467

Standardowy

Raz na jakiś czas mam nawroty mojej choroby po tytułem ‚zawsze chciałam być lekarzem’. Najczęściej objawia się to przy oglądaniu seriali z lekarzami w tle. Żal dupę ściska i pojawiają się myśli, że moje życie jest zmarnowane, bo będę nie wiadomo kim i nie znajdę dobrej pracy. Szczęście w nieszczęściu te napady trwają coraz krócej. Może kiedyś w ogóle znikną?

A historia tej całej medycyny jest bardzo prosta. Babcia jest lekarzem i wmawiała mi od małego, że też mam być. Mama z ciotką nie poszły na medycynę, to ktoś musi. Chciałam iść na farmację, której swoją drogą też nie mogę odżałować. Nie, bo będę stała w aptece i wydawała mafii geriatrycznej leki. Chciałam być weterynarzem. Też nie, bo lubię pieski, a jak przyjdzie mi pracować z krową, to co wtedy zrobię? Babcia skutecznie mi wybijała wszystkie moje pomysły. Tak więc wmawiałam sobie tą medycynę, bo nie byłam przekonana. Do liceum poszłam do klasy niemieckiej, zamiast do biolchemu, po którym miałabym ewentualnie łatwiej z maturą. Nie wiem, w którym momencie, ale w którymś coś się stało i przestałam sobie tą medycynę wmawiać. Zdałam maturę z czego było trzeba i na poziomie jaki trzeba i… DUPA! Nie dostałam się, bo miałam za niskie wyniki. O dziwo nie była ani zaskoczona ani zawiedziona. Czułam gdzieś w środku, że się nie uda, że zabraknie tych paru punktów. Nigdy więcej nie próbowałam. Na swój sposób odchorowałam to i zostawiłam w strefie marzeń. Jako terapię stosuję mówienie głośno, że nie widzę się na takich studiach, że nie dałabym rady zakuwać na pamięć, że nie potrafię się uczyć systematycznie. Jakby było naprawdę, tego nie wie nikt. Gdzieś w głębi siebie czuję, że to jest mechanizm obronny. Usprawiedliwianie się przed samą sobą, że nie spróbowałam drugi raz, że nie walczyłam, że się poddałam i odpuściłam. Zawsze chciałam być najlepsza i byłam chorobliwie ambitna. W jakiś sposób uznaję to za osobistą porażkę. Nikomu nigdy o tym nie mówiłam i mówić nie chcę. Przynajmniej nie teraz…

Czasem gdy o tym myślę czuję jakbym zawiodła Babcię. Nie tym, że się nie dostałam za pierwszym razem. Ona też się nie dostała. Tym, że nie spróbowałam drugi raz. Teraz jest za późno. Mam tyle lat ile mam, powinnam zacząć szukać pracy, ustabilizować się finansowo i przestać być na garnuszku rodziców, a nie zaczynać nowe studia. A jednak. Gdzieś tam kołacze się myśl, że życie jest tylko jedno i że trzeba próbować mimo wszystko. Czuję, że rodzice by mi pomogli. Bo  to w końcu rodzice. A ja jestem ich jedynym dzieckiem. A oni chcą bym była szczęśliwa. I ja tego chcę…

466

Standardowy

Rozmawialiśmy wczoraj. Wydawało mi się, że ta rozmowa postawiła mnie na nogi. Rano wstałam i nie popłakałam się na dzień dobry. Za to zrobiłam to zaraz po powrocie do domu. Nie daję rady. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Płaczę bez powodu i nie mogę skończyć. Sprzątam po milion razy czysty pokój. Uczę się tyle, jakby następnego dnia miał być egzamin. To nie jest normalne. To nie jestem ja. Nie potrafię się uśmiechnąć, bo nie mam po co. Czuję jakbym nie była sobą. Jakbym od pewnego czasu udawała kogoś innego, kogoś lepszego. Tylko nie wiem, po co? Dla kogo? Czy ja muszę być taka jak wszyscy chcą? Mam swoje wady i nie pozbędę się ich. Może i dlatego, że to wymaga pracy. A może też dlatego, że one sprawiają, że jestem inna niż otoczenie?

Nie układa się nam z Tomaszem. Nie wiem czemu, nie wiem z czyjej winy. Nie wiem, czy da się to posklejać w całość. Ostatni czuję, że muszę przy nim udawać. Być kimś, kim nie jestem. Żeby on był zadowolony, żeby się nie obraził, żeby mi w czymś pomógł. To męczy. Czemu ja mam się cieszyć, że on się dostał na AGH? Ja się nie dostałam i nie umiem się radować tym, że jemu wyszło. Podobnie jest z pracą. Z praktykami. Z uczelnią. Praktycznie ze wszystkim. Rozmijamy się coraz bardziej i nie mogę wymyślić rzeczy, która trzymała by nas jeszcze razem. On nie rozumie, że ja chcę raz na jakiś czas dostać kwiatka. Tak po prostu, bez okazji, dlatego że jestem. Chciałabym żeby od czasu do czasu przyjechał do mnie bez zapraszania. Tak spontanicznie. Bo był w okolicy albo chciał mnie zobaczyć. Tego nie ma i nigdy tak naprawdę nie było. Nie wiem, co dalej będzie…

Inna sprawa, to brak pieniędzy i brak pracy. Patrząc na moje życie, to naprawdę mogę mówić o ubóstwie. Przeraża mnie to, że za dwa miesiące będę musiała iść do ginekologa i nie mam na to pieniędzy. W przyszłym miesiącu muszę wykupić ostatnie opakowanie tabletek i też na to nie mam. Ojciec wydziela mi po sto złotych, z którymi mało co mogę zrobić. Dlatego szukam pracy. Żeby mieć coś dla siebie i nie musieć o to prosić. Tylko nie jest tak łatwo. Wręcz jest cholernie trudno. Albo szukają osób dyspozycyjnych albo z wykształceniem wyższym albo z doświadczeniem na podobnym stanowisku albo dyspozycyjnych. Nie spełniam żadnych kryteriów. Zniechęca mnie każdy kolejny dzień z milczącym telefonem i kolejnymi CV wysłanymi gdzieś tam.

Naprawdę się boję o siebie. Że tym razem sobie nie poradzę. Bo nie radzę sobie już. Wmawiam sobie, że jest dobrze, jak wcale nie jest. Zużywam miliony chusteczek, płaczę aż rozboli mnie głowa, przestaję na chwilę i płaczę na nowo. Nie takiego życia dla siebie chciałam…