409

Standardowy

Postanowiłam na nowo wprowadzić więcej organizacji do mojego życia. Pewne sprawy się powyjaśniał i teraz trzeba je po prostu zakończyć i zrobić wszystko żeby już nie wróciły na piedestał, z którego powoli spadają. Wiem co jest najważniejsze, co ważne, a co na tyle mało istotne, że mogę spokojnie odpuścić. Zrobiłam sobie listę tych spraw, leży w szufladzie biurka i będę do niej zaglądać regularnie. Na nowo pojawiają się małe karteczki, na których piszę, co muszę zrobić w przeciągu nadchodzących dni. Niezwykle pomocne na sklerozę i dyscyplinę. Rytuał każdego dnia będzie taki jak był jeszcze trzy tygodnie temu. I obiecuję uśmiechać się codziennie, choć raz. A obowiązkowo przy porannym wstawaniu.

Moje pierwsze Wszystkich Świętych w Krakowie. Jeszcze nie wiem, jakie będzie. Na pewno inne. Ale okaże się czy inne to złe? Czy inne to nowe i dobre?

408

Standardowy

Obudziłam się w środku nocy i nie mogłam zasnąć. Usiadłam do sprawozdania. Po dwóch kwadransach było gotowe. Sen nie nadszedł. Zaczynam się zastanawiać, co jeszcze mogę zrobić. Oczywiście mogłabym wrócić do łóżka i dalej oglądać ‚Ostry dyżur’, ale czuję chyba lekki przesyt. Jeszcze dwa lata temu o tej godzinie kończyłam naukę. A teraz? Kończę ją o północy. Rzadko zdarza mi się siedzieć do tak późna albo zarwać noc. Albo się starzeję albo mam inny tryb nauki.

Wybrałam w końcu temat seminarium. Mam na wyciągnięcie ręki wydrukowaną publikację do przeczytania. Biję się z myślami czy czytać ją teraz czy może zabrać się za nią już jutro. Początek jest kuszący, sama tematyka dla mnie raczej obca. Zrobić prezentację muszę. Po szybkiej naradzie z samą sobą decyduję się zająć tym jutro. Dzisiaj poczytam Cooka albo którąś z zaległych gazet leżących pod biurkiem.

Muszę na nowo przestawić się w tryb „komputer i Internet to nie wszystko”. Wydarzenia z ostatniego tygodnia zrobiły swoje i niestety zburzyły mój dążący do ideału rytuał dnia codziennego. Co więcej zastanawiam się, co będziemy robić jutro z Tomkiem. Wyjście do kina odpada, spacer też ze względu na ziąb na polu, kolacja na mieście też nie wchodzi w rachubę, bo mamy nasze małe głodówki. A na dobrą sprawę czy ja muszę do cholery mieć plan też na to?! Przecież możemy nawet posiedzieć w kuchni przy herbacie i porozmawiać o jakże mało ważnych sprawach.

Grunt to być ze sobą, a nie robić na siłę coś. Można robić coś nie robiąc nic konkretnego i nie mając planu.

407

Standardowy

Lubię wtorki, ponieważ w te dni mam wykłady z anatomii. Jedne z piękniejszych 90 minut w tygodniu. Mogę uczyć się budowy naszego ciała. Słucham wykładu niezwykle inteligentnego doktora w białym fartuchu. I niestety przekonuję się jak dużo straciłam. W pewnym momencie swojego życia dokonałam wyboru. Poddałam się i studia medyczne stały się przeszłością. Czy dokonałam tego wyboru świadomie? Dzisiaj nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wtedy byłam młoda, pełna nadziei, świat stał przede mną otworem, a ja wierzyłam głęboko w pewne ideały. Dzisiaj nie jestem już taka młoda, świat nadal stoi przede mną otworem, a niektóre ideały sięgnęły bruku. Wykłady z anatomii są taką namiastką tego, czego mogłam się uczyć. Zarazem są też spełnieniem pewnego marzenia, bo mogę się tego uczyć, uczę się i sprawia mi to ogromną satysfakcję.

Pewnie gdybym się uparła złożyłabym papiery do Zabrza. Próg niższy, łatwiej się dostać, blisko Krakowa. Nie zrobiłam tego i chyba już nie zrobię. Anatomia pokazuje mi, czym są studia medyczne. To jest droga trudna, długa, pełna wyrzeczeń, a na jej końcu nie ma szczęśliwego zakończenia. Znam siebie i wiem, że nie byłabym zdolna aż do takiego poświęcenia. Jak to mówi Serwicka, nie mam ołowiu w dupie. Może i mam powołanie, może byłabym dobrym chirurgiem lub psychiatrą, ale nie wiem czy wytrzymałabym dwanaście lat ciężkich i morderczych lat wypełnionych po brzegi nauką i wyrzeczeniami…

W tym wszystkim rozumiem Adama i jestem po jego stronie. Też bym się nie poddała i nie zrezygnowała!

