała. Kolejny raz nie wyszło. Facet się okazał palantem. Miły na pokaz. Bo chodziło mu tylko o jedno. Nie dostał czego chciał, to od razu koniec wszystkiego. Czym sobie ona na to zasłużyła? Naprawdę nie wiem. Jest mi tak strasznie przykro. Bo w nim widziałam dobrego człowieka. Naprawdę innego. Kogoś wartego jej… A okazał się być takim jak inni. Nie wart nikogo. Chyba tylko panienki spod latarni.
Inna sprawa, że widzę u niej syndrom Agaty… Nie powinnam tego robić. Ale tak jest. Na początku rzucała się na facetów. Potem zrozumiała, że tak nie można. Poprawiła się bardzo. Jednak to jeszcze nie to. Więc może powinna spasować? Nie spieszyć się w ogóle? Czekać biernie aż to on wyjdzie z inicjatywą. Dać się adorować. Tylko jak sprawić żeby uwierzyła, że zjawi się w końcu książę na białym koniu…?

Standardowy

Jak kiedyś znajdę prawdziwego przyjaciela, to chyba każę prezydentowi z tej okazji wygłosić orędzie. Bo w dzisiejszych czasach przyjaciel, to materiał silnie deficytowy. Niestety… :(
Dzisiaj przekonałam się, że oprócz Tomka nie mam tutaj nikogo. Żadnej osoby, której mogę bezgranicznie ufać. Która mi pomoże. Nie zostawi z problemami. Takiej bezinteresownej. Runąl mur wielkiej przyjaźni. Która rozpoczęła się tak niezwykle. Przetrwała cały ten czas… I właśnie teraz pomyślałam sobie o tym wszystkim co było. A szczególnie o tej dedykacji w "Poczwarce". Że to nie były puste słowa. Przynajmniej dla mnie… Że chciałabym żeby to przetrwało. Żeby nie poróżniła nas wyprowadzka. Bo w końcu nie na tym świat się kończy. Nigdy przyjaciele nie mieszkają razem. W najlepszym razie blisko siebie. A przecież przyjaciel to osoba, do której mogę zadzwonić w środku nocy po omoc. Która potrafi mnie postawić za warkoczyk… I ona jest taką osobą. Trzeba tylko spojrzeć obiektywnie na to co nas spotkało. Być ponad tym…
Potrzebuję się zastanowić. Odetchnąć. Zdystansować się. Bo tak naprawdę to nie koniec świata. To tylko zmiana mieszkania. I nie chcę żeby coś takiego pospuło przyjaźń. Bo to naprawdę jest na wagę złota…

Standardowy

W myślach ulożyłam sobie listę zakupów na kiedyś. Kiedyś przyjdzie jak będę mieć odpowiednią kwotę pieniędzy na moje zachcianki. A potrzebuję kieliszki do wina i foremki do zapiekania. Nie wiem jakie kieliszki wybrać. Jestem zakochana w takich ogromnych do czerwonego wina. Ale mają dwa ale. Nie da się ich umyć w zmywarce. I patrząc obiektywnie na mieszkaniu pijemy nie wiem czemu białe wino. A ja nie przepadam za bardzo za białym. Nie kupię kompletu do białego i czerwonego. Bo nie ma ich gdzie schować. A po drugie nie możemy się za bardzo rozpieszczać. Widziałam te duże w Almie. Cztery sztuki za całkiem rozsądną cenę. Akurat zazwyczaj pijemy w czwórkę, więc ilość optymalna. :)

Znalazłam dwa przesłania. Zakochałam się w nich od pierwszego przeczytania. :)
Sprawdzajcie w lustrze, czy macie ciepłe światełko w oczach. A kiedy już się pojawi, dbajcie o nie.
I, jakżeby inaczej: Do zobaczenia po słonecznej stronie ulicy.
Ciepłe światełko mam. I dbam o nie. Żeby nigdy nie zgasło. Żeby dało siłę na przetrwanie. :*

Standardowy

Uwielbiam takie momenty w życiu. Kiedy nie ma problemów. Lub się o nich nie myśli. Panuje niczym niezmącony spokój. Można się cieszyć chwilą. I jak to powiedział Sebastian być obrzydliwie szczęśliwym, że aż nie da się na nas patrzeć. I nawet ból gardła mi nie przeszkadza. Chodzę na to konto w szaliku. :)
Czuję się spełniona. Dzień jest idealny od samego poranka. Zrobiłam obiad dla całego mieszkania. Zjedliśmy razem. Potem pozliśmy nad Wisłę. Na wesołe miasteczko. I na watę cukrową. Niczym rodzina. Nieco dziwaczna. Nawet jak na dzisiejsze czasy. A wczoraj… Zakupy. Oglądanie tuszy do rzęs. I wybieranie tego, który ma najlepszą szczoteczkę. Praca w ogrodzie. I co z tego, że nie moim. Ale traktuję go jak swój własny. Potem kolacja. Długa. Z winem. I opowieściami Margoli, których uwielbiamy słuchać.
Lubię takie dni. Kiedy się uśmiechamy. Kiedy zaczynamy żyć. A problemy robią się takie malutkie, że można je spokojnie zdeptać. I powiedzieć, że niechcący… A wizja kolejnych dni jest taka sama. Poniedziałek. Wtorek. I wolna środa. A potem witajcie góry moje kochane… :)

Standardowy

Nie wiem czemu, ale dni mijają tak szybko. Praktycznie w środę jest już dla mnie koniec weekendu. Poniedziałki nie istnieją. Są dniem, w którym muszę iść na seminarium z organicznej. Którego bardzo nie lubię. Wtorek to praktycznie przez palce przelatuje. W środę jest napięty plan. I w końcu wiem, że żyję. Czwartek to dzień biochemii fizycznej i odliczania godzin do końca ćwiczeń. A piątek nie istnieje. Bo na wykłady nie chodzę. Mimo obietnic, że będzie inaczej. Podsumowując moją działalność na uczelnii można powiedzieć, że nie przemęczam się. Na wykłady nie chodzę. Bo mi się nie chce. Bo mnie nie interesują. Bo odrzuca mnie jak mam jechać na kampus. Chodzę tylko na ćwiczenia, bo muszę. Biofizykę traktuję po macoszemu. Robię minimum z minimum żeby nie wylecieć. Na chemii staram się bardziej. Ale nie jestem tam bynajmniej pilną studentką. Zaległości się piętrzą jak lawina… Dzisiaj zacznę pracować nad sprawozdaniami z kwantów. Metodą małych kroczków odkopię się z tego wszystkiego! :)