487

Standardowy

Z moim pisaniem to jest tak, że piszę jak nie piszę za długo i zjadają mnie wyrzuty sumienia; piszę jak zdarzy się coś ważnego w moim życiu; piszę jak mam masę nauki i wszystko inne jest ciekawsze. Dzisiaj powodem moich odwiedzin tutaj jest śmierć Gabrieli Kownackiej…
Weszłam na Forum jak zawsze, każdego wieczoru i bezmyślnie otwierałam kolejne nieprzeczytane posty. Aż natknęłam się na krzyczący wręcz tytuł ‚Gabriela Kownacka nie żyje’. Zmroziło mnie.. Nie wiedziałam gdzie jestem i czy to o czym czytam jest prawdą, czy może mam jakieś potężne omamy wzrokowe. Niestety, brutalna prawda… I paradoksalnie pierwszą myśl jaką miała po minięciu szoku to jak Kasia sobie radzi? Jak to przyjęła? I czy się jakoś trzyma? Dziwne, prawda? Szczególnie, że jest to osoba, którą znam tylko i jedynie przez Internet, nie miałyśmy się jeszcze okazji spotkać i nie wiadomo czy kiedyś taka okazja nadejdzie. Poznałyśmy się w czasach, gdy największym problemem było liceum i klasówka z historii w przyszłym tygodniu, a serial ‚Na dobre i na złe’ był absolutnym hitem i obciachem było go nie oglądać. I w tym wszystkim Kaśka wryła mi się w pamięć niesamowicie absolutną fascynacją i prawdziwie szczerą miłością do Kownackiej. Dla mnie ta aktorka była wspomnieniem z dzieciństwa, oglądaniem serialu ‚Matki, żony i kochanki’, mimo że nie rozumiałam z niego połowy wątków. Nieważne, ważne były inne rzeczy. Że ona zawsze miała takie fajne futro, modne ciuchy i była bogata i och i ach. Dopiero potem było ‚Halo Szpicbródka’ i ‚Rodzina zastępcza’, z której zna ją cała Polska prawie. I dlatego ten cały ciąg zdarzeń doprowadził do tego, że najpierw pomyślałam o Kaśce, a potem o Kownackiej jako osobie, której już nie ma, która nie zagra w żadnym filmie, żadnym serialu, żadnej sztuce teatralnej, nie zobaczę jej na okładce żadnej gazety, nie przeczytam z nią wywiadu…
A każde kolejne napisane słowo wydaje się być banalne i głupie…

486

Standardowy

Po obejrzeniu kolejnego odcinka ‚Mam Talent’ mam taki niesmak jak dawno nie. Co więcej, po wysłuchaniu występu niejakiego Kamila Bednarka włączyłam bluesa, którego nie słuchałam bardzo, bardzo długo. Moje wnętrzności wracają na swoje miejsce, tętno się stabilizuje i mogę spojrzeć na otaczający mnie świat nieco bardziej przychylnie.

Wczoraj popłakałam się, a wręcz dostałam spazm, na ‚Ostrym dyżurze’. Nie do wiary, a jednak. Ryczałam jakby świat miał się skończyć, jakbym się dowiedziała, że jestem jedyną żyjącą osobą w całym Wszechświecie, jakby wszystko, co ważne dla mnie nagle przestało istnieć. Oczywiście przewinęłam odcinek ze trzy razy żeby się dostatecznie dobrze popłakać. Takie moje masochistyczne można powiedzieć przyzwyczajenie. Jak płaczę to na całego, aż mi się łzy skończą. Każdy inny płacz uważam za nieudany i niepełny. Dzisiaj mało brakowało żeby się powtórzyła wieczorna scena, ale tym razem w autobusie i przy słuchaniu piosenki, a nie oglądaniu serialu. Jakoś się powstrzymałam. Tylko dlatego, że na przeciwko mnie siedziało parę osób i miałam pomalowane rzęsy. W innych okolicznościach przyrody pewnie bym sobie nie żałowała.

Teraz coś na poważnie. Jakiś czas temu dyskutowałam z Ojcem na temat tego, że my-Polacy, my-ludzie nie umiemy się cieszyć, nie umiemy planować i w sytuacji, gdy ktoś wygrywa milion w Totka głupiejemy i w efekcie przepuszczamy pieniądze na ulotne pierdoły i po jakimś czasie żałujemy. Według Niego nie umiemy zaplanować, co z tą kasą zrobić i w efekcie zamiast się cieszyć zaczynamy się zamartwiać, mamy nowe problemy, jesteśmy znerwicowani i takie tam. Ja uważam inaczej. Zacznę od tego, że pewnie nie wygram tego miliona, bo nie gram w Totka. Ale gdyby Ktoś Tam Na Górze zdecydował mnie obdarzyć takim szczęściem, to wiem co bym zrobiła. Spełniłabym dwa moje życiowe marzenia.

Kupiłabym bilet w jedną stronę do Australii. Wróciła dopiero po zobaczeniu wszystkiego, nasyceniu się tym krajem, tą kulturą, tą egzotyką, tym spełnionym marzeniem. Kocham Australię odkąd pamiętam. Od małego dziecka, które dopiero co wyrosło z pieluch. Mam takie zamglone wspomnienia kartek od Janka W. do rodziców. Przychodziły raz na jakiś czas, zapisane drobnym drukiem od góry do dołu, tak żeby nie zmarnować ani milimetra kwadratowego. Nie pamiętam o czym pisał, nie umiałam wtedy czytać. Ale na pewno Mama z Tatą mi je czytali. Jedyne co zachowałam w pamięci to pocztówkę z Ayers Rock. I chyba pomyślałam sobie wtedy, że kiedyś tam pojadę i zobaczę tę górę na własne oczy. Żadne misie koala, żadne kangury, żadne opery w Sydney. Tylko i jedynie Święta Góra Aborygenów.

Drugie marzenie – Paryż. Nie mam zielonego pojęcia skąd mi się akurat to miasto ubzdurało. Mam za to w głowie wspomnienie z nim związane. Wycieczka do Krakowa (z której de facto nic a nic nie pamiętam), zwiedzanie Wawelu i Dzwon Zygmunta. Przewodniczka, która mówi, że trzeba złapać za jego serce i pomyśleć życzenie, a ono na pewno się spełni. Byłam za mała żeby go sięgnąć, więc Tata mnie podsadził. I w głowie samo ułożyło się zdanie ‚chciałabym pojechać do Paryża’. On życzył sobie zdrowia dla całej rodziny, a ja… I mimo, że od tej wycieczki minęło co najmniej siedemnaście lat, to ja nadal nie byłam w Paryżu i nadal cholernie chcę tam pojechać! W tym przypadku obiecałam sobie, że jak się wszystko uda i dostanę się na doktorat to za pierwsze stypendium tam pojedziemy. Równie nierealne jak wygranie w Totka, ale przynajmniej mogę coś robić w tym kierunku.

Resztę pieniędzy wpłaciłabym na dobrze oprocentowane lokaty i w razie głodu czy biedy z nędzą miała za co żyć. Może w przypływie euforii i nieokiełznanego narcyzmu wydałabym tego bloga w formie książki. Bardzo grubej książki. I bardzo monotonnej i mało ciekawej. Opatrzonej dedykacją dla wiernego Czytelnika. Ale ponieważ wiem, że Terakowską nie będę, ani tym bardziej Grocholą, więc książka z tego będzie, jak ktoś z mojej rodziny założy Wydawnictwo i będzie na tyle głupi i bogaty, że zrobi mi przyjemność i wypuści to na rynek.