485

Standardowy

Jestem stara dupa jak nic. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kupiłam Wprost i tak się zaczytałam, że mało co i bym nie wysiadła na moim przystanku? Tylko objawem pierdzielstwa.

Zarejestrowałam się jako potencjalny dawca szpiku, z akcentem na potencjalny. Bo zauważyłam, że mało kto wie, że fakt iż jest w bazie danych nie jest równoznaczny z tym, że będzie mógł być dawcą. Nie wiem czemu się zdecydowałam i czemu akurat teraz. Chyba nie ma w tym jakiegoś głębszego celu. Jeśli mogę pomóc, to czemu mam tego nie zrobić? A jeśli będę w gronie tych nielicznych, którzy będą mogli komuś uratować życie, to będę tym bardziej zaszczycona. A jeśli nie, to nic się nie stanie. To nie jest życiowa sprawa, tu nie chodzi o ambicje, tu chodzi o coś innego, ważniejszego, głębszego. Teraz czekam na dokumenty, które przyjdą na adres rodziców. I w ten oto niekonwencjonalny sposób dowiedzą się oni o moim postanowieniu. Rok bym myślała i nie wpadłabym na coś takiego. Przypadek w moim życiu jest reżyserem wszystkiego, jak widać.
Wczoraj założyłam nowe zimowe kozaki, które mają niby niski obcas. Taki w granicach rozsądku. Może i mają, dopóki nie przytknie się do niego linijki i nie odczyta wyniku. Sprawdziły się na drodze krzyżowej na cmentarzu. Nawet aż tak bardzo nie spociłam się podczas skupiania na trafianiu obcasem w kostkę, zamiast w przerwę i rysowaniu nowego buta. Wystałam prawie godzinę i nogi mi nie odpadały. Nie zmarzłam, bo w końcu mam buty zimowe, które są porządnie ocieplane. A do tego wszystkiego są piękne i wyglądam w nich prawie jak Kate Moss! Różni nas tylko obwód ud i bioder, poza tym jest idealnie.I naprawdę nie przeszkadza mi te 8 centymetrów obcasa. I mam nadzieję, że nie będzie mi też przeszkadzać w zimie, kiedy to będę się przekopywać przez śniegi w drodze na autobus.
I jeszcze coś. Jest duże ziarno prawdy w powiedzeniu, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Byłam na dwóch koncertach Maćka, a chcę jeszcze iść! I nie w styczniu, tylko najlepiej w listopadzie, najlepiej w jakimś klimatycznym miejscu… Odbiło mi prawie całkowicie. Odbije mi całkowicie jak będę chciała synowi dać na imię Maciej, po Maleńczuku.

484

Standardowy

Kolejny Dzień Spełnionych Marzeń za mną. Powinnam do tego dorzucić jeszcze Dzień Dobrego Uczynku, bo w końcu całość ze sprzedaży biletów poszła na szczytny cel, a nie do kieszeni Maćka. Przewrotnie zacznę od końca.
Podobno dużo ludzi sika po nogach jak usłyszą, że Hard Rock Cafe jest w Krakowie. Może jestem dziwna, może jestem zacofana, ale mnie to nie ruszało i nie rusza nadal. Nie byłam tam do tej pory i pewnie gdyby nie koncert to bym nadal tam nie poszła. Mimo to byłam, dwa piwa wypiłam i się zachwyciłam! Nie lubię klubów w nowoczesnym stylu. Lubię jak miejsce ma klimat, pachnie trochę kurzem i starością. I dlatego lubuję się tak w Kazimierzu i tych knajpach z duszą. Alchemia. Le Scandale. Szepty. Drukarnia. Stajnia.

Hard Rock jest nowoczesny w każdym calu i genialny w każdym calu. Nie moja bajka do końca, ale byłam zachwycona. Obsługa bardzo na tak. Odnosiłam wrażenie, że każdy z nich jest wyciągnięty z innej bajki. Dziewczyna o imieniu Daria, z czerwonym irokezem na głowie, nadawałaby się do Miami Ink. Gość za barem z podgoloną głową, totalny kosmos. I jeszcze chłopak, który sprzedał nam bilety, wygląda jak Tańcząca Chmura.

