479

Standardowy

Miało być pięknie, idealnie, same ochy i achy. Mam na myśli nowe mieszkanie. Nie wspominając o tym, że poprzednie mieszkanie miało być ostatnim i miałam w nim zostać do końca studiów. Teraz takie same nadzieje pokładam w tym. Różnica jest taka, że szansa na pójście na swoje i nie napychanie kieszeni obcym ludziom jest większa niż zwykle.

Nienawidzę tego mieszkania! Z całego serca nie cierpię! Odkąd się wprowadziłam ani jednego serdecznego uśmiechu. Ani jednego wyciągnięcia ręki i przedstawienia się. W zamian trzaskanie drzwiami gdy wychodziłam z pokoju. Szybkie zamykanie się w łazience czy w innym pomieszczeniu. Bylebym tylko nikogo nie zobaczyła. Nie ma sprawy, nie takie rzeczy przechodziłam. Jestem uodporniona. Jednak moja odporność i gruboskórność ma swoje granice, które dzisiaj zostały przekroczone.

Wpada do mnie Dres i od progu pretensje i władczy ton. Ani dzień dobry, ani jak masz na imię, ani pocałuj mnie w dupę. Niech będzie, widać takie tutaj panują obyczaje. Chłopczyk myśli, że mieszka tu drugi rok, nie ma mózgu i całymi dniami pierdzi w stołek to rządzi. I niech sobie tak myśli. Na zdrowie. Czekam aż jego światopogląd spotka się z ziemią i usłyszymy głośny huk. Niestety ja mu się ustawić nie dam, nie będę współpracować, nie będę się starać żeby na mieszkaniu był porządek i harmonia. Nie tym razem. Tym razem będę odliczać dni, nie będę żałować, że płacę za trzymanie moich rzeczy w pokoju. Tym razem będzie inaczej i to ja będę ta ZŁA. I wnoszę toast schłodzonym Dr Pepperem, podpisując się tym samym pod tym, co napisałam powyżej.

W ogóle ostatnio doszłam do wniosku, że nie lubię ludzi z przerośniętym ego, robiących z igły widły, zakompleksionych, których muszę komplementować i dowartościowywać na każdym kroku. Każdy ma problemy, każdy ma niedoskonałości. Ja także. Ale nie ogłaszam przy każdej okazji co jest ze mną nie tak. Zostawiam to dla siebie i walczę z tym lub odsuwam daleko od siebie, żeby w końcu zapomnieć. Tak jest prościej, mniej inwazyjnie, przyjemniej. Chyba w pewnym stopniu jestem typem samotnika. Lubię być sama. Lubię gdy otacza mnie cisza. Ale lubię też mieć kogoś na wyciągnięci ręki, z kim mogę porozmawiać, pośmiać się, być sobą. Na szczęście znaleźć złoty środek nie było trudno, mam go od paru lat i nie zamierzam z niego rezygnować. I dobrze mi z tym jaka jestem. Tak, akceptuję siebie w prawie 100%…

478

Standardowy

Wracam do pisania. Dlaczego? Nie wiem. Może zwyczajnie brakuje mi tego uzewnętrzniania się, swojego rodzaju ekshibicjonizmu? A może potrzebuję gdzieś napisać, że jestem szczęśliwa? Że mimo, że nie wszystko w życiu mi wychodzi tak jak powinno, to jestem szczęśliwa i zadowolona? Tak, uczę się na własnych błędach. Umiem wyciągnąć wnioski. I jestem bardziej zdeterminowana w swoich działaniach niż zwykle.

Zainspirowana Jolindą doszłam do wniosku, że siedzieć samemu w domu jest fajnie przez pierwszy kwadrans. Mogę spokojnie zajrzeć na Forum, odmóżdżyć się przy Top Model, słuchać w kółko Cher, grać w kretyńskie gry na FB i nikt mi nie stoi nad głową i nie mówi, że tracę czas na pierdoły. A potem zaczyna się nuda. Kruzer nie truje, jest za cicho, ćwiczyć mi się nie chce, bo nażarłam się jabłek i na pewno bym się porzygała przy tych ćwiczeniach. Za to postanowiłam, że w tym roku spotkam się z Yennefer. Choćby nie wiem co, to musimy się zobaczyć i koniec. I jeszcze daję sobie rok na uzyskanie wymarzonej wagi i ciała Giselle. Oczywiście nigdy tak nie będę wyglądać, ale należy mieć ideał, do którego się będzie dążyć. Bo należy sobie wysoko zawieszać poprzeczkę, a jak coś nie wyjdzie to można zawsze przejść pod nią.