421

Standardowy

Odkąd znam Kubę i nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń, potrafię prawie bezbłędnie rozpoznać geja. Co więcej mogę powiedzieć czy to gej czy pedał. To jest akurat najprostsza część całej ‚zabawy’.

Przykładowo wczoraj w Peek’u. Widzę na dziale męskim Faceta. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to jego tyłek. Niczym naładowany silikonem, albo botoksem, albo kolagenem, albo też wszystkim po trochu. Twarz nie istnieje, bo wszyscy gapią się na jego dupę. Dopiero parę długich chwil później, kiedy i ja docieram na dział męski i zagłębiam się w poszukiwaniu koszuli dla Taty, widzę jego twarz. Piękną, zadbaną, idealnie pozbawioną zarostu, z nienaturalnie czarnymi włosami. W koło Pana unosi się oczywiście dość gęsta chmura perfum, niczym chmura elektronów w zdelokalizowanym wiązaniu pi w pierścieniu benzenowym. To budzi moją czujność i owy Pan jest podejrzanym o bycie. Ale nie mam pewności. Mimika i gesty nie są tym razem zbytnio pomocne. Wystarczy jednak dać mu koszulę ze słowami ‚bierzemy ją’ na ustach żeby mieć pewność i żeby okazało się, że mój osąd był trafny.

Niech tylko nikt nie waży posądzać mnie o bycie nietolerancyjną. Sam fakt posiadania przyjaciela geja powinien temu zaprzeczać, ale podobno to jest teraz jazzy. Tak więc ja trendy ani jazzy nie jestem. Ja przyjaźnię się z Kubą, bo jest wartościowym człowiekiem, pomógł mi w trudnym dla mnie czasie i mimo wad, które posiada wiem, że mogę na niego liczyć i wiem, że mam w nim przyjaciela. Bo bezinteresowna przyjaźń, jak ta i do tego z facetem, jest niestety rzadkością.

420

Standardowy

Składanie życzeń od zawsze należy do najmniej przeze mnie ulubionych czynności przy stole wigilijnym. Ale nie tylko w tych okolicznościach. Nie lubię składać życzeń w ogóle. Zawsze klepie się te same, nic nie znaczące formułki w stylu ‘wszystkiego najlepszego’, ‘spełnienia marzeń’ czy też ‘pomyślności’. Głowa mi czasem pęka od wymyślania tych grzeczności, a pot ścieka ciurkiem po plecach w momencie, gdy kolejna osoba podchodzi do mnie z opłatkiem w ręku i uśmiechem na twarzy. Na placach jednej ręki mogłabym wyliczyć ile szczerych życzeń usłyszałam w swoim życiu. Najchętniej wykreśliłabym łamanie się opłatkiem i składanie sobie wzajemnie życzeń z tradycji wigilijnej kolacji. Samo łamanie się opłatkiem czemu nie, ale po co życzenia?!

Idealnie by było, gdyby każdy życzył każdemu ze szczerego serca. Żeby wysilił się na coś więcej niż wyżej wymienione standardy. Przecież w gronie najbliższych nie powinno być to takie trudne. Są to osoby nam bliskie i dobrze znane. Nie powinno być problemem wymienienie tego co dla nich będzie najlepsze i z czego najbardziej się ucieszą. A jednak jest. Zastanawiam się z czego to wynika. Czy  z lenistwa? Czy z pójścia na łatwiznę? Byle się nie wysilić, byle jak najszybciej odbębnić, byle jedna osoba mniej w kolejce z opłatkiem. Sama taka jestem, nie ukrywam tego. I dlatego jestem przeciwniczką składania sobie życzeń. Szczery uśmiech i wyciągnięta w kierunku drugiej osoby ręka powinna wystarczyć zamiast potoku nieszczerych słów.

Jako osoba na wskroś naiwna wierzę, że kiedyś przyjdzie taka Wigilia, że życzenia będą z serca płynące i szczere lub będzie Wigilia bez życzeń, z samym opłatkiem.

419

Standardowy

Święta się kończą. Aż chce się podskoczyć do góry ze szczęścia i w powietrzu wydać kilka radosnych okrzyków. W tym roku nie poczułam atmosfery Świąt ani przez moment. Wigilia była, tradycyjne potrawy też, Aniołki przyniosły prezenty. Owszem jest jak powinno być. Wczoraj wizyta u drugich Dziadków, zaliczyliśmy wszystkie najbliższe nam osoby. Jednym słowem rodzinka idealna. Dzisiaj odpoczywamy w domu.Taka tradycja od zawsze.

