463

Standardowy

Może w końcu czas powiedzieć sobie prawdę prosto w oczy? Wcale nie jest tak fajnie jakby się mogło wydawać. Każdy kolejny dzień jest podobny do poprzedniego i nadchodzącego i zaczynają się powoli zlewać w jedno. Wstaję późno, bo i kładę się późno. Prysznic, trzy odcinki ‘Na Wspólnej’, totalna degrengolada, ale świetnie odmóżdża. Potem nieco aktywności i robię obiad przy pomocy Nigelli. A do późnej nocy czytam kolejne tomy sagi o Ludziach Lodu, która wciągnęła mnie bez granic. Bajka jakich mało, romansidło pierwszej wody, happy end goni happy end, a mezalianse mnożą się niczym grzyby po deszczu. Patrząc obiektywnie w tej książce nie ma żadnej akcji, żadnej tajemnicy, żadnego zaskoczenia. A mimo to chłonę jedną po drugiej, jakby to były dzieła autorki literackiego Nobla. Po cichu cieszę się, że mam wszystkie tomy i nie muszę czekać, jak Mamina, na kolejną część około miesiąca. Grunt to znaleźć sobie zajęcie i czerpać z niego radość.

W poniedziałek odbiorę wyczekane prawo jazdy. I nasuwa się pytanie, co dalej? Wmawiałam sobie niczym idiotka, że Padre da nim Corollę. Odkurzyłam ją, wyszorowałam tapicerki i kokpit, lśni jak nigdy. Zainstalowałam muzykę i wsłuchiwałam się w bluesa i czułam się jak w raju. I co z tego? Ano, guzik z pętelką. Może to i lepiej, że jej nie dostanę? W końcu samochód na własność, to prócz wygody i problemy. Lanie w niego benzyny dwa razy w miesiącu, której cena jest niebotycznie wysoka, prawie jak obcasy aktorki z ‘Seksu w wielkim mieście’. Ubezpieczenie raz w roku, myjnia raz na jakiś czas żeby nie wyglądał jak świnia w chlewie i takie tam. Póki nie mam stałego źródła dochodów i jestem zależna od Padre i jego humorów samochód jest skreślony z listy moich marzeń. Niemniej jednak prawo jazdy cieszy ogromnie!

Myślałam, że z momentem wyprowadzki ze starego mieszkania zamknę pewien rozdział w moim życiu i wracać do niego będę tylko, by wspomnieć miłe chwile tam spędzone. Jednak tak łatwo się nie da. Problemy ciągną się za mną, obojętne czy jestem na miejscu
czy w domu. Tym razem czekam na przelew od grupy brudasów, która zamieniła mój pokój w istne piekło i burdel na kółkach. Szlag mnie trafia, bo na odległość nie mogę nic zrobić, prócz czekania. Na pomoc kogokolwiek liczyć nie można, bo najważniejsze żeby podłożyć kukułcze jajo komuś innemu. Nie znajduję powoli na to wszystko siły, staram się o tym nie myśleć i czekam na jakiś cud z nieba. Szkoda tylko, że ja do takich cudów szczęścia nie mam. Jak coś się nie odmieni, to znów wróci ten stan depresyjny z końca czerwca. A już jest niestety bliżej niż dalej… I nie litować się nade mną, bo ani tego nie chcę ani nie potrzebuję!

Co więcej, stwierdziłam z przykrością, że to jest kolejny raz jak nadchodzą wakacje, a ja
nie kopiuję archiwum bloga na dysk mojego zawodzącego mnie na każdym kroku laptopa. Tym razem mam świetną wymówkę, Internet jest tak wolny, że nie mam do niego absolutnie cierpliwości. Zrobi się październik i na nowo będę sobie obiecywać, że w wakacje to zrobię. Są już szóste wakacje, w które tego nie robię. Za to modlę się podświadomie żeby serwis był na tyle dobry żeby nigdy się nie wyłożyć i żeby mojego długoletniego pisania szlag nie trafił…