462

Standardowy

Dzień wcześniej myślałam, czy nie zapytać Kuby, co Gośka myśli o mnie. Tak dla wybadania terenu i zorientowania się jak stoją moje akcje. Ponieważ okazało się, że jest lepiej niż się spodziewałam, to znaczy nie tylko ja za nią tęsknię, ale i ona za mną, napisałam przydługą i przepraszającą wiadomość na gadu. Nie wiem czy jest super, czy dobrze, będę mogła coś więcej powiedzieć, jak się spotkamy, ale widzę, że jest szansa, by było tak dobrze jak kiedyś. Bo naprawdę się za nią stęskniłam. I naprawdę przez te pół roku mieszkania niesamowicie się z nią zżyłam i dużo razem przeszłyśmy. Chcę żebyśmy znów były przyjaciółkami, żebym mogła powiedzieć, że do Futrzaka mogę zadzwonić w środku nocy i powiedzieć, że mam problem. Pod warunkiem, że Gosia odbierze telefon.
A wszystko zaczęło się od wizyty u Krzyśka. Nauczona doświadczeniem, czyli po opierdzielu nie z tej ziemi parę miesięcy temu, zdecydowałam, że lepiej tą sprawę załatwić osobiście. Pojechaliśmy z Tomkiem, on dla złagodzenia sytuacji i podkreślenia, że na mnie krzyczeć nie można. Nie musiałam rezygnować z tych cennych dwóch godzin, Krzysiek przełożył mnie na jutro. Miałam ochotę go ucałować, taka byłam szczęśliwa. Jakby te sześć godzin decydowało, że we wtorek na pewno mi się uda. Będę się czuła bardziej komfortowo, wystarczy. Co więcej godziny i dni mam tak ustalone, że tylko jednego dnia będę musiała spotkać się z Tym, Którego Imienia Nie Chcę Pamiętać. Ale pokombinuję tak żeby ta wątpliwa przyjemność mnie ominęła.
Ostatnie, ale nie mniej ważne. Zdecydowałam, że postaram się o praktyki na wrzesień i jeśli zostanę przyjęta, badania mi się spodobają, a ja zrobię dobre wrażenie, będę starać się zostać tam na czas pisania pracy magisterskiej. Wiem, że rok temu ludzie na praktyki byle mile widziani, tak jak i potencjalni magistranci. Myślę, że w ciągu tego roku sytuacja nie uległa diametralnej zmianie na gorsze dla mnie, a na lepsze dla Instytutu. Cieszę się bardzo. Nawet jeśli nie wszystko z tego, co zaplanowałam się uda, jestem z siebie dumna. Próbuję, szukam rozwiązań i co najważniejsze dla mnie robię to sama na własną rękę, bez niczyjej protekcji. Jeśli się uda udowodnię coś sobie, a przy okazji innym. I nie robię tego dla nikogo, robię to przede wszystkim dla siebie.

461

Standardowy

Pracowicie zbieram punkty na Zapunktowanych i nic z tego nie mam. Inna sprawa, że nic w życiu nie udało mi się wygrać, ale to poniekąd wynika z faktu, że w mało jakich konkursach biorę udział. Marzy mi się wygrać te wakacje marzeń, pojechać w jakieś ciepłe i egzotyczne i w normalnych warunkach nieosiągalne miejsce. Wygrzewać się w słońcu, wsłuchiwać w szum morskich fal, pić drinki z palemką i zwiedzać nowe miejsca. Trzeba jednak wrócić na ziemię i nie liczyć aż tak desperacko na główną nagrodę. W najlepszym wypadku wymienię sobie zebrane punkty na jakiś prezent zaproponowany przez Coca-Cola Company.
Siedzenie w tym śmierdzącym smogiem mieście wykańcza mnie i marzę żeby już być w domu. Zaszyć się z książką, z psem pod nogami i zapomnieć o tym, że istnieje jakiś świat. Może nawet padać deszcz. Nieważne. Byle daleko stąd. Jest tak źle, że dzisiaj popłakałam się Ojcu w telefon, że nie mogę mieszkania znaleźć. Gdybym zaczynała studia albo roztaczała się przede mną perspektywa zostania w tym uroczym mieście dłużej, kupiliby mi coś. A tak muszę się pomęczyć nie wiem ile, nie wiem gdzie i nie wiem z kim. W tej kwestii przyszłość rysuje się w różowo-czarnych barwach…
Jutro czeka mnie wizyta u lekarza. Co powinno być dla mnie bodźcem do zrobienia ze sobą czegoś więcej niż umyć się rano i ubrać. Chociaż jestem w takim stanie, że nie interesuje mnie czy wyglądam jak Miss Polski czy jak dziecko slumsów indyjskich. I coraz częściej zastanawiam się czy hormony mogły mnie aż tak rozregulować? Głównie idzie to w jedną stronę. Płacz, depresja, apatia, zobojętnienie. Czemu nie mogą być takie, które będą powodować nadmierne wydzielanie endorfin?