Pytam raz jeszcze, czemu nie czułam tych cholernych Świąt? Może mogę to zwalić na coraz większe tempo życia i brak czasu na przystanięcie i złapanie oddechu? I dorzucę do tego jeszcze przeprowadzkę do nowego domu i nie urządzenie się w nim do końca? Szukający wytłumaczenia będzie usatysfakcjonowany, ja nie do końca. Ale co z tego?!

Nie umiem nazywać swoich uczuć. Nie umiem o nich mówić. Nie umiem powiedzieć głośno, że mi źle lub dobrze. Nie umiem tego przelać nawet na klawiaturę i zostawić tutaj. A dowiedziałam się tego całkiem przypadkiem. Czytając ‚Bluszcza’ i rozmowę Literatek. Jest w tym trochę prawdy. Boję się napisać co czuję i czemu tak, a nie inaczej. Nie wiem czemu. Może wstydzę się? Może nie potrafię tak do końca się obnażyć. Jestem anonimowa, ale zapominam o tym. Nie korzystam z tego. A powinnam. W ramach terapii będę uczyć się pisać o swoich życiu wewnętrznym. I paradoksalnie nie mam tu na myśli życia nerek i wątroby.

418

Standardowy

Rzadko pamiętam swoje sny i tak samo rzadko sięgam do sennika, by sprawdzić ich znaczenie. Robię tak tylko w przypadku, gdy sen mnie głęboko poruszy, zaintryguje, będzie w jakiś sposób ważny.

Dzisiejszy był dziwny i zarazem bardzo optymistyczny. Chciałam żeby się nie kończył i trwał wiecznie. Byłam w nim spokojna, wyciszona i miałam pewność, że nic złego mnie nie może spotkać. Obudziłam się raz, ale co dziwne, po zaśnięciu sen wrócił. Nie w tym samym momencie, w którym się skończył, ale łączył się w całość z poprzednim.

Przy kubku herbaty zaczęłam się zastanawiać skąd mi się takie coś ubzdurało. W pewnym momencie prawie, że oblałam się nawet rumieńcem. Sprawdziłam jego znaczenie. Bardziej z ciekawości chyba, bo nie wierzę tak do końca w znaczenie snów.
Wróży Ci on, iż dostąpisz zaszczytnego stanowiska‚. Najzdrowiej chyba będzie przymknąć oko na tą interpretację. Mimo, że jest optymistyczna i obiecująca…

417

Standardowy

Postanowiłam zacząć optymistycznie. Bez walenia smuty i dołowania potencjalnego czytelnika (choć ostatnio wątpię czy takowy istnieje) na starcie.

‚Boże, daj mi siłę,
abym mógł zrobić wszystko,
czego ode mnie żądasz.
 potem żądaj ode mnie wszystkiego,
czego zechcesz.’
                                                                    Święty Augustyn

Po pełnym nadziei wstępie czas zejść z chmur na twardą ziemię i uderzyć w nią z całej siły, tak żeby zabolał każdy mięsień. To zafundowała mi pewna osoba, której ufałam i którą ceniłam. Nauczyłam się szybko, bo po raz drugi, że niektórych trzeba trzymać na dystans. Bo jak są za blisko zaczynają gryźć, a to cholernie boli. Tak więc, mimo że Święta, to czas pojednań i radosnego oczekiwania, ja zachowam umiar w tych zachwytach, ochach i achach. Nie chcę się wewnętrznie obić przed samym radosnym dniem.

Wracam do ukochanego przez mnie na pierwszym roku zarywania nocy kosztem nauki. Brakuje tylko pustego opakowania po jogurcie pitnym służącego za popielniczkę. Rzuciłam i nie zamierzam wracać, mimo że czasem chce się zakurzyć. Tylko po to żeby szlag nie trafił i gromy nie padały z jasnego nieba na powód aż tak wielkiego zdenerwowania. Ale szlachetne zdrowie ostatnio stoi u mnie wyżej niż pokusa, a moja silna wola napawa mnie dumą. Jakbym była pawiem chodziłabym cały czas z rozpostartym ogonem. Zamierzam uporać się z seminarium i położyć się spać w glorii odniesionego zwycięstwa nad własnym lenistwem. Jak się uda, to może usłyszę chóry anielskie.
Wkraczając na poważniejsze tony, już nie tak nasiąknięte ironią jak poprzednie zdania. Pisanie znów sprawia mi radochę. Uspokaja, pozwala na twórczy ekshibicjonizm (uwielbiam to sformułowanie) i doceniam mojego Bloga, za to że tyle ze mną wytrzymuje. To zdecydowanie najdłuższy związek w moim życiu.