400

Standardowy

Czuję się fatalnie. Wczoraj bolało mnie gardło. Dzisiaj gardło mnie już pali. Do tego mam katar. I gorączkę, która pojawia się i znika. Podejrzewam zapalenie krtani, bo każde odkaszlnięcie powoduje piekący ból. Mówić mogę, ale tylko szeptem i nie za dużo. Dziękuję chodzącemu inkubatorowi grypy pod postacią mojego Rodziciela za obdarowanie mnie szczepem swoich bakterii. Jutro nie omieszkam posłać ich ludziom z przedziału i pasażerom linii autobusowej numer 124 czy jakiejkolwiek innej, którą będę jechać do domu. Łudzę się, że łykanie Tylenolu postawi mnie na nogi nieco szybciej. W tym wszystkim tyle dobrego, że ostatni egzamin będzie pisemny, a nie ustny jak miało być pierwotnie. Chyba bym za dużo nie powiedziała mimo wszystko.

399

Standardowy

W wyniku serii nieprzewidywanych zdarzeń losowych przez najbliższe miesiące będę starała się udowodnić sobie i światu, że impossible is nothing. Powinnam na dobrą sprawę dodać do tego jeszcze ja wam pokażę i nigdy w życiu, ale co za dużo to niezdrowo i od przybytku głowa boli. Skupię się na jednym i dołożę wszelkich starań, by moja teza była dowiedziona. Zagmatwałam tak jak tylko było możliwe. Za jakiś czas sama nie będę wiedzieć, co miałam na myśli. Ale czasem trzeba. Choćby po to, by nie marnować oddechu…

Pobyt w domu póki co nie jest taki straszny, jak myślałam, że będzie. Jedna kłótnia na trzy dni, to jak na nasze możliwości bardzo kiepski wynik. Póki co biję się z myślami i nie wiem czy jechać w tygodniu czy zostać do niedzieli. Argument na nie to głównie nuda i brak perspektyw na spotkanie z kimkolwiek i dodatkowo wiszące nade mną wpisy do zebrania i wyjaśnienie spraw w dziekanatach. A na tak? Chyba tylko to, że jak będę do niedzieli to potem przyjadę w listopadzie. Jakby chociaż pogoda odrobinę się zmieniła. Słoneczko, ciut cieplej i od razu byłoby lepiej. Wyjazd w góry stałby się bardziej realny. Bo teraz może się on odbyć na zasadzie zdobywania kolejnych knajp na Krupówkach. W porywach do zdobycia Gubałówki. A tak mi się marzyły długie spacery ze słońcem na twarzy i bliską osobą obok…

Nauczyłam się patrzeć z nadzieją w przyszłość. Zatrzymywać wzrok na słonecznych kolorach. Umiem już przejść na słoneczną stronę ulicy. Coraz więcej pozytywów i zmian jawi się w moim życiu.

398

Standardowy

Chciałabym żeby było tak zawsze. Tak jak było dzisiaj. Przesympatycznie. Rozmowa przy kawie. Zakupy. Ale tak nie jest. Bo obie jesteśmy bardzo podobne i stosunki między nami układają się falowo. Raz jest super i wiem, że można wszystko, innym razem jest do niczego i chcemy się nawzajem zabić. Tylko, że dzisiaj wiem na pewno, że to nie jest kwestia nie lubienia mnie. To jest troska o mnie, chęć pomocy, na swój sposób wsparcie. Dobrze mi z tym. Czuję wewnętrzny spokój. Jestem zadowolona. Uśmiecham się sama do siebie. Jest pozytywnie ze wszystkich stron. Zastanawiam się czy można by to powtarzać częściej? Pewnie tak. Ale wymaga to odrobiny mniej uporu od każdej z nas. Trudne, ale do zrobienia na pewno…

Jutro jadę do domu, co zdecydowanie nie napawa mnie optymizmem. Mam tylko nadzieję, że będę musiała wrócić wcześniej. Nie wytrzymam tygodnia awantur, kłótni, wyrzutów. A nie ominie mnie to na pewno. Kwestia czy zacznie się już od jutra czy może w sobotę i będzie trwać cały weekend? Pieprzę to i w sobotę idę do Babci. Ufarbuje mi włosy, porozmawiamy sobie, będzie sympatycznie  i miło. I już myślami jestem przy powrocie tutaj. Najpóźniej w niedzielę. A w poniedziałek wieczór telefon do Margoli z pytaniem czy jedzie na lotnisko i czy ja mogę też jechać…

I życie zacznie nabierać kolorów. Bo na razie jest nieco szare z jasnymi akcentami, które uczę się dostrzegać. Chciałabym żeby było tak jak jest teraz, ale z Nim. Razem, ale czasem osobno. Żebym miała czas spotkać się przy winie z dziewczynami, żebym mogła iść na kawę z Margolą i prowadzić leniwe rozmowy, żebym mogła przeleżeć cały dzień w piżamie w łóżku gapiąc się w ekran laptopa. Jak się postaram, to tak właśnie będzie…

397

Standardowy

Nie lubię kazań w wykonaniu księdza Krzysztofa, zwanego przeze mnie Białasem. Ma ciężką rękę do pisania, a wygłaszanie tego jest jeszcze trudniejsze. Przecinki są tam, gdzie nie powinny być. Pauzy pomiędzy wyrazami, czy zdaniami są różne. Jednym słowem trudno słucha się jego kazań. Przy maksymalnym skupieniu czasem coś wyniosę z nich… Dzisiaj przy moim niezwykłym
szczęściu był oczywiście Białas. Oczywiście miał kazanie. I tu o dziwo mnie zaskoczył i to tak, że mało co, a bym zbierała szczękę z podłogi. Zaczął nietypowo i od razu przykuł moją uwagę. Mówił jak na niego ciekawie i nawet nieszczęsna interpunkcja nie była męcząca. Na koniec powiedział słowa, które dały mi do myślenia i utkwiły głęboko w pamięci.