Spełniłam małe marzenie i siedzieliśmy przy barze. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zawsze tak chciałam. Zakosiłam dwie ozdoby do drinków z gitarami, nie wiem jak to się profesjonalnie nazywa. Teraz stoją na biurku w kubku z długopisami i przypominają mi o tym wspaniałym dniu.

To wszystko tworzy taką fajną spójną całość, że nawet wysokie ceny aż tak bardzo nie rażą. I widoki, zapierające dech w piersiach! Z jednej strony Mariacki, który wygląda jak fotomontaż, z drugiej Sukiennice i kawałek, podobno szpetnego, Kryształu. Jestem na tak i dopisuję Hard Rock’a do miejsc reprezentacyjnych w mieście Kraków i będę tam zabierać bliskie mi osoby na wycieczki krajoznawcze.
A teraz po tym przydługim wstępie czas przejść do sedna. Koncert był jak można się spodziewać cudowny i nadal jestem zakochana w Maćku miłością czystą i platoniczną! Koncert też był inny, a to dlatego, że grał sam. Był tylko on i gitara i kilkadziesiąt osób, taki mały, kameralny występ. Grał głównie piosenki z czasów siedzenia na streecie. Rzadko można trafić na coś takiego. Wszystkie Edki Leszczyki, Józki, Miasta Kraków i Pan Maleńczuk brzmią miliard razy lepiej niż na płycie. Jak nie trudno się domyślić z piosenki na piosenkę byłam coraz bardziej oczarowana i uśmiechałam się bez przerwy. I na koniec doczekałam się ‚Ring of fire’! Nie zapomnę do końca życia, bo kto to raz usłyszy na żywo nie zapomni do końca swych dni! I nic to, że koncert trwał godzinę. I nic, że grał streetowe piosenki. I nic, że nie widziałam go tak dokładnie jakbym chciała. To jest bezcenne! Maciek siedzi na krześle z gitarką, popija whisky z colą pomiędzy piosenkami, daje czasem przydługie wstępy i jest pięknie… Czasem niewiele mi do szczęścia potrzeba…
I na tym całym pięknym obrazie jest jedna wielka, gruba, paskudna rysa! Nigdy nie przeczyłam, że jestem bystra i inteligentna i słów brak na mój geniusz. Szkoda tylko, że ujawnia się on w najmniej oczekiwanych momentach. Nie wzięliśmy lustrzanki, bo po co. Mało ludzi, Maciek dosłownie (!!) na wyciągnięcie ręki, więc aparat zupełnie zbędny. Lepiej robić zdjęcia komórką. Ale to jest pikuś. Pan pikuś. Przygotujcie się na najlepszą część. Koncert się kończy, Maleńczuk idzie do ‚garderoby’, przechodzi koło mnie, my zamawiamy drugie piwo. Gdzieś tam po głowie kołacze mi się myśl, że pewnie zaraz wyjdzie i będzie jeszcze siedział i pił, szczególnie że jego żona była. Nic to. Dochodzimy powoli do sedna, napięcie wzrasta i głupota autorki także! Maciek wychodzi z garderoby, podchodzi do niego panna niczym z filmu ‚Sok z żuka’ i pyta czy może zdjęcie z nim zrobić. I co? I kurwa robi to zdjęcie! On ją przytula, łapie bezczelnie za cycka i panna ma co najmniej dwa zdjęcia. I tu na scenę wkracza Tomek ze stwierdzeniem, idź, zrobię Ci zdjęcie komórką. A ja, chodząca mądrość, nie, bo komórką to nie wyjdzie. Chuj, że mam w ramce zdjęcie z komórki i jest ładne i niepopikselowane. Chuj, że teraz mamy lepszą komórkę o dwie klasy. Jestem tępą cipą i pozwalam się tak nazywać publicznie. Nie podeszłam, nie spytałam, zdjęcia nie mam. Nie daruję sobie tego nigdy! Bo to tak naprawdę była jedyna okazja w życiu żeby mieć z Maćkiem Maleńczukiem zdjęcia, które mogłabym wywołać i wstawić w ramkę i powiesić na ścianie i zrobić mu ołtarz! Kretynka i skończona idiotka wykazała się niespotykaną inteligencją i stwierdziła, że komórką nie. Słów mi brak na to wszystko. Niesmak zostanie na długo. I nawet wspomnienie o ‚Ring of fire’ tego nie niweluje…
Stronę oficjalną Maleńczuka ładuję raz dziennie obowiązkowo! Umiem wyciągnąć wnioski z kretynizmu wrodzonego… A przed oczami długo będę mieć Sok z Żuka z ręką Maleńczuka na jej nikłej piersi… I jeszcze coś. Nie jestem aż tak tępa jak można się spodziewać. Jak Maleńczuk wychodził z garderoby patrzyłam na niego jak na guru i się uśmiechnęłam, a on się oduśmiechnął do mnie. Cudnie, cudnie, cudnie, cudnie… Tego też można troszkę zazdrościć, tak tyci tyci.

483

Standardowy

Czy ja już kiedyś wspominałam, że mój iloraz inteligencji przekracza znacząco średnią? Nie? To napiszę po raz pierwszy. A jak już pisałam to powtórzę się kolejny raz, bo warto. Seminarium mam na 10:00, ale to wcale nie przeszkadza mi wstać o 6:20 i prawie wyjść na autobus i czekać pod Beverly Hills o 8:10, zamiast o 9:10. Dobrze, że Tomek się obudził na czas i zapytał, po co chcę być tak wcześnie. W sumie słuszna uwaga. Jakby na to nie patrzeć czekałabym na niego tylko godzinę. Naprawdę, jak słowo daję, czasem nie mogę sobie poradzić z moją bystrością umysłu.
Ostatnio tak się zastanowiłam głęboko i doszłam do wniosku, że nie mam niczego do czytania w autobusie! Przez ponad rok jeździłam z Ludźmi Lodu, którzy sprawdzali się wspaniale. Taka mało wymagająca i wciągająca lektura, w sam raz na krakowskie korki. Niestety pod koniec września przeczytałam ostatnie zdanie w ostatnim tomie i nie mam teraz niczego, co by godnie zastąpiło Ludzi Lodu. I tak z braku laku wsadziłam do torby ‚Mistrza i Małgorzatę’. Złamałam tym samym swoją już pięcioletnią tradycję czytania tej książki w każde kolejne wakacje. Ale, i to ma swoje dobre strony. Bardzo dawno temu, czyli 3 lata temu, kupiłam w Empiku kartkę z dwoma basetami. Uwielbiałam ją i genialnie poprawiała mi humor od samego patrzenia na nią. I wzięła i się zgubiła podczas przeprowadzki z Fiołkowej na Pszona. Szukałam wszędzie, modliłam się do Świętego Antoniego i nic. W końcu pogodziłam się z moją stratą i nawet zapomniałam, że kiedyś coś takiego miałam. I wczoraj, na moim ukochanym kampusie, wyciągnęłam Bułhakowa z torby i kartka wypadła z pomiędzy stron! Cieszyłam się jak głupia sama do siebie dobre pięć minut. Widać tak miało być, że nie będę miała co czytać i sięgnę po pewniaka, wyczytanego z góry na dół i znajdę moje ukochane pieski.
A w temacie psów. Dowiedziałam się, że beagle czy basety czy inne psy łaciate niekoniecznie rasowe mają łaciatą sierść, ponieważ występuje u nich piebaldyzm. Teraz będę tego słowa nadużywać, aż wpadnie mi do głowy nowe, bardziej wyszukane.


482

Standardowy

Lubię czasem odwiedzić moje Archiwum. Wybieram na chybił trafił rok i datę i czytam i dziwię się, że ja napisałam coś takiego. Jednak na pewno to byłam ja. Po takiej wizycie w przeszłości nie mam ochoty pisać. Wydaje mi się, że wszystko co wyjdzie spod moich palców będzie błahe, płytkie, denne, oklepane, nie warte przeczytania. A potem znów cofam się w tył i zachwycam się moimi przemyśleniami. Więc chyba warto pisać, choćby dla samej siebie i dla tej chwili samouwielbienia kiedyś.
Uwielbiam prać prysznic, ale też uwielbiam leżeć w wannie pełnej piany. Czytam wtedy książkę, a moment kiedy woda robi się zimna jest znakiem, że czas skończyć lekturę. Pod prysznicem natomiast uwielbiam stać i czuć jak gorąca woda leje mi się na głowę.

Lubię się też kremować. Balsam musi ładnie pachnieć, dobrze nawilżać, szybko się wchłaniać i mieć przystępną cenę.

Lubię też mieć obok na biurku świeczkę zapachową lub podgrzewacze, niekoniecznie zapachowe, w jakiś pojemnikach. Lubię słuchać muzyki podczas pisania, najchętniej na YouTubie. Bo mogę zmieniać piosenki w zależności od nastroju. Często są też dla mnie natchnieniem. Przywołują wspomnienia, wywołują uśmiech na twarzy.

Lubię wodę mineralną bez gazu. Mimo, że dla większości smakuje ona jak kranówka. Ja się nie zgadzam i uważam, że każda woda bez bąbelków smakuje inaczej. Mam swoje ulubione smaki, taka alternatywa, gdy idę do gorzej zaopatrzonego sklepu.

Lubię mieć gładkie dłonie. Dlatego mam w torbie krem do rąk. Noszę rękawiczki jak tylko jest za zimno. A zmywam w rękawiczkach gumowych, bo nienawidzę kontaktu płynu do mycia naczyń z moją skorą, szczególnie Ludwika.

Lubię pudełka z Ikei. Nie kupuję ich tylko dlatego, że nie mam miejsca w pokoju na kolejne i nie wiem co bym mogła w nie włożyć.

Lubię kupować bieliznę, szczególnie majtki, i szczególnie na promocjach. Wychodzi ze mnie Krakus, ale szkoda mi 30 złoty na kawałek materiału, który widzę tylko ja i mój Chłopak.

Lubię kolczyki. Chociaż mania na kupowanie nowych powoli mi przechodzi i zadowalam się tylko oglądaniem.

Lubię mojego psa, cocker spaniele, setery i wszystkie pieski na świecie. Nie mogę spokojnie przejść na ulicy obok spaniela. Muszę przystanąć i się zachwycić, choć na moment.

Lubię mieć na biurku zdjęcia bliskich mi osób. Podobne mam w portfelu. Paradoksalnie nie ma tam Rodziców, ale nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego.

Lubię wiele rzeczy. I nie wiem czemu służy to narcystyczne wyliczanie powyżej…

481

Standardowy

Zmieniam się. Co więcej zauważają to też inni, nie tylko ja. Głównie chodzi mi teraz o kolor moich ubrań. Kiedyś dominowała czerń i brązy. Generalnie musiało być ciemne i jak najbardziej mroczne. Zdarzały się oczywiście wyjątki, jak zielony polar, który kupiłam sama z własnej nieprzymuszonej woli. Poza tym nic. Mama dawno sobie odpuściła wpychanie mnie w kolory, jakąś walkę próbowała podjąć Margola, zaczynając od pomarańczowego polara. Jednak po jakimś czasie zrezygnowała i nadal dominowała czerń. Kiedy zaczęły w mojej szafie dominować kolory nie umiem powiedzieć. Chyba najpierw kupiłam fioletowy golf i zaraz potem jeszcze czerwony do kompletu. Potem poszło lawinowo, zaczęłam ożywiać moją szafę, a czarny łączyć z czymś żywszym i weselszym. Doszło to tego, że teraz źle czuję się w czarnych spodniach! I nigdy w życiu nie założyłabym do nich czarnej bluzki bądź brązowego swetra! Dziwne, nie? Sama przestałam się sobie już dziwić. Dzisiaj w Peak’u kręciłam na granatowy (!!) sweter, mimo że był w moim rozmiarze. Najbardziej chciałam dostać różowy, ale niestety był za duży. W efekcie skończyło się na fioletowym. Jakby na to nie patrzeć kolorowym. Jestem z siebie niebywale dumna. Nie wierzyłam, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym jedyną czarną rzeczą jaką mam na sobie będą stringi. A jednak. :)
Co więcej zauważam u siebie kolejne zboczenie. Po kolczykach przyszła pora na różnego rodzaju szale, szaliki i apaszki. Samych chustek jesienno-wiosennych mam pięć, co jest dużo jak na mnie. Dzisiaj dostałam kolejną do kolekcji i postanowiłam, że codziennie będę zakładać inną, bo szkoda żeby w szafie leżały i pachniały. W tym tygodniu kupię sobie jeszcze szalik z Reserved, bo kupon na 20% rabatu zmarnować się nie może. I tym samym na moje szaliki i inne szalikopodobne rzeczy będę potrzebować osobnego pudła, bo w szafie to na pewno nie będzie już miejsca. :)