455

Standardowy

‚Anioły i Demony’ zaliczone i to w kinie! Oczywiście chcąc się dobrze przygotować do filmu przeczytałam książkę, co by być na bieżąco i nadążyć za filmem. To był mój błąd. Od samego początku zamiast skupić się na tym, co dzieje się na ekranie wyłapywałam, co jest inne niż w książce.

Ten film jest oparty na książce w dość luźnym tego słowa znaczeniu. Główny wątek jest taki sam, wątki poboczne nieco inne, niektóre są zmienione, niektóre pominięte. Jak to w typowym amerykańskim produkcie musi być happy end, którego w oryginale nie było. Mogłabym tak wyliczać i wyliczać, przeanalizować cały film scena po scenie i zepsuć oglądanie tym, którzy jeszcze w kinie nie byli. Traktując książkę jako osobną rzecz i jej ekranizację jako osobną muszę powiedzieć, że była całkiem udana. Akcja wartka, nie było czasu na ziewanie, drapanie się po głowie i szukanie popcornu na dnie kubka. Opisy zabytków, tak cenione u Dana Brown’a, zostały dość wiernie pokazane.

Zaskoczyły mnie Archiwa Watykańskie. Wyobrażałam je sobie jako pomieszczenie wyłożone drewnem, z paroma komputerami przy wejściu i przeszklonymi gablotami, gdzie są przechowywane te najcenniejsze zbiory. Okazały się być bardzo nowoczesne jak na zabytek, bez śladów drewna i co więcej podobno naprawdę tak wyglądają!

Postać Asasyna mnie rozczarowała, a dokładniej aktor, który się w nią wcielił. Widziałam go jako Araba lub innego przedstawiciela krajów Bliskiego Wschodu. Okazał się być członkiem inteligencji w nienagannym garniturze i okularach w celu podwyższenia IQ.

I oczywiście Tom Hanks, który z upływem lat nie zmienia się, a wręcz staje coraz lepszy. Nie ma brzucha, który musi podtrzymywać podczas chodzenia, nie ma resztki włosów, które zaczesuje na wszystkie strony, by ukryć łysienie. Nadal jest genialnym aktorem i miło się na niego patrzy.

454

Standardowy

Źle się dzieje w państwie duńskim, a przynajmniej działo. Całą sobotę przespałam, ponieważ to było jedyne skuteczne lekarstwo na mój ból głowy. Zła byłam na siebie jak nie wiem, bo nie zrobiłam nic w kierunku zminimalizowania ilości moich zaległości. Szczęście w nieszczęściu, dzisiaj jestem wypoczęta, świeża, pełna zapału i takie tam. Chciałam zrobić pranie, nie mogę, bo Zielone Świątki. Mam nadzieję, że jutro mój ulubiony współlokator nie dojdzie do wniosku, że wszystkie jego ubrania pokryły się warstwą kurzu i trzeba je wsadzić do pralki. Jeśli tak zrobi przysięgam, że będzie je zbierał z podjazdu pod blokiem!

Wyjazd do Zabrza okazał się całkiem udany. Miasto samo w sobie nie zachwyciło, wręcz malowało smutek na naszych twarzach. Wszędzie szaro, buro, ponuro i wyglądało na to, że łatwo można dostać za nic po twarzy. Blok na bloku, a wszystkie takie same. Zieleni trzeba się doszukiwać z lupą. Zaletą tego mało urokliwego miasteczka jest to, że wszyscy studenci trzymają się razem. Tworzą odrębną społeczność, do której obcy nie mają wstępu. Mieszkają razem albo zajmują całe osiedla, jeżdżą na zajęcia razem, imprezują razem i po całonocnej zabawie śpią u tego, do którego jest najbliżej. Chyba bym się w tym nie odnalazła. Wyjazd do Zabrza był dla mnie jak wyjazd do mojej rodzinnej miejscowości w gorszym wydaniu. Dziękuję po raz kolejny, zostaję tu, gdzie jestem obecnie.

Sama impreza urodzinowa Kamila była chyba udana, ale nie należała do najlepszych w moim życiu. Ludzie z jego grupy obracali się w swoim towarzystwie, patrzyli na nas jak na obcych. Tak więc trzymaliśmy się w trójkę i wyszliśmy jako jedni z pierwszych. Troszkę inaczej sobie to wyobrażałam, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że to medycy. Inna społeczność, inne myślenie, inne tematy przewodnie rozmów. Wszystkiego trzeba w życiu spróbować.