„Gdyby była inna droga do nieba niż cierpienie,
Jezus na pewno by ją wybrał…”

Obawiam się, że niepogoda wpływa niekorzystanie na mój stan zdrowia. Siedzę w polarze, długich spodniach i podkolanówkach i trzęsę się z zimna. Ciepła herbata pomaga na chwilę. Tylenol chyba będzie musiał zagościć w mojej diecie na parę dni, obok witaminy C i Scorbolamidu. Choroba jest ostatnią rzeczą jaka mi jest teraz potrzebna.

Poranne wstawanie trwa tydzień. Najpóźniej wstałam o 10.00 i miałam wyrzuty sumienia przez pół dnia. Ścielę codziennie łóżko, ubrania są w szafie, a nie na fotelu, notatki sprawdzone i niepotrzebne wyrzucone. Zmieniam się na lepsze i wyciągam wnioski z błędów popełnionych w ciągu ostatniego czasu. Pomagają mi w tym cotygodniowe krótkie rozmowy. Jest dobrze. Coraz częściej uśmiecham się z byle powodu. Sama do siebie. Choćby dlatego, że chłopiec w autobusie nie mógł podłokietnika rozłożyć, czy Mielec był zaskoczony moją obecnością na Rakowicach, czy Tomek zrobił mi kawę…
A najbardziej niesamowite jest, jak ktoś taki uśmiech odwzajemnia. Nie wiem co się ze mną dzieje…

Dzisiaj pomyślałam jeszcze o czymś ważnym, aczkolwiek z dalekiej przyszłości. Kochanie, Mielec to idealny wybór i nie chcę nikogo innego! Zobaczyłam oczami wyobraźni jak to może wyglądać i było pięknie.
Taki błysk nie wiem skąd, ale piękny i ważny…

396

Standardowy

Wtorek miał wyglądać tak: jadę po Paulę na dworzec, pogadamy po drodze, wejdę na wino, idę do domu. Wyglądał tak: pojechałam po Paulę na dworzec, pogadałyśmy po drodze, poszłyśmy do Almy po Tokaja, wypiłyśmy wino z Pauliną Turkową, stwierdziłyśmy, że chcemy jeszcze, poszłyśmy do Almy po dwa kolejne. Trzy wina na nasze słabe głowy, odzwyczajone od picia przez wakacje, zrobiły swoje. Ale przynajmniej wygadałyśmy się za wszystkie czasy. Zero facetów, zero skrępowania, każdy temat jest dobry, najlepsze te o naszych facetach. Jak się okazało ja i Paulina jesteśmy do siebie podobne pod wieloma względami. Niesamowite, bo myślałam, że będzie to tylko koleżanka poznana przez Paulę. A w tym momencie awansowała na status gościa na kolejną nasiadówkę u mnie. Na podłodze, na poduszkach z mojego łóżka, przy świecach od Babci Tomka, z winem. Zadbam o to żeby nie było facetów, bo od razu się lepiej rozmawia. Nie trzeba się wstydzić powiedzieć coś głośno, nie trzeba uważać żeby ich nie urazić. Będzie pewnie już Gośka, która wprowadza się w sobotę. Ciekawa jestem czy ją dziewczyny zaakceptują? Czy wejdzie w nasze towarzystwo? Jak nam się będzie mieszkanie układało?

Patrząc teraz na to Nasze rozstanie dużo mi dało. Odżyłam towarzysko i zrozumiałam, że nie musimy robić wszystkiego razem jak bliźnięta syjamskie. Możemy wyjść razem na miasto, a potem każde uda się do innego klubu, z innym towarzystwem. Możemy spotykać się ze znajomymi na mieście, a potem łączyć te grupy w jedną dużą. I będziemy przy tym obydwoje zadowoleni. Zrozumienie tego zajęło mi dużo czasu, ale powiedzenie głośno było łatwiejsze. Teraz trzeba tylko zrobić wszystko żeby było tak jak chcę, a nie wracać do starych schematów…

Na dniach zrobię porządek w szafie. Posegreguję ubrania na te, które noszę i na te, które nie widziały mnie dłużej niż pół roku. Te drugie oddam biednym dzieciom. Im bardziej się przydadzą niż mnie. Szczególnie, że u mnie leżą w szafie i robią dobre wrażenie. Tylko spódniczkę oddam Pauli. On ją uwielbia, ja praktycznie nie noszę. Na nią jest dobra, ze mnie spada nawet z paskiem. A poza tym ja mam drugą taką samą, którą bardziej lubię.