465

Standardowy

Kazimierz jest niesamowitym i zaskakującym miejsce i będę tego poglądu bronić jak niepodległości! Dzisiaj byliśmy z Tomkiem w herbaciarni, która była zlepkiem co najmniej czterech kultur. Nazwa ‚Czajownia’ kojarzy się z Rosją. Wystrój i ubiór kelnerów nawiązuje do krajów Arabskich. Z głośników sączy się kubańska muzyka. A specjalnością zakładu są japońskie herbaty. Całość tworzy spójny obraz i nijak się ze sobą nie gryzie. To jest możliwe naprawdę tylko na Kazimierzu! Mogłabym się zachwycać tym miejscem w nieskończoność i robić im darmową reklamę przez kolejne linijki i temat by się nie wyczerpał.

Staram się przyzwyczaić, że już nie mam tak blisko do Tomka, jak kiedyś. Że muszę skorzystać z autobusu żeby podjechać bliżej albo tramwaju. Że na nowo muszę się przeprosić z kartą, bo samochodu nie mam i nic na horyzoncie nie widać. Że zakupy muszę robić w Realu, bo osiedlowy Lewiatan jest drogi jak cholera i nie usprawiedliwia go to, że mogę tam iść nawet w piżamie. Takie uroki nowego osiedla, które de facto jest nadal w trakcie budowy. Ale nie ma co narzekać. W końcu mieszkam sama. W końcu mam porządnego właściciela, który jest zainteresowany tym, co się dzieje na mieszkaniu. Jeszcze tylko trzeba poznać nowych współlokatorów i będzie pełnia szczęścia.
Po raz enty pięćsetny zastanawiam się czy nie skasować bloga…

464

Standardowy

Jest źle, a czuję że może być jeszcze gorzej. Drugi dzień słucham Lady Gagi. Najpierw była podkładem pod ćwiczenia, a teraz jest podkładem pod nie wiem co. Sraczka muzyczna straszna, a ja tego słucham i tupię nóżką w takt muzyki. Wstyd mi za siebie i mój spaczony chwilowo gust muzyczny. Mam nadzieję, że to tylko tymczasowe załamanie i wrócę do piosenek z rytmem, dobrym wokalem i solówkami gitarowymi.

Poza tym przytyłam i już trzeci dzień prowadzę wojnę z moimi absolutnie zbędnymi kilogramami. Ograniczam jedzenie i wykreśliłam z mojego jadłospisu obiad, jako posiłek zbyteczny i niepotrzebny. Dorzuciłam jakieś mordercze ćwiczenia, przy których klnę jak szewc i mam zamiar zabić instruktora na ekranie, który się uśmiecha i zaprasza za 24
godziny. Ale, czegóż to się nie robi żeby wejść w spodnie z zapasem luzu i nie mieć ich opiętych na tyłku. Wczoraj ledwo się podniosłam z podłogi i doczłapałam pod prysznic, więc naprawdę boję się tego, co może być dziś. Mam zakwasy w miejscu, w którym nigdy nie miałam. Oczywiście jako znana masochistka stwierdzam, że to przyjemne uczucie.
Do następnego spotkania z sympatycznym panem zza szklanego ekranu machającym swoimi kończynami z prędkością światła.

Tak na marginesie i w słowie końcowym na dziś, dziwię się, że blog nie został skasowany. Moje zaniedbanie osiągnęło punkt szczytowy i nigdy nie było aż tak źle. Ale, wybaczył mi. W końcu jesteśmy razem już sześć (!!) lat…