453

Standardowy

Dobrze, że już jutro zaczyna się weekend. Może jakimś cudem uda mi się nadrobić zaległości, których z założenia nie da się nadrobić. Czerwona Książka stanie się przyjazna i tak ciekawa jak Dan Brown. Sprawozdanie do poprawy okaże się banalne i zrobię je w pięć minut, a największą trudnością będzie znalezienie sprawnej drukarki. Uda mi się przeczytać publikacje, przetłumaczyć je i coś z nich zrozumieć, tak że zadziwię samą siebie. A zacznę od tego, że jutro wstanę z pierwszym akordem budzika i nie będę go przestawiać co godzinę, po to żeby wstać na ostatnią chwilę i znów wyjść z domu bez makijażu.

Nie mam nikogo chętnego na mieszkanie i wkurza mnie to. Niedługo w akcie skrajnej desperacji wyjdę na ulicę i będę robić łapankę. Wyłączę komputer i schowam głęboko zasilacz żebym mogła w spokoju oddać się nauce. Bo jakoś układ taki, że teraz siedzę i uczę się jak szalona, a w przyszłym roku o tej porze mam wolne i dłubię w nosie, nie przemawia do mnie. Za dobrze znam siebie i swoje studia. Nie mówię już głośno o moich wzniosłych planach, bo potem pieką mnie policzki ze wstydu. Nic z nich nie wychodzi, a wszyscy w koło utwierdzają się w przekonaniu, że mam słomiany zapał i nie omieszkują mi tego wypomnieć na każdym kroku. Bardzo pomocne i budujące.

Czuję, że gubię się w tym wszystkim. Biegnę o wiele za szybko niż potrzeba i nie umiem zwolnić. Boję się zostać w tyle, boję się nawalić, boję się sama nie wiem czego jeszcze. Boję się, że nie jestem sobą…! Nie wiem co mam zrobić. Zacząć od nowa? Przewartościować sobie wszystko do tego stopnia, że będę wiedzieć co jest ważne, a co nie? Usiąść na krawężniku w środku miasta i się rozpłakać? Nie wiem, nie wiem, nie wie, nie wiem…! Czuję się beznadziejnie, do dupy i najchętniej zamknęłabym się w pokoju na cztery spusty i odcięła od świata zewnętrznego. Po prostu kolejny raz nie wiem, co robić i potrzebuję nie wiem jakiej pomocy, ale po raz pierwszy umiem to głośno powiedzieć.

452

Standardowy

Wczoraj padłam na twarz, zaaplikowałam sobie zbyt dużą porcję nauki jak na jeden dzień i jak na taką przerwę od książki. Chciałabym móc dodać, że padłam na tą twarz względnie wcześnie w nocy i dzisiaj wstałam rześka i wyspana i obyło się bez odsypiania, ale niestety nie mogę tego powiedzieć.

Zasnęłam po pierwszej, wstałam koło siódmej, a po ćwiczeniach położyłam się na parę dłuższych minut odespać. Pobudkę miałam jak z bajki, dzwoniący domofon i pytanie kołaczące się po głowie, kto do jasnej ciasnej zapuszcza się do nas o takiej dziwnej porze. Właściciel. Czemu to zawsze ja z nim rozmawiam? I czemu robię to zawsze albo zaraz po prysznicu albo świeżo obudzona i nie kontaktująca do końca świata? Dowiedziałam się w zamian, że mamy garaż i ktoś go wynajmuje i ten ktoś ma do nas przyjść po rachunek za prąd. Oczywiście nie muszę dodawać, kto będzie tego ktosia witał w progu.

Zastanawiałam się czy powiedzieć właścicielowi o naszej sytuacji mieszkalnej. I tak kołatało mi się po głowie na zmianę powiedzieć, nie powiedzieć, powiedzieć, nie powiedzieć, a gdy stanęło na powiedzieć, już go nie było. Może odwiedzi nas znów niebawem…

Co więcej zastanawiam się czy my musimy mieć zawsze współlokatorka, który będzie śmierdzącym leniem, bałaganiarzem, nierobem, studentem zaocznym wywalonym z płatnej uczelni, brudasem, chamem, mrukiem i outsiderem jednocześnie? Ilu się przewinęło przewinęło przez Jacka pokój nie sposób policzyć, ilu było normalnych nie wiem, chyba tylko jeden. Już nie chcę nawet wracać myślami do mojego poranka jak marzenie. Chcę żeby mieszkał z nami ktoś normalny, z kim da się pogadać, kto nie będzie spędzał dnia leżąc w łóżku z laptopem na kolanach i oglądając nie wiadomo czego, kto będzie studiował albo pracował. To nie są wygórowane wymagania!

451

Standardowy

Od niedzieli torba leży na środku pokoju i staram się o nią nie potknąć poruszając się po nim. Na krześle mam póki co małą część szafy, ale sterta systematycznie rośnie. Spodnie wyglądają dosłownie jak psu z gardła wyjęte, sama wstydzę się w nich chodzić, ale nie mam kiedy przejechać ich żelazkiem. Poduszki z łóżka leżą na podłodze, przez co zmniejszają optycznie powierzchnię pokoju, która przy rozłożonym łóżku i tak jest mała. Bo łóżka też nie mam czasu zaścielić. Może w końcu jutro będzie dzień, w którym zrobię wszystko bez pośpiechu, bez nerwowego patrzenia na zegarek i bez rzucania przekleństw pod nosem. Póki co zakopię się pod kocem na tym wysypisku śmieci z książką i będę się w niej zaczytywać póki powieki nie opadną mi na dobre i zapadnę w sen.

Spanie mniej niż pięć godzin na dobę, to zdecydowanie nie dla mnie. Ponownie wyrażę nadzieję, że może jutro uda się chociaż z siedem przespać… Do listy powinnam dorzucić jeszcze zrobienie prania, bo w zaskakującym tempie jego ilość się zwiększyła w moim pseudo koszu na brudy. I jeszcze zrobienie porządku z paznokciami, biorąc pod uwagę fakt, że lakier jest tak uprzejmy, że sam odpada i tyle roboty mniej dla mnie. Rozważam też wizytę w Studio, ale na razie tylko rozważam…

EDIT:
Spałam sama nie wiem jak długo, ale wiem, że w nocy będę miała problemy i znów będę przewracać się z boku na bok zła, że nie mogę zasnąć i zła na skrzypiące łóżko, z którym nie da się nic zrobić. Poza wyrzuceniem przez okno oczywiście. Ale wtedy zostaje mi spanie na co prawda nieskrzypiącej, ale zimnej i twardej podłodze. Przeproszę się z łóżkiem po raz kolejny i na pewno nie ostatni.

Znalazłam w końcu ‚Ile waży koń trojański?’. Co za tym idzie od godziny oddaję się mojej ulubione czynności, czyli oglądaniu jak zmienia się pasek postępu. Wiem bardzo dobrze, że patrzenie na niego wcale nie sprawi, że film znajdzie się na moim dysku szybciej ani nie patrzenie na niego nie sprawi, że nagle cały proces się zatrzyma, ale raz na jakiś czas muszę kontrolnie zerknąć. Już zacieram łapki i przed oczami mam wizję siebie wpatrującej się w ekran z rozdziawioną buzią i łzami wzruszenia spływającymi po policzkach suszonymi przez wybuchy niekontrolowanego śmiechu.

Sięgam pamięcią wstecz i dochodzę do wniosku, że ostatnio odbiło mi do tego stopnia parę lat temu, gdy na ekrany wchodziło ‚Nigdy w życiu!’. Odbiło do tego stopnia, że oprócz pirackiej wersji filmu (nie powinnam tego pisać publicznie, ale ryzyk-fizyk powiedział biofizyk) mam też oryginalną kasetę, bo wtedy nie miałam jeszcze DVD, a same płyty były cholernie drogie. Teraz zaopatrzam się w nielegalną wersję filmu, ale cierpliwie czekam aż w końcu pojawi się w sklepach. Kupię i zaproszę Babcię na wspólne oglądanie. Na pewno pokocha ten film, tak jak i ja.

Ktoś mieszkający nade mną ma przeraźliwy dzwonek. Ilekroć go słyszę mam przed oczami jedną z końcowych scen z ‚Milczenia owiec’. Nie mogłabym mieć takiego doorbella, bo dostawałabym zawału ilekroć ktokolwiek zdecydowałby się mnie odwiedzić. Wystarczą wrażenia słuchowe dobiegające z mieszkania powyżej i wyobraźnia działająca kilka minut na zdecydowanie zbyt wysokich obrotach.

I jeszcze jedno na sam koniec. Nie spodziewałam się miliona smsów ani miliarda kartek, ale jednego faworyta miałam. Dzień zbliża się ku końcowi, a on się nie odezwał. Normalnie krzyknęłabym hura i wyskoczyła do góry ze szczęścia, ale w zaistniałej sytuacji poczekam z tymi wybuchami euforii. Albo pamięć ludzka jest ulotna albo skasował mój numer w końcu. Ja definitywnie skasowałam jego i nie wpiszę go na nowo za nic, nawet jakby mnie przypalali rozgrzanym do białości żelazem.