Miałam dzisiejszej nocy dziwaczny i piękny zarazem sen. Chodziłam po Tatrach z grupką ludzi i było to częścią mojego egzaminu na Przewodnika Górskiego. Zaplanowałam obejść Morskie Oko i udać się w górę nad Czarny Staw. Widziałam dokładnie drogę wokół stawu. Widoki przed sobą. Drogowskaz nad Czarny Staw. Dchronisko majaczące w oddali oblepione ludźmi niczym choinka bożonarodzeniowa kolorowymi lampkami. Pamiętam, że byłam uśmiechnięta i szczęśliwa. Nie przeszkadzał mi pierwszy śnieg leżący w wyższych partiach gór, słońce wychodzące raz na jakiś czas zza chmurki… To wszystko było nieważne. Bo ja byłam w moich ukochanych górach i tylko to się wtedy liczyło.

Wiem, że parę wypraw w ciągu dwóch lat, to może być za mało żeby mówić o miłości, ale to są moje odczucia… 

406

Standardowy

Piękny był dziś poranek. Stałam na przystanku i patrzyłam jak słońce wychodzi zza bloków, a za chwilę ląduje ze swoimi promieniami na mojej twarzy. I taka cisza i spokój wokół. Mało kto jeździ o tak wczesnej porze gdziekolwiek autobusem.

Mielca nie udało mi się tym razem zaskoczyć, to wręcz on zaskoczył mnie nie przychodząc na 9:00. Powinien wyskoczyć jeszcze niczym królik z kapelusza i powiedzieć ‚mam cię’. W gruncie rzeczy nie o to mi chodzi, a element żartu jest całkiem na miejscu. 

Lubię niedzielę. Nie wiem czemu. Od niedawna nie jest to dla mnie koniec tygodnia i powrót do szarej rzeczywistości i zadań dnia codziennego. Taki specjalny dzień. Płynący w leniwym tempie, radosny, rodzinny, taki inny. Szkoda, że nie ma dwóch niedziel w tygodniu. Albo zamiast soboty nie ma niedzieli…

Marzą mi się niedzielne spacery nad Wisłą. Szczególnie w takie dni jak ten. Kiedy świeci słonko, jest ciepło, bezchmurne niebo nad głową. Tylko trzymać się za rękę i iść, czasem przystanąć by uchwycić jakiś moment na zdjęciu. Może dziś się w końcu uda…

405

Standardowy

„Choć zamknięte masz powieki, w naszych sercach zawsze będziesz żył na wieki.”

Odszedł jeden z moich ulubionych wujków, Wujek Stasiek. Dowiedziałam się paręnaście minut temu i poczułam jakbym dostała obuchem prosto w głowę. Wiadomość o śmierci zawsze jest trudna do przyjęcia i zawsze powoduje pustkę w sercu. Ale teraz poczułam się jeszcze coś innego. Nie umiem tego nazwać…

Wujka nie znałam bardzo dobrze. Poniekąd dlatego, że ja mieszkałam w środkowej Polsce, on  w Wałbrzychu. Potem, gdy byłam młodą nastolatką, usunęli mu płuco i nie mógł podróżować, by zmiana klimatu nie spowodowała jakichś powikłań. W mojej pamięci są strzępki wspomnień o nim. Wystarczyło, by stał się ulubionym i ważnym wujkiem. Pamiętam jak grałam z nim i Dziadkiem w durnia; jak płakałam rzewnymi łzami, kiedy po raz kolejny przegrałam. Pamiętam jak Wujek był w sanatorium po usunięciu płuca i Ciocia przyjechała do Warty i tam mieszkała. Pamiętam ich ostatnią wizytę u Dziadków; cieszyłam się jak dziecko na ich widok. Pamiętam Wujka zawsze szczupłego, z ciemną od słońca skórą, uśmiechniętego, żartującego przy każdej okazji. Taki będzie żywy w mojej pamięci…

Na pogrzeb pojadę. Czuję, że powinnam tam być. Serce mi się ściska jak sobie pomyślę, że nasza rodzina spotyka się w komplecie tylko na ślubach lub pogrzebach. I zaczyna niestety przeważać to drugie…

Może to dziwne, ale wiem że jutro będę się czuć inaczej. Nie będę chodzić smutna i zapłakana. Tak reaguję. Niecodzienne. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale tak już jest. Jadąc do domu pomyślałam sobie, że Agnieszka przyleci z Irlandii. Że Patryk nie przekona się jak fantastycznego ma Dziadka. Że Wujek nie będzie na moim ślubie. Mogłabym tak mnożyć. Ale wiem, że to jest bezcelowe. Ból będzie. Największy u najbliższych. Minie, gdy przyjdzie na to czas i odpowiednia pora. A Wujek będzie z nimi wszystkimi cały czas…