438

Standardowy

Najlepszym sposobem na oduczenie samego siebie robienia czegoś jest terapia szokowa. Jakiś czas temu obiecywałam sobie, że spróbuję przestać przeklinać. Skończyło się na ograniczeniu, ale na początek dobre i to. Po dzisiejszej wizycie w jednym z moich ulubionych miejsc kończę definitywnie. Celowo nie piszę, gdzie byłam, bo chcę by to miejsce było dalej jednym z tych, do których będę przychodzić z radością.

Grupa złożona z trzech nastolatek w wieku wczesnolicealnym prowadziła ożywioną rozmowę na tematy szkolne kilka stolików dalej. Muzyka była na tyle cicha i było na tyle mało ludzi obok, że słyszałam każde ich słowo. Co drugie, dosłownie i bez koloryzowania, przeplatane było soczystym przekleństwem. Brzmiało to okropnie, słuchać się nie dało, zignorować na początku też było dość trudno. Wyobraziłam sobie w momencie, jak ja muszę wyglądać z boku z moim słownictwem dalekim od idealnego i poprawnego. Fakt, nie nadużywam przekleństw, w takim stopniu jak robiły te trzy niewiasty. Ale nie mogę powiedzieć żebym używała ich w wyjątkowych sytuacjach tylko i jedynie. Pewne jest jedno, przysłuchiwanie się tym dialogom było terapią szokową w najczystszej postaci. Przestaję i to od razu. Bez odkładania w nieskończoność, bez ograniczeń na początek. Nie chciałabym, by ktoś patrzył na mnie tak, jak ja dzisiaj na te dziewczyny.

Błąka mi się po głowie jedna głupia myśl. Boję się zapytać, boję się o tym myśleć. Odganiam ją, niczym natrętną muchę, ilekroć tylko się pojawi. Dotyczy ona bliskiej mi osoby, bardzo bliskiej. Mam opory, by powiedzieć głośno to słowo… A jeszcze bardziej boję się, co by było gdybym dostała na to pytanie odpowiedź twierdzącą… Dlatego póki co nie pytam, nie myślę. Czasem tylko się martwię i mam nadzieję, że niepotrzebnie!

437

Standardowy

Im dłużej żyję na świecie, tym lepiej poznaję siebie. Wczoraj stwierdziłam, że jestem osobą, która pali za sobą mosty. Na pewno jest to ogromna wada i powinnam z tym walczyć, ale zastanawiam się po co? Najpierw dostaję w twarz, a potem mam nadstawić drugi policzek? Bez sensu. Dostaję w twarz, odwracam się na pięcie i odchodzę. Nie słucham słów, które padają zaraz po, bo uważam je za nieszczere i wymuszone sytuacją. Jakby było w odwrotnej kolejności, też by nie było dobrze. Najpierw płynące z głębi serca wyznanie, a potem padający cios. Jakby ta słodycz miała złagodzić ból, który przyjdzie już za chwilę. Paranoja… Dlatego właśnie wolę odwrócić się i odejść. Przestać się odzywać, robić swoje, nie przejmować się. Złośliwi powiedzą, że osiągnęłam w tym mistrzostwo. Prawda. Życie mnie w tym świetnie wyszkoliło.

Czasem tylko przychodzą chwile refleksji i zadumy. Tak jak wczoraj. Przez głowę przelatywały mi myśli, że mam tutaj tylko dwie bliskie mi osoby. Osoby, których jestem pewna, do których wiem, że mogę zwrócić się z każdym problemem, o każdej porze dnia i nocy. Zdecydowanie za bardzo szastałam ostatnimi czasy słowem ‚przyjaciel’. Wyświechtałam je, zrobiłam z niego szmatę i wycieraczkę. Czas wrócić do okresu, kiedy to słowo było swego rodzaju tabu i nie rzucałam go na prawo i lewo. Wtedy byłam zdecydowanie ostrożniejsza. Przypomniały mi się słowa mojej znajomej z czasów gimnazjalnych; lepiej jest mieć jedną zaufaną osobę, niż wielkie grono, którego nie jest się pewnym. W tłoku człowiek robi się anonimowy, a jego problem zaczynają być mało ważne.

A wrażliwość, empatię i romantyzm czas schować głęboko. Tak głęboko, by zapomnieć, co to w ogóle znaczy i gdzie zostało schowane.