475

Standardowy

Zaczynają mnie męczyć wizyty Brokuła. Oczywiście nie przyjeżdża do mnie, nie śpi w moim pokoju, nie rozmawia ze mną, ale mimo tego mnie męczy. Podczas jego obecności nasze mieszkanie całkowicie przypomina hotel. Zamknięte drzwi od pokoi, cisza i brak rozmów między sobą. Na dłuższą metę jest to cholernie męczące. Na razie, na szczęście, jeszcze mi nie przeszkadza. Sama jestem zamknięta w pokoju i zaczynam się uczyć. Sesja w tym roku jest dla mnie przed sesją, a w sesji mam chyba tylko dwa egzaminy. I w tym roku cholernie mi zależy żeby wszystko zaliczyć, jak najszybciej się da, czyli w pierwszych terminach, bo w ostatni weekend stycznia mam wesele. Ucieszyłam się na nie jak głupia. Zwykle unikałam wesel jak ognia i nie chodziłam na żadne. Nie wiem czemu. Pewnie dlatego, że nie miałam z kim iść, były to dla mnie zasiadówki za stołem z tłumem wieśniaków, który jest moją rodziną. Jakoś w ostatnich latach mi się odmieniło i czuję silniejszą więź z rodziną. Cieszę się na spotkania, częściej dzwonię, jestem na bieżąco z wydarzeniami. Wiek zmienia widać człowieka i jego światopogląd…

Zauważyłam też, że zmienił się mój sposób postrzegania ludzi i to w jaki sposób ludzie postrzegają mnie. Przestaję oceniać nowo poznane osoby na zasadzie pierwszego wrażenia. Przyszło samo, kiedy przestałam tak bardzo się starać żeby się tego oduczyć. Właśnie w Białce poznałam kilka nowych osób i opinię o nich wyrabiałam sobie w trakcie procesu poznawczego, rozmów, obserwacji, wspólnie spędzonego czasu. I jest jakby lepiej. Bo ludzie okazują się przyjaźni, mili, sympatyczni, zamiast dziwaków i wrogo nastawionych do społeczeństwa. A po jednym dniu znajomości usłyszałam od Doroty, że jestem taka fajna i taka życiowa. Cudo… A my z Tomkiem jesteśmy tak fajni, że mamy ją zaprosić na ślub, tylko po to, by mogła nam życzyć dużo szczęścia. Unoszę się z zachwytu wysoko nad ziemią…

474

Standardowy

Batona znałam tylko z opowiadań, głównie Konrada. Jawił się w nich jako rozpieszczony bachor, który miał wszystko czego tylko zapragnął. Do czasu aż spotkał go wypadek samochodowy, ponad dwa lata temu. Im bliżej wyjazdu, tym więcej i gorzej o nim słyszałam. Pojechałam z wyrobioną opinią, która zmieniła się po pierwszym dniu. Bartek okazał się osobą niezwykle otwartą, sympatyczną, ciepłą i towarzyską. Porozumiewał się co prawda głównie pisząc na komórce, ale jak widać dla chcącego nic trudnego. Pod koniec wyjazdu coraz częściej mówił i coraz głośniej. Widać było, że dużo ludzi wpływa na niego mobilizująco.

Konrad od pierwszego dnia buntował mnie, opowiadając mi jaki to on jest okropny i w ogóle tragedia, żal patrzeć i szkoda gadać. Z początku wpuszczałam to jednym uchem, drugim wypuszczałam. Z czasem robił się tak upierdliwy, że mówienie ‚przestań’ nie pomagało. W końcu powiedziałam dość dosadnie, że nie bawią mnie te opowieści i niech mu da święty spokój. Efektem było to, że zaczął mnie unikać. Zawiodłam się na nim. Zawsze uważałam go za osobę bardzo dojrzałą jak na swój wiek i wrażliwą. Jest gówniarzem, pozerem i ma w dupie czyjąś krzywdę. Przemyślałam sobie to i owo i doszłam do wniosku, że to jego zachowanie w stosunku do Bartka bierze się z czystej, ludzkiej zazdrości. Co jest dla mnie oczywiście chore… Konrad jest zazdrosny, bo Bartek przed wypadkiem był przystojnym młodym mężczyzną i cieszył się powodzeniem u dziewczyn. Grał w piłkę w zespole seniorów będąc w wieku juniora. Po wypadku nie zmienił się nic. Nadal jest dowcipny, otwarty i nie wstydzi się swoich niedostatków. I nie jest ani trochę rozpieszczony, mimo że jest jedynakiem i z zasady powinien być rozpuszczony jak dziadowski bicz. Ja go podziwiam i żałuję, że nie poznałam go przed wypadkiem. Bo Bartek, którego poznałam teraz jest fajnym chłopakiem, a podobno wcześniej był jeszcze fajniejszy…

Dziwi mnie w tym wszystkim inna rzecz. Rodzice Konrada na pewno słyszą, co on mówi i w jaki sposób mówi. A mimo tego żadne z nich nie zwróciło mu uwagi. Może ja jestem przewrażliwiona, ale czasem było mi za niego wstyd, mimo że jest tylko moim kolegą. A takie milczenie utwierdza tylko w tym, że postępuje się słusznie. A może to ja jestem zbyt empatyczna? Za bardzo się wczuwam? Za bardzo współczuję komuś?