473

Standardowy

Dawno, dawno temu, chyba po maturze, czytałam namiętnie Jonathana Carolla. Zaczęło się oczywiście przez Aśkę, która w pociągu z Poznania czytała facetowi przez ramię ‚Białe jabłka’. Te parę zdań zaciekawiło ją do tego stopnia, że postanowiła wypożyczyć książkę z naszej biblioteki. Przeczytała jednym tchem i oddał mi. I tak się zaczęło.

Zdążyłam już zapomnieć o jego książkach i o czym one były tym bardziej. Ale przypomniał mi się jeden cytat, który na pewno gdzieś zapisałam, tylko nie pamiętam gdzie. ‚Niech dom ten przetrwa w tak odległe lata, dopóki mrówka morza nie wypije, a żółw całego nie obierzy świata.’ Na pewno z książki Carolla, na pewno akcja działa się w Krakowie, na pewno chodziło o hotel, w którym zatrzymała się jakaś para, której imion już nie pamiętam, na pewno był to najstarszy hotel w tym mieście. Rzadko zapisuję cytaty, ponieważ dochodzę do wniosku, że w dobie Internetu można wszystko znaleźć i szkoda papieru i długopisu i wysiłku na notowanie czegokolwiek. Cytaty musi mną poruszyć żebym go gdzieś zapisała. Tak było z tym. Możecie mnie pociąć na kawałki, łamać kołem, obedrzeć ze skóry i nie przypomnę sobie, gdzie to jest zapisane. Ale na pewno jest. I za to ręczę swym życiem, głową i innymi kończynami. Dzisiaj przekonałam się, że to nie był wymysł i bujna wyobraźnia Carolla. Ten hotel naprawdę istnieje, naprawdę ma napisane to zdanie na murze! Niesamowite. Jest to Hotel pod Różą, a sentencja ta napisana jest po łacinie, nad głównym wejściem. Nie wiem czemu, ale jest to dla mnie w pewien sposób magiczne. Świat z książki przenosi się do rzeczywistości, żyje własnym życiem i my możemy go obserwować. Zachciało mi się Carolla…


Jak co roku ogłoszony został konkurs na Blog Roku. Wybrana kapituła jury, same znane nazwiska, podobno znające się na swoim fachu. Blogi podzielone na kategorie. Teraz nic tylko się zgłaszać, wysyłać na siebie smsy, tracić pieniądze i być może wygrać laptopa. Pieprzę, nie bawię się. Wolę pozostać całe życie w cieniu, nieodkryta, niedoceniona niż dać się porwać tej taniej reklamie. Bawcie się beze mnie, nagradzajcie gówniary piszące z błędami składniowymi, ale na jak ważne tematy. Przewartościowałam sobie niektóre rzeczy. Blog Roku to dla mnie wielkie nic…

472

Standardowy

Ostatnio bardzo dużo myślę. Czasem zdarza mi się nawet dojść do jakichś mądrych wniosków. Wczoraj myślałam o Gośce i o czymś, co nazywałam przyjaźnią. Spojrzałam na to z boku i skrzywiłam się z lekkim niesmakiem. Od dwóch miesięcy próbuję się z nią spotkać. Piszę smsy, zostawiam wiadomości na gadu, dzwonię. Najczęściej w odpowiedzi dostawałam ciszę. Czasem pisała coś na gg, ale po upływie paru dni. W zeszłym tygodniu miałyśmy się spotkać na pewno. Dzwoniła, że w sobotę się widzimy, że w piątek zadzwoni i się umówimy konkretnie. Piątek był, telefonu nie było. W sobotę wieczorem dostałam wiadomość, czy się widzimy dzisiaj. Zignorowałam. Miałam już swoje plany, byłam umówiona i nie miałam chęci ich zmieniać. Apogeum nastąpiło wczoraj. W momencie, gdy dostałam smsa z prośbą żebym podała jej numer telefonu do mojej ginekolog. A co ja kurwa jestem?! Darmowa książka telefoniczna?! To był moment, w którym sama sobie powiedziałam, że nic z tego nie będzie. To nie jest przyjaciółka. Nie wierzę, że przez dwa miesiące była tak bardzo zajęta, że nie miała czasu wyjść na godzinę na kawę. I nie obchodzi mnie to już. Mam jedną osobę, którą mogę nazwać przyjaciółką. Miałyśmy wzloty i upadki, chwile nie rozmawiania, obrażania się na siebie. Ale jak siebie potrzebujemy, to wiem, że ona jest, a ja jestem dla niej. Nie ma ciszy, nie ma będę później, nie ma słodzenia niepotrzebnego. Można się spotykać co tydzień na godzinę, wypić herbatę, porozmawiać. Da się. Mimo, że mieszkamy już nie tak blisko siebie. Wszystko się da, tylko potrzebne są dobre chęci. A ja nie chcę się spotykać z Gośką przed Świętami. Po co…?

Co więcej zdecydowałam udać się dzisiaj na spotkanie z Magdą M, na słoneczną stronę ulicy. Może będzie choć trochę lepiej już dzisiaj, A jak nie, to jutro też tam pójdę…