460

Standardowy

W mieszkaniu na dzień dzisiejszy można dostać na głowę i wylądować w Babińskim. Nikt z nikim nie rozmawia, każdy zamyka za sobą drzwi, koszmar jakiś. A zaczęło się to wszystko w momencie, gdy naszą małą społeczność zasilił idiota o nieznanym mi imieniu. Osobnik ten nie rozmawia z nikim, całe dnie spędza przed komputerem, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co tam ogląda. Nie studiuje, nie pracuje, za to zbija bąki i działa wszystkim na nerwy. Teraz i tak jest bardzo dobrze, bo przestałam się idiotą przejmować i jedyne, co mnie wkurza i doprowadza do szewskiej pasji, to jego szuranie i zamykanie absolutnie każdych drzwi. Podobno ja mam tendencję do bycia aspołeczną, ale to, co on sobą reprezentuje to już jest jakaś głęboka skrajność, a ja przy nim jestem duszą towarzystwa. Tak więc siedzę cały dzień w domu nad książką, czasem z doskoku wezmę na kolana laptopa i popatrzę, co dzieje się w szerokim świecie. Z Tomkiem widzę się od wielkiego dzwonu, dobrze, że mam Jego zdjęcia, to nie zapomnę jak wygląda. Już nawet nie nalegam na jakiś  spacer czy dłuższe spotkanie, w końcu jest sesja i nic innego nie ma prawa istnieć. Szkoda tylko, że zamierzam wyjechać do domu na początku lipca i wrócić dopiero we wrześniu.

Mieszkania nadal nie znalazłam i w najbliższych dniach nie wydaje mi się żeby ta sytuacja się zmieniła. Nie żebym jakoś szczególnie gorliwie szukała, raz na jakiś czas przejrzę ogłoszenia. Ale są pokoje na wakacje, albo na Bieżanowie, albo dwójki, albo cholernie drogie. W tej kwestii jest źle, a nawet bardzo źle. Zostanie tutaj gdzie jestem wymaga znalezienia kogoś do pokoju, czym na dłuższą metę nie będę miała czasu się zajmować. Tak więc jestem w głębokiej i ciemnej dupie.

Na dzień dzisiejszy zero pozytywnych myśli, zero optymizmu w moim sercu i masa myśli autodestrukcyjnych i samobójczych. Jeszcze trochę i zacznę je wcielać w życie, jedna za drugą.

459

Standardowy

Zaznaczę na wstępie, że do pisania zabieram się w dniu dzisiejszym trzeci raz. Być może będzie to ostatni, a moje dzieło ujrzy światło dzienne. Już miałam iść spać, ale skutecznie mi się odechciało. Sama sobie w tym zresztą pomogłam. Pochłonęłam trzy kanapki z tuńczykiem, potem paczkę draży kokosowych, a na koniec trochę chipsów cebulowych. W końcu mam dobre wyniki i raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić. Ale to śmieciowe jedzenie nie smakuje już tak jak dawniej. Niesamowite, co trzy miesiące diety zrobiły z moimi przyzwyczajeniami. Do McDonalda już nie pójdę, chyba że po picie. Ostatni posiłek dawał o sobie znać cały wieczór. Chińskiego gówna nie tknę, bo mnie nie rusza i odrzuca i brzydzi. Wolę już zjeść suchy chleb. Chipsy od wielkiego dzwonu i nie za dużo na raz, bo mnie potem mdli. Słodycze rzadko i też nie za wiele. Jeszcze tylko uruchomię skakankę, którą przywiozłam z domu, a która leży na stole i ładnie wygląda, i będę mogła powiedzieć, że będą ze mnie ludzie. A jak zacznę skakać, to będę robić szóstkę Weidera do kompletu. I w ten sposób będę boginią stąpającą po kilku miastach Polski. To była odrobina optymizmu z odpowiednią porcją wrodzonego sarkazmu.
Tymczasem oddalę się w kierunku skakanki. A jak się okaże, że ma zęby i gryzie, to pójdę do lodówki po R20 i usiądę na krześle, będę rozpłaszczać tyłek i próbować zrozumieć niezrozumiałe.

458

Standardowy

Moje najnowsze odkrycie muzyczne to Afromental. Zupełnie nie w moim stylu, zupełnie nie czuję tej muzyki, a jednak zachwycam się nią i słucham prawie na okrągło. Spałam dzisiejszej nocy po raz pierwszy przy otwartym oknie. Nie zamknęłam z lenistwa okna, ale mimo to było przyjemnie. A śnił mi się śnieg i pamiętam dokładnie, że to był czerwcowy śnieg oglądany z balkonu starego mieszkania w blokach.

I to by było na tyle jeśli chodzi o pozytywne rzeczy. Najlepiej się czuję zamknięta w pokoju. Przestałam się przejmować ogólnym bałaganem panującym w mieszkaniu. Póki mogę się w łazience się umyć i nie muszę skakać pomiędzy nowymi osadami pleśni jest dobrze. Tak samo w kuchni. Póki mam kawałek czystego blatu, talerz, nóż, kubek jest dobrze. W końcu nie tylko ja mam w tym mieszkaniu dwie ręce i mogę posprzątać. Tylko, że ja mam dość bycia sprzątaczką. Ogarniania kuchni przez kwadrans przed zrobieniem obiadu czy kolacji. Każdy z nas jest dorosły i każdy umie, przynajmniej w teorii, zachować porządek w koło siebie.

Psychicznie czuję się źle, można nawet powiedzieć, że sięgnęłam bruku. Najchętniej zakopałabym się pod kołdrę i przespała wszelkie problemy. Czuję się kompletnie i absolutnie nieprzydatna, winna wszystkiemu co złe, zupełnie jakbym była dla każdego workiem treningowym, na którym może się wyżyć. Chciałabym żeby pojawił się ktoś, kto będzie mi do znudzenia i mimo moich uwag, że nie wierzę w to, co mówi, powtarzał, że jestem mądra, inteligentna, ważna dla świata. Z drugiej strony, po co ma sobie język strzępić, jak i tak ja w to nie wierzę? Miło się słucha, ale to chyba zakrawa na próżność. Tak więc trwam w takim stanie od poniedziałku, od powrotu tutaj. Radykalnych zmian od życia nie oczekuję, bo i tak nie nadejdą. Sama nie wiem czego chcę. Może po prostu potrzebowałam ponarzekać i poużalać się nad sobą? Chociaż prawdziwe narzekanie zacznie się całkiem niedługo, jak kolejna rzecz mi nie wyjdzie. Jakbym miała za każdy niezdany egzamin robić sobie sznyty, to by mi już rąk zabrakło. Bardzo optymistyczne i cholernie prawdziwe.

Potrzebują stąd wyjechać i nie wracać przez co najmniej dwa miesiące. Całkowicie zmienić środowisko, otoczenie, nastawienie do życia, wszystko. Wyrwać się stąd i wrócić tam, gdzie nie muszę się przejmować wyglądem czy ubiorem. Mogę być sobą i martwić się problemami. Już niedługo…!