427

Standardowy

Kiedy mam dobry humor, zarażam nim wszystkich dookoła. Głupawka, umieranie ze śmiechu, pomysły tak głupie i niemożliwe do wykonania, że aż śmieszne kłębią się w mojej głowie. Kiedy dopada mnie tak zwany krakowski spleen, wtedy każdy obok mnie wpada w dołek, równie głęboki jak ja albo i głębszy. Słucham moich ukochanych smętów, które brzmią smutniej niż zazwyczaj. Oczywiście genialnie wpasowują się w klimat, a każde słowo z dowolnej piosenki jest jakby w sam raz dla mnie pisane. Wczoraj w akcie skrajnej desperacji i z ogromną chęcią niesienia mi pomocy, obejrzałyśmy z Gosią ‚Nigdy w życiu!’. Film, który w normalnych warunkach jest lekarstwem na wszystko. Po którym humor wraca do normy, spleen odchodzi w zapomnienie, a ja mogę znów zacząć się uśmiechać i spojrzeć na świat bardziej przychylnym okiem. Wczoraj nie zadziałało. Bo oglądałam go i zadawałam sobie setki, jak nie tysiące, pytań bez odpowiedzi…

Nie potrafię wrzucić na luz, przestać się przejmować, olać kwestię, mieć wszystko głęboko w dupie! Nie mogę i nie będę mieć! Bo wydarzenia z ostatnich paru dni były dla mnie zbyt ważne, zbyt istotne, zbyt piękne, by przejść koło nich obojętnie. Zrobić beznamiętną minę i wmawiać innym, że nie boli. Tak się nie da. A przynajmniej ja tak nie umiem. Boli jak cholera, łzy płyną po policzkach, nieznośne poczucie winy trawi od środka. I jeszcze ta niepewność, która też robi swoje. A gdzieś głęboko, głęboko tli się nadzieja. I jej płomień nie zgaśnie, nawet jak ja przestanę wierzyć… Bo nauczyłam się czegoś o sobie. Często boję się przyznać przed samą sobą do swoich uczuć, swoich myśli, swoich nadziei. Uczę się tego. Tylko tym razem wiem, że będę wierzyć i będę próbować i udowodnię, że jest inaczej. Nawet jak zacznę powtarzać wszystkim dookoła, że nic mnie to już nie obchodzi. Ktoś mnie dobrze zaczął uczyć samej siebie… 

A jeśli, drogi Czytelniku, przeczytasz to nie oceniaj i nie wyciągaj pochopnych wniosków. Może i mam lekką rękę do pisania i cięty język, nie będę się krygować. Ale mam też uczucia i to one dochodzą w ostatnich godzinach do głosu. W walce Rozumu z Sercem, to drugie wygrywa.
A tak w ogóle doszłam do wniosku, że jakby Werter miał możliwość posiadania rodzeństwa, to byłam bym jego siostrą bez dwóch zdań!

‚Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe i nieprawdopodobne.

Johann Wolfgang Goethe

426

Standardowy

Lubię być chora tylko z jednego powodu. Mogę wtedy leżeć w łóżku i bezkarnie oglądać film za filmem. Bez wyrzutów sumienia, poczucia traconego czasu czy pretensji dochodzących z boku o moje nic-nie-robienie. Pośród kilku, które obejrzałam w tych ostatnich dniach, jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. Tytułu nie podam. Z czystej przekory. Poza tym nie jest on aż tak bardzo istotny. Ważna jest jego treść. Mówił o przyjaźni. Dwoje ludzi, odmiennej płci, spotyka się w dość specyficznych okolicznościach. Widują się pięć dni w tygodniu przez parę godzin. Rozmawiają ze sobą na różne tematy. W końcu każda ze stron zauważa, że to nie jest zwykła znajomość. To przeradza się w przyjaźń, pełną zrozumienia i ciepła. Przyjaźń czystą, bezinteresowną, mimo wszystko i na zawsze. Wydawać by się mogło, że to już koniec filmu. A jednak nie. Strona Męska na ostatnim wspólnym spotkaniu zachowuje się dość dziwnie. Usprawiedliwia się problemami, o których nie chce mówić. Strona Damska początkowo naciska, a z czasem odpuszcza i zaczyna obojętnieć. I tak rozstają się ze zdawkowym ‚cześć’ rzuconym gdzieś w przestrzeń. Co było dalej nie powiem…

Smutne, chwytające za serce i sprawiające, że łzy napływają do oczu i robi się od razu tak bardzo smutno. Nie wiem czemu i pewnie nie poznam tego powodu nigdy. Ale to na pewno nie tak miało być! Nie można się tak zachować, nie można odpuścić i udawać, że to wszystko nic nie znaczy. Może akurat dla tej Damskiej Strony znaczyło? Tylko czym Ona aż tak zawiniła? Co takiego powiedziała? Co zrobiła nie tak? Czym do cholery uraziła? Czemu kolejny raz musi płakać w samotności i nie może nawet zjeść lodów z popcornem? To faktycznie musiała być cisza przed burzą i On doskonale o tym wiedział… Ona jednak nie poddaje się i udowodni Mu, że dawanie drugiej szansy nie jest czymś złym. Ludzie są tylko ludźmi i powinni sobie nawzajem wybaczać. Czasem schować dumę w kieszeń i wyciągnąć rękę. Ona to zrobiła, teraz czeka na Jego decyzję… A jak się nie doczeka, to i tak wie co zrobi dalej…

425

Standardowy

Teraz powinna być tabula rasa. Tylko ja nie potrafię nagle wymazać tego wszystkiego co jest w moje głowie i o czym nie mogę zapomnieć. W każdym zachowaniu doszukuję się drugiego dna. Czuję się nieswojo i często nie wiem co mam ze sobą zrobić. Odnoszę wrażenie jakby moje słowa były nieważne, nawet nie wpuszczane jednym uchem i wypuszczane drugim. Być może jestem przewrażliwiona. Być może tak naprawdę jest. Poniekąd sama się do tego przyczyniłam i nie powinnam narzekać, a pretensje mieć do siebie samej. Tylko nie umiem tak. Chciałabym żeby było jakoś. Bo najgorsze jest zobojętnienie na drugiego człowieka. Widać muszę popracować nad zwiększeniem mojej odporności psychicznej… A resztę pozostawić swojemu biegowi. Życie pokaże jak będzie. Tylko ja się czuję jakbym zawiodła już cały świat i nie został nikt, kto mógłby się na mnie zawieść. Przestaję o tym myśleć, bo zgłupieję…

Od ponad tygodnia mam problemy ze snem i z jedzeniem. Dokładanie rzecz ujmując nie jem prawie nic, w porywach jeden posiłek dziennie. Zdarzają się takie dni, kiedy nie ma nawet tego jednego. Zmuszam się żeby coś w siebie wepchnąć. Dzisiejszy obiad był tego doskonałym przykładem. Szczęście, że nie było ziemniaków czy frytek, bo nie wiem gdzie bym to zmieściła. Najlepiej bym się czuła nie jedząc tego obiadu, ale z pewnych względów nie chciałam odmawiać. Co do snu sprawa jest prosta. Nie mogę spać, nie wysypiam się, mam problemy z zaśnięciem. Boję się, że uodporniłam się na melisę i nie ma już niczego, poza tabletkami nasennymi, co mogłoby mi pomóc. Rano od godziny 7 przestawiałam budzik, by w końcu wstać o 11. Efekt zaśnięcia w okolicach 4. Boję się co będzie dzisiejszej nocy…

Jeszcze jedna rzecz na koniec. Niesamowicie denerwuje mnie, że mój Tata nie potrafi napisać smsa w momencie, gdy nie odbieram telefonu. Za to dzwoni kolejny raz i kolejny i tak w nieskończoność. Ja biorę telefon do ręki i serce prawie mi przestaje bić, bo spodziewam się najgorszego. Nie wiem czemu, ale każde takie serie nieodebranych połączeń są dla mnie równoznaczne ze śmiercią najbliższej mi osoby… 

424

Standardowy

Zastanawiając się ostatnio nad moim życiem bylam skłonna powiedzieć z ręką na sercu, że jestem szczęśliwa. Mimo problemów, które mam, mimo tego że nie wszystko układa się po mojej myśli. Do wczorajszego wieczora byłam tego pewna. Niestety, kolejny powrót do domu ze łzami ściekającymi po policzkach z powodu spotkania z Margolą oznacza, że nie jest dobrze. Nie mam na tyle silnej psychiki żeby się tym nie przejmować. Mogę o tym nie myśleć, nie roztrząsać czemu jest tak a nie inaczej. Ale kiedy dochodzi do spotkania i ja po raz kolejny staram się wyciągnąć rękę i nie mam z tego nic, załamuję się. Nie zachodzę już w głowę czemu tak jest i co ja takiego jej zrobiłam… Napisałam jej wczoraj smsa, ale bez jakiejkolwiek reakcji.
Jest mi przykro, bo przez te dwa lata było inaczej. Mogłam z nią porozmawiać, wyżalić się, poradzić. Teraz muszę przestawić się na tak zwane inne tory. Nie ma rozmów, nie ma wizyt u Tomka jak ona jest w domu, nie ma spotkań na kawę. Wiem, że kiedyś przyjdzie taki czas, że będzie mi to obojętne całkowicie i nie będę się przejmować jej zachowaniem. Póki co potrzebuję na to jeszcze troszkę czasu… Miałam jedną szaloną myśl żeby poradzić się osoby stojącej zupełnie z boku. Odrzuciłam ją. Bo czemu do cholery, to ja muszę ciągle się starać i wyciągać rękę i udawać, że nie widzę że tylko mi na tym zależy. Pozostaje wzajemny szacunek. Jeśli z upływem czasu i on nie wygaśnie…

423

Standardowy

Jestem z siebie dumna. Z bardzo błahego powodu. Po raz pierwszy od długiego czasu i po raz pierwszy w Nowym Roku udało mi się zrobić to, co sobie zaplanowałam. Co prawda zajęło mi to sporo czasu i jest godzina wczesnoporanna, ale kładę się spać z poczuciem spełnionego obowiązku…

Wczoraj Krzysztof na kazaniu powiedział piękne i mądre słowa zarazem. ‚Najpierw trzeba pokochać Pana Boga, potem pokochać siebie. A gdy te dwa warunki będą spełnione możemy tak naprawdę pokochać drugą osobę. Pokochanie siebie nie jest równoznaczne z akceptacją swojej osoby…’ Głęboki, prawdziwe, dosadne, mądre, refleksyjne…

Ciąg dalszy nastąpi pewnie wieczorem. Tymczasem udaję się na zasłużony i krótki sen.