491

Standardowy

Umieram… Pot leje się ze mnie strumieniami, a ja nie mogę złapać oddechu i jestem załamana moim brakiem jakiejkolwiek kondycji. Żeby nie zwariować powtarzam sobie, że nie od razu Kraków zbudowano. I że po jednym dniu ćwiczeń nie mogę się spodziewać, że będę rześka niczym skowronek o poranku. Jestem sflaczała jak stara dętka rowerowa. Ale też zdeterminowana jak jeszcze nigdy. Nie poddam się! Będę ćwiczyć codziennie! Będę ćwiczyć tak długo, aż założę moje Levisy bez wbijania się w nie na siłę. Tak realnie to chcę do czerwca schudnąć, bo prawdopodobnie znów będziemy szli na wesele, i chciałabym założyć moja pistacjową sukienkę i nie wyglądać w niej jak farbowana szynka od rzeźnika.

Czwarty dzień nie jem słodyczy i co dziwne nie ciągnie mnie do nich w ogóle. Nawet dzisiaj w Aldim uległam pokusie i nie kupiłam nic słodkiego Tomkowi do towarzystwa. Skończyło się tak, że i on nic nie wybrał, co obojgu nam wyjdzie na dobre. Nie jem po 22, choć z tym jest ciężko. Prowadzę raczej nocny tryb życia i rzadko kiedy idę spać przed północą. W chwilach kryzysu będę stosować metodę bezdomnych. Jak są głodni piją wodę i kładą się na brzuchu. Podobno pomaga na trochę dłużej niż pięć minut.

W moim zacięciu i determinacji posunęłam się nawet krok dalej, ale wstydzę się o tym pisać. Czy działa nie wiem. Może po jakimś tygodniu będę w stanie ocenić. Na pewno zadziała na portfel, ale quid pro quo. Tym razem zawzięłam się jak kurwa nigdy w życiu!


490

Standardowy

Nie jest dobrze moi drodzy, nie jest dobrze. Nie można żreć bezkarnie słodyczy, ponieważ w końcu efekty ich jedzenia odbiją się czkawką. I ja tym sposobem zostałam z jedną parą spodni. I to nie za fajnych, niestety. Ale grunt, że mam w ogóle cokolwiek, co mogę włożyć na tyłek, nie rozwalając przy tym ekspresu. Bo wczoraj po raz drugi poszedł mi zamek w Levisach, bo chciałam je siłą przecisnąć przez moje biodra. Nie udało się, więc powiesiłam je w szafie żeby czekały na lepszy dni. Potem popłakałam się, znalazłam centymetr i zmierzyłam się w strategicznych miejscach. Do modelki brakuje mi dużo, nawet bardzo dużo. Terapia szokowa pomogła mi przejrzeć na oczy i zauważyć, że zamiast chudnąć tyję i mam coraz mniej ubrań, które mogę na siebie włożyć.

Podjęłam decyzję! Będę ćwiczyć codziennie i po tygodniu zmierzę się w moich strategicznych miejscach sprawdzić czy są efekty. Jak nie będzie, będę ćwiczyć ciężej; a jak będą też będę ćwiczyć ciężej. Nie chcę wyglądać jak kobieta po dwóch ciążach…

Wczoraj pożegnałam się ze słodyczami. Na spotkaniu z Zosią kupiłam sobie w Grycanie wielki i kaloryczny deser truskawkowy. Od dziś koniec z czekoladkami, batonikami, chipsami. Będę jeść zdrowo, będę jeść śniadanie, a zamiast słodyczy sałatki.

Pobyt w domu zamiast mnie motywować do pracy, kompletnie demotywuje i dezorganizuje. Od poniedziałku piszę raport, którego skończyć nie mogę. Nie mówiąc o publikacjach, które nawet nie zostały wyjęte z teczki. Jednak dzisiaj pojawiło się światełko w tunelu. Forum nie działa, w telewizji nie ma nic ciekawego (jak zwykle zresztą), nie mam dobrej książki do czytania, więc z braku laku napiszę sprawozdanie. Oczywiście najpierw wyjdę z Frodem na spacer, zjem śniadanie, poćwiczę i w końcu usiądę do pisania. Najtrudniej jest niestety zacząć, jak już siądę, to naprawdę piszę i posuwa się to do przodu.


489

Standardowy

Dzisiaj miałam zacząć nowy lepszy dzień, być zorganizowaną, a pod koniec dnia czuć uczucie spełniania. Oczywiście obudziłam się rano z myślą, że ten dzień jednak nie będzie taki fantastyczny i cudowny. Nie chciało mi się wstawać do Instytutu. Leżałam 20 minut, przestawiając budzik i myśląc, jaką wymówkę mogę wymyślić żeby nie iść. Ponieważ nic mądrego nie przyszło mi do głowy, więc musiałam wstać i jednak pojechać. W okolicach Woli Justowskiej dostałam ataku śpiączki i kryzysu i miałam poważne myśli żeby wysiąść i wsiąść do autobusu w kierunku domu. Ale brak wymówki zwyciężył i dotarłam. Jeszcze miałam moment zawahania wpisując się do zeszytu na portierni, jednak było zdecydowanie za późno na odwrót i ewakuację. Zagryzłam wargi i pomyślałam, że może jednak nie będzie tak źle. Po raz kolejny przekonałam się, że pierwsza myśl jest zawsze słuszna. Było do dupy pod każdym względem.

Szef wyżył się na mnie i na Ance, sam chyba dobrze nie wiedział w czym tkwił problem. W efekcie obie chodziłyśmy jak chmury gradowe do końca dnia. Humor mi się lekko poprawił, kiedy przypomniałam sobie o jego dziurze w spodniach. W domu nie lepiej, bo Margola jest drugą chmurą gradową i dostała co miesięcznej wścieklizny macicy i jest nie do kurwa zniesienia. Czepia się o wszystko i o wszystkich, grozi nie wiadomo czym i sama nie wiem o co jej tak naprawdę chodzi. Czułam przez moment wyrzuty sumienia, że to przeze mnie, bo spytałam się o seminarium, ale…

Mam serdecznie dość myślenia o czym mogę powiedzieć, a o czym nie; jaki ma dzisiaj humor i o co będzie się awanturować. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko, zamknąć się na cztery spusty w bezpiecznym miejscu i nie angażować się w te afery. Ileż można słuchać gróźb, że zabierze mieszkanie? Ile można się gryźć w język żeby nie powiedzieć ‘a zabierz i odpierdol się w końcu’. Trzeba jednak politycznie milczeć i godzić się na wszystko. W końcu ona jest stroną dominującą, ona układa życie innym i nikt nie ma prawa postąpić jak chce. Zaczynam mieć to w dupie. Spływa po mnie jak po kaczce co o mnie myśli. Swoje życie chcę przeżyć po swojemu, a nie tak jak mi ktoś narzuci. Od jakiegoś czasu jej zdanie nie jest dla mnie aż tak ważne. Będę robić tak jak ja chcę, a nie jak ona chce.

A jak tylko weszłam do mieszkania to się popłakałam. Nie wiem czemu. Chyba z tej bezsilności… Czuję się beznadziejnie, niepotrzebnie, głupio… Każdy dzień zaczyna się tak samo i kończy tak samo… I nic nie zwiastuje zmian… Chyba potrzebuję odciąć się od paru spraw, zdystansować i skupić na sobie. Dla siebie muszę być najważniejsza ja, reszta schodzi na drugi plan.