375

Standardowy

Nasza Klasa to jednak wynalazek na skalę Nobla! Dzisiaj postanowiłam poszukać mojej trenerki. Jak policzyłam to wyszło, że ponad sześć lat nie mam z nią kontaku. Rozstałyśmy się w dość niemiłej atmosferze. Jednak mimo wszystko wpisała się w moje życie. Zostawiła po sobie ślad. Nauczyła czegoś. Jak dorosłam dopiero to zrozumiałam. Wcześniej były tylko pretensje mieszane z wyrzutami. Młodość… Wpisałam jej dane w wyszukiwarkę. Niestety nic… Spróbowałam inaczej. Znalazłam jej siostrę, która uczyła mnie biologii w liceum. Postać dość barwna, owiana legendą. Jedni ją lubią, inni nielubią. Ale ja wspominam ją z uśmiechem. Biologii nie nauczyła, trzeba to uczciwie przyznać. Ale potrafiła w tym dziwnym czasie pokazać właściwą drogę. Pomóc, wysłuchać, rozśmieszyć. Widziała od początku to czego inni nie widzieli. I ja sama też… Może jej nie lubiłam. Ale miałam i nadal mam do niej sentyment. I dzisiaj tak sobie wymieniamy wiadomości. Zaprosiłam ją do znajomych. A w zamian dostałam odpowiedź. Wydaje mi się, że teraz ją rozumiem. Jest dziwaczką, to prawda. Ale jest też skazana na samotność. Córka zagranicą. Mąż zostawił dawno temu. Ma tylko psy i koty i komputer. I dzięki Bogu za Internet. Bo dzięki niemu możemy być blisko tych, którzy są daleko…
Przed chwilą napisałam jeszcze do Felki wspomnienie wspólnych biologii. Powiedziałam jej, że się myliła. Wierzyła, że będziemy z Klatem parą, a życie rozdzieliło nasze drogi. On ma Anitkę, ja Tomka i obydwoje jesteśmy szczęśliwi. A powrót do tych wspomnień wywołuje bezwiedny uśmiech na mojej twarzy. I chyba o to chodzi w tym życiu…? :)

374

Standardowy

Podobno sny odzwierciedlają nasze ukryte marzenia, tęsknoty, lęki, pragnienia. Po dzisiejszym nie pierwszy raz obudziłam się z pytaniem "co to do cholery ma znaczyć?". A co najdziwniejsze miałam nie pierwszy raz sen w śnie. Dziwne uczucie. Budząc się w śnie chciałam zasypiać dalej żeby sen trwał. I on trwał. Wracałam do tego samego miejsca, ale nic dalej się nie działo. Po raz pierwszy poszukałam internetowego sennika. Bo jestem przerażona tym, że śnił mi się pan P. Dla ułatwienia sprawy będę go nazywać Piotrusiem Panem żeby nie był aż tak anonimowy. Nazwiska prawdziwego nie wyjawię, ze względu na to, że żyejmy w dobie bardzo dobrze rozwiniętego Internetu. ;) Początkowo byłam u Piotrusia z kimś. Mieliśmy odbyć praktyki, a ta wizytya miała na celu określenie wzajemnych relacji i obowiązków każdej ze stron. I cały czas on był obok mnie. Irytowało mnie to, bo doskonale wiedział, że jestem zajęta. A z drugiej strony urzekł mnie, bo kazał nam się zwracać do niego po imieniu. I na tym kończy się pierwsza część. Kolejne wyglądały tak samo. Wracałam przed jego drzwi, wybierałam numer jego pokoju i czekałam aż otworzy. Był późny wieczór, a na korytarzu stała grupa Piotrusia. Za każdym razem ta sama dziewczyna otwierała mi drzwi, z tymi samymi słowami "przyjmuję zakłady po ilu sekundach znajdzie się z powrotem po tej stronie drzwi". Szłam tym ciemnym korytarze, myśląc o nim. Nigdy nie pukałam, bo zawsze akurat on wychodził ze swojego gabientu, chyba do domu, i zawsze uśmiechał się na mój widok. I w tym momencie budziłam się i powtarzałam sobie, że mam szybko zasnąć to znów wrócę do Piotrusia Pana. W końcu obudziłam się na dobre i wcale nie chciałam zasypiać…
Według sennika Nauczyciel zwiastuje zdarzenie, które wystawi na próbę mój system wartości. Naukowiec – mam zacząć myśleć logicznie. Kupy się to wszystko nie trzyma jak dla mnie. Nie wiem czy ze snami nie jest tak samo jak z horoskopami. Wyssane z palca brednie, w które wierzą naiwniacy jak ja. ;)

373

Standardowy

Nie mogę się doczekać poniedziałku. Margola leci do Bułgarii na prawie tydzień, a ja będę mieszkać z Tomkiem. Uwielbiam takie pomieszkiwanie. Mimo, że zdarza się rzadko. A jak się już zdarzy to nie na dłużej niż tydzień. Ale nie o czas trwania w tym chodzi. Ważniejsze jest dla mnie to bycie ze sobą cały czas. Dotarcie się. Bo ciągle się jednak docieramy. Poznajemy swoje zwyczaje. Próbujemy je zwalczyć albo akceptujemy je. Czasem zdarza nam się je zmienić lub przymknąć na nie oko. Gotujemy razem. To jest chyba jedna z moich ulubionych czynności domowych wykonywana razem z Tomkiem. Dzięki Niemu przeprosiłam się z kuchnią. Nie jest to pomieszczenie mi obce. Czy też służące wyłączanie do nauki. Zaczynam czerpać radość ze zrobienia posiłku dla ukochanej osoby. Dawniej rozpatrywalam to w kategoriach urobisz się po pachy tylko po to żeby się nażreć, zapomnieć o tym, a na koniec wydalić. A teraz jest to czas spędzony razem, przy wspólnym posiłku, często zrobionym razem. Czas na dyskusję o mijającym dniu, na planowanie wieczoru…  Mogłabym tak jeszcze długo. Bo wszystko co się robi z ukochaną osobą jest wyjątkowe, ulubione, niezapomniane, przyjemne, pożyteczne, fajne… Na tym polega miłość i bycie ze sobą. Na czerpaniu radości z każdej najmniejszech rzeczy zrobionej razem. Nawet jeśli jest to czasem wizyta u wulkanizatora czy zakupy spożywcze… ;)

372

Standardowy

Dzień spędzony na pełnych obrotach. Rano egzamin. Powrót do domu. Drugi egzamin. Obiad na mieście. I na koniec spotkanie w Empiku z Grocholą. :) Efekt taki, że padam na twarz i nie mam siły podeprzeć się nosem. Na szczęście mogę sobie dzisiaj pozwolić na leżenie już w łóżku w piżamie. Jutro od rana na nowo zaczynam swój kierat…
Samo spotkanie było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Jedyne czego żałuję to spóźnienia. Ale to było do przewidzenia. Zaplanowałam to parę dni wcześniej. Dołożyłam do tego obiad. Więc oczywiście musiało się posypać. Korki po drodze jakby cały Kraków wyprowadził z garażów swoje samochody. Dojazd do Rynku zajął nam godzinę. Obiad zjedzony w atmosferze pośpiechu. Przynajmniej z mojej strony. Ale coś za coś. Takie spotkanie było moim marzeniem odkąd wzięłam do ręki "Nigdy w życiu!"… Spełniło się. Grochola na żywo jest taka sama jak w telewizji czy w wywiadach. Szczera. Bezpośrednia. Gaduła nieprzeciętna. A do tego ciepła. Serdeczna. Z takim błyskiem w oku. Czarowna osoba… Typ niespotykany w dzisiejszych czasach…
Mam egzemplarz książki z dedykacją. Specjalnie dla mnie! Chociaż od zawsze marzyłam żeby to w ksiażce o Judycie napisala mi coś od siebie. Ale może i to kiedyś się spełni… ;) Kolejka ustawiła się ogromna. Nie wiem nawet skąd tyle ludzi się wzięło. Bałam się, że się nie dopcham… Jak zwykle w moim przypadku było to martwienie się na zapas. Miałam swoje pięć minut. Mogłam z nią porozmawiać. Mimo, że były to może trzy zdania. Czułam się wyjątkowo. Chyba na tym też polega ten fenomen Grocholi. Sprawia, że zywkła osoba czuje się przez chwilę wyjątkowo… Dedykacja okazała się strzałem w dziesiątkę! Ilekroć będę w nią patrzeć przypomnę sobie słowa wypowiedziane tym jej charakterystycznym, podchrypniętym glosem: "Widać, że jesteś zakochana…". Chciałabym więcej takich dni mieć w życiu… Chociaż może to jest kwestia zatrzymana wzroku dłużej na tych kolorowych barwach dnia codziennego…?
Mam jeszcze jedno takie skryte marzenie… Może kiedyś sprobuję je zrealizować… Bardzo kiedyś… ;)

371

Standardowy

Wczorajszy dzień jakoś mi tak przemknął. Nie pamiętam co robiłam. O której wstałam. Co było na obiad. Jakaś dziwna amnestia jednodniowa mnie dopadła…
Pamiętam tylko, że byłam w Empiku. I kupiłam Grocholę. Stresowałam się, że nie będzie żadnego egzemplarza. Na szczęście było. I to całkiem sporo. W pośpiechu wzięłam pierwszy z samego szytu kupki i udałam się z nim do kasy. W drodze zahaczyłam jeszcze o półkę z kulinariami. Znalazłam na niej Księgę Win. Przekartkowałam pobieżnie. Jak na początek wydaje się dobra. Kupię, jak tylko będę mieć za co. Drażni mnie niesamowicie, że książki są takie drogie! Przeciętna powieść czy to polska czy zagraniczna to wydatek rzędu 40zł. Książka kucharska – ponad 50zł. Przewodniki – szkoda gadać. Ceny sięgają niebios. I zastanawiam się za co my tak faktycznie płacimy? Za twardą oprawę, która nie tak szybko się zniszczy? Za najnormalniejszy w świecie papier? Czy może za Wydawnictwo? Dla mnie to wszystko powoli urasta do absurdu. Może za parę lat będę mogła sobie pozwolić na wizytę w Empiku i zakup tylu książek na ile będę mieć ochotę. Teraz niestety muszę się ograniczyć do jednej. Albo wrócić do dawnej tradycji czytania w Empiku. Bo tak naprawdę brakuje mi trochę tego… Tych sobót spędzonych pośród książek. Czytania do zamknięcia. A potem powrotu do domu ostatnim tramwajem… Pamiętam, że na drugim roku miałam jeden dzień w tygodniu przeznaczony na wizytę w Empiku. I nieważne było czy na drugi dzień jest kolowkium czy dwa. Po wykładach szłam na Rynek. Brałam książkę do ręki. Polowałam na wolne miejsce. A potem tylko czytałam